- Nic ci na to nie poradzę, że nie wyglądasz na godego zaufania. Szczególnie, że nie potrafię zaufać.
-Proszę pana! - Krzyknęła do Norda i podbiegła do niego.
Właściciel
Max:
//Już pójdę Ci na rękę, że nic mu nie widać, ani nic mu nie wystaje.//
Taczka:
Odwrócił się do Ciebie i czekał, nic nie robiąc, najwidoczniej zbyt zdziwiony tym, że komuś innemu też się udało.
Abby:
- A niby czemu nie jestem godny zaufania? Dethan mi ufa, a to chyba coś?
- Jakoś... jakoś czasem nie ufam nawet jemu. Widzisz, co się dzieje. Jest zupełnie jak dziecko. Dobra, pieprzyć. Jak masz plan?
-Jak pan uciekł? - Zapytała się dysząc.
Właściciel
Max:
- Więc...? - spytał, mając na myśli zapewne Twoje obrażenia.
Abby:
- Jeszcze nie mam, potrzebuję czasu.
Taczka:
- Wyrąbałem sobie drogę. - odrzekł, poklepując wiszący na plecach topór, z którego wciąż skapywała goblińska posoka. - A Ty?
- Z tego co widziałem, to głównie oparzenia.
-Yyy... Po prostu wybiegłam. A co pan będzie teraz robił?
- Jakbyś czegoś chciał, to mów - rzuciła wymijająco i zaczęła myć gar od zupy, który najprawdopodobniej był już pusty.
Właściciel
Max:
- To i ja widzę, przecież nie operuję na słuch! - warknął medyk. - Jak je sobie zrobiłeś? O to właśnie mi chodziło.
Taczka:
- Na pewno nie zostanę w mieście.
Abby:
Ano był, a w chwili, gdy lśnił czystością i suszył się, Gereth pstryknął palcami okrytymi rękawiczką.
- Mam!
- Przepraszam, nie zrozumiałem. Zaraz, jak to było... - zamyślił się na chwilę. - Z tego co pamiętam, to podpaliłem orka, a on we mnie wleciał.
Poczekała więc, aż wielki myśliciel się tym planem podzieli.
Właściciel
Taczka:
- Wolę wędrować i mieszkać pod gołym niebem niż zaszyć się tutaj i skończyć z gardłem poderżniętym przez gobliński sztylet.
Abby:
Miał taki zamiar, ale chyba nie z Tobą, gdyż od razu wyszedł, zapewne na naradę z Orkologiem.
Max:
- I na co Ci to było?
- Chciał ze mną walczyć. Nie ustaliliśmy zasad, no to mu podpaliłem dłonie. W sumie to było po coś. Ażeby się dowiedział, że nie zadziera się z magiem... chyba coś średnio wyszło.
Niech spieprza gdzie pieprz rośnie
Zamknęła za nim drzwi i poszła sprawdzić jak tam Dethan.
Chciała coś powiedzieć, jednak ugryzła się symbolicznie w wargę.
-Mogłabym dołączyć do pana? Boję zostać sama... - Powiedziała po chwili.
Właściciel
Taczka:
- Zgoda, choć muszę spytać: Naprawdę nie masz nikogo innego?
Abby:
Nie tylko dobrze, ale nawet odzyskał przytomność.
Max:
- On już wie, żeby nie zadzierać z Magiem, a Ty już wiesz, że Orkowie to twarde sztuki. - zarechotał Mag i podszedł do Ciebie z miednicą pełną wody, oczywiście czystej, a nie tej, w której mył dłonie. Po chwili przyniósł też ręczniki i zaczął robić okłady, Tobie zaś polecił się rozebrać tam, gdzie miałeś poparzenia.
Wykonał więc polecenie, lekko się bojąc o wiadomo co.
Usiadła obok niego i przejechała mu dłonią po czole z troską. Może idiota, ale jednak go lubiła. Niech sobie leży, wielki dupek z jeszcze większym ochroniarzem poradzą sobie sami.
-No nie mam... Przecież mój pan został zabity przez gobliny.
Właściciel
Max:
Ale wiadomo co się nie stało.
- Nałóż to na rany, ja idę po maść. - odparł, rzeczywiście idąc do szafki pełnej specyfików, których nazw i właściwości możesz się tylko domyślać.
Taczka:
- Więc wypadło na mnie.
Abby:
- Gdzie... gdzie ja jestem? - spytał słabo, po chwili dodając: - Ile czasu minęło?
Po co im aż tyle tego?
Wykonywał więc posłusznie polecenia doktora.
- Jesteś w domu od kilku godzin. Odpocznij.
-Obięcuję, że nie będę panu sprawiać problemów! - Jęknęła.
Kadir
Niełatwo było wrócić do Kasuss. Nie miał jednak za wiele do powiedzenia, w końcu był tylko przedmiotem dla tego człowieka. Nieważne, jakie jeszcze nie dawno były ich relacje, teraz czeka już tylko na sprzedaż. Czuł gdzieś w sobie, że bardzo nie chce napotkać spojrzenia znajomych skądś oczu. Wiedział jednak, że może być to nieuniknione, a ktoś, komu niegdyś zaszedł za skórę, może go nawet kupić. W końcu nie miał kompletnie wpływu na to, co się z nim teraz stanie. Po prostu czekał na nieuniknione - rozpoczęcie targów. W milczeniu towarzyszył swemu niemalże byłemu właścicielowi, którego zdążył polubić.
Kadir
Ten, jakby na pohybel swojemu niewolnikowi oddalił się i na szybko załatwił sprawy ze strażnikami przy bramie. W ten sposób nie dał nawet czasu chłopakowi na zatrzymanie się i od razu weszli do Kasuss.
-Zrozum mnie chłopcze, takie jest życie. Nie będę ci obiecywał niczego w stylu "Będzie lepiej", gdyż nie jestem jasnowidzem.
Kadir
Powoli skinął głową, pozwalając, by włosy zakryły mu twarz. Może zmienił się na tyle, że go nie poznają? Wątpliwe. Nie wiedział, czemu właściwie boi się reakcji tych ludzi. Może większość z nich nie żyła? Lekko przyspieszył kroku.
Kadir.
///Jesteś proszona o pisanie na górze Kadir w tym temacie. Dobrze?
A właściciel prowadził go prosto na rynek.
-Jeżeli się nie mylę, to handel rozpocznie się za dwie godziny. Zdążę wymienić słowo ze starymi znajomymi.
Znajomi... dość ciekawe słowo. Czy Kadir ma kogoś, kogo mógłby nazwać znajomym? Czy miałby do kogo się zwrócić po pomoc? Czy mógłby na kogoś liczyć? Nie. Był Sam. A los jakby narzucony przez Pradawanych... kolejny właściciel, który po jakimś czasie go sprzeda. Te kilka złotych monet też pewnie mu odbierze.
//alles klar
Kadir
Wiedział tak mniej więcej, kim są znajomi i po co jego właściciel mógłby się z nimi spotykać. Czy ich potrzebował, czy tęsknił? Chyba nie, w końcu czego okon nie widzi, tego sercu nie żal. Nie znał się na tym. Podobnie było z pieniędzmi. Właściwie nie wiedział, co miałby z nimi zrobić, nawet wtedy, gdyby mógł je rzeczywiście zatrzymać. Pewnie będzie je musiał oddać, temu czy innemu, bez różnicy. Posłusznie szedł z panem, w końcu i tak nie miał sensu uciekać. Po co? Po co uciekać, chyba nie by zostać w Kasuss? I tak nie miał dokąd iść.
Kadir
Władca jego udał się do karczmy (której nazwa nie została na czas odczytana przez Kadira), gdzie od progu zauważył swoich znajomych. A może wspólników w biznesie? Trudno określić. Ważne, że się do nich przyłączył i zajął ostatnie wolne miejse przy stoliku. Wstydu mu chyba warto nie robić w tym miejscu i przy jego ziomkach, więc trzeba znaleźć jakieś widoczne dla niego miejsce. Na szczęście ludu w karczmie było mało, więc i miejsce się znajdzie.
Wpadł w niewidoczną z wierzchu panikę. W końcu z podobnych karczm był od razu niegdyś wyrzucany, a bardzo nie chciał przynieść wstydu z takiego głupiego powodu. Nie miał pojęcia, gdzie usiąść, nie chciał niczego zamawiać, a wiedział, że pewnie powinien. W końcu jednak usiadł niedaleko swego pana. Obserwował go kątem oka, nie zwracając jednak uwagi na ich rozmowę. Nie chciał się wtrącać.
Kadir
Sens rozmowy i tak pozostałby poza jego zasięgiem, gdyż zmienili mowę wspólną na jakiś inny, którego nigdy nie słyszał. Dość ciekawe, zwłaszcza, że nie wydawało się, że jego pan jest kimś takim. A ludzie zazwyczaj nie uczą się mowy innych. Chyba, że mają własne, szemrane biznesy. Mniejsza o nim, zbliżył się do Kadira kelner.
-Coś podać?
- Eeee... czekam na kogoś.
Spuścił wzrok, zastanawiając się ponownie, czy kogoś w ogóle obchodzi, kim on jest. Miał nadzieję, że nie będzie musiał siedzieć tu tych całych dwóch godzin. Czemu musiało wypaść na Kasuss? Nie wiedział.
Kadir
Może wypadło na Kasuss, bo tutaj jest najbliżej do sprzedania komuś niewolnika w rozsądnej cenie? I tak lepiej tutaj niż w Ur. Bo jak Ur, to i piwnice. Jak piwnice, to i śmierć. Kelner odszedł od stolika i podszedł obok, gdzie od razu zamówili wino i cztery kieliszki.
Postarał się wystarczająco dyskretnie odetchnąć z ulgą. Niewiele mógł teraz zrobić, nieprawdaż? Czekał więc wytrwale na dalsze wydarzenia.
Kadir
Po upływie czasu właściciel pożegnał się ze swoimi znajomymi.
-Już czas, wychodzimy.
Poszedł więc za swym panem. Właściwie to wcale nie było tak źle. Zaczynał już fantazjować na temat swego następnego właściciela, więc dobrze, że wychodzą.
Kadir
Udali się na rynek. Nie można było powiedzieć, że zainteresowanie handlem niewolników maleje, gdyż tutaj dało się zauważyć setki odzianych w same szmaty przedstawicieli różnych ras. To może pójść na dobrze chłopakowi, gdyż był ubrany prawie elegancko.
Właściciel
Abby:
- Nie... Nie mogę. Oni przecież zaraz tu będą!
Taczka:
- Tak będzie lepiej i dla mnie, i dla Ciebie.
Max:
Nowe zimne okłady przyniosły kolejną falę ulgi, zaś medyk zaczął dodawać do maści inne różne specyfiki.
No to raczej dobrze. Teraz tylko czekać na maść.
- Jeśli pytasz o Drowy, to już były. Jeśli zaś pytasz o swoich znajomych, z którymi mnie obgadywałeś... to tak, też byli.
Kadir
Czy ja wiem? Szata to szata, a nuż przyjdzie komuś pomysł, by mu ją ukraść albo po prostu zedrzeć. Kadir miał ochotę rozejrzeć się wokół, więc to zrobił, starając się jednak nadążać za swym właścicielem.
Kadir
Wśród niewolników dominowali ludzie, gobliny i kalecy orkowie. Znalazło też się kilku Nordów i trzy/cztery krasnoludy. Trzeba dodać, że nie wszyscy byli tutaj takimi prawdziwymi niewolnikami. Część w ten sposób pozbędzie się długów i potencjalnych zabójców, inni mogą spróbować zabić nowego właściciela i przejąć jego majątek.
-Słuchaj no chłopcze, startujemy jako trzeci na podium, przed wszystkimi. Obserwuj sobie innych handlarzy i staraj się wypaść jak najlepiej.
//moja postać jest tak nudna, że chyba wyskoczy z okna pierwszego dnia, więc zrobię coś nowego, albo przerobię tamtą.
Kadir
Przytaknął. Przecież to nie pierwszy jego targ, na którym będzie się musiał pokazać. Dobrze wie, że musi wypaść jak najlepiej. Przypomniał sobie, a przynajniej spróbował przypomnieć, na co najbardziej powinien zwrócić uwagę potencjalnego nabywcy. Tu nie było wstydu, tu była ciężka praca, bez dziesiątek chwytów poniżej pasa.
Kadir
Na początek jeden z handlarzy wystawił dwa Krasnoludy i Norda. Nie charakteryzowali się niczym szczególnym, oprócz tego, że każdy z nich sięgał około trzydziestki. Tylko jeden z Krasnoludów był pozbawiony prawej dłoni. Nord i drugi Krasnolud w całości byli sprawni i wyglądali na silnych, co z pewnością wpłynie pozytywnie na ich cenę. Najbliżej podium stanęła dwójka ludzi. Jeden w zbroi bez hełmu z herbem jelenia przebitego trzema mieczami, a drugi był ubrany niczym rzeźnik. Pierwszy młody, drugi stary. Coś mówiło chłopakowi, że za wszelką cenę nie chce zostać sprzedany rzeźnikowi. Zwłaszcza, że kilka osób w okolicy pomiędzy sobą wtrąciła coś o kanibalu. Mniejsza o tym, dał się zamyślić. Przez to ominęła go ta część, gdzie przekrzykiwali się cenami. Do rycerza trafił Nord, a dwójka Krasnoludów trafiła pod opiekę rzeźnika i od razu zostali związani. Przy tym trzeba dodać do kontrastu, że rycerz dał jakieś ubranie dla chłopa na Norda.
//kurna, myślałam że po numerze u gulasza nie spotkam więcej kanibali
Kadir
Chłopak przełknął ślinę. Miał nadzieję, że uda mu się trafić do kogoś, kto go nie zje. Naprawdę nie miał ochoty umierać. Po tym wszystkim, co póki co przeżył, nie chciał skończyć jako zakąska. Odetchnął kilkukrotnie, by nie wpaść w zbyt wielką panikę. Wiedział, co zrobić, wiedział, co powinien zrobić. Umiał wpłynąć w jakiś minimalny sposób na wybór swego przyszłego pana i nie omieszka z tego skorzystać.
Kadir
Teraz przyszła kolej na kalekich orków, jednakże ci w szybkim tempie zostali sprzedani rzeźnikowi za około tysiąc złota. I nie za głowę, ale wszyscy razem. Ktoś tutaj będzie miał bardzo obfity obiad. Młodzieniec został lekko pchnięty do przodu.
-Idź, nasza kolej.
Kadir
Poszedł więc, posłusznie idąc na miejsce. Odrzucił włosy do tyłu, odsłaniając twarz. Nie patrzył bezpośrednio na nikogo, choć przez moment rzucił okiem na rycerza. Stał prosto, niemalże na baczność, starając się wyzbyć chęci nagłego omdlenia. Właściwie nie czuł się potężnym facetem, więc pewnie niedługo by się popłakał z nerwów.