W końcu zwróciła się w stronę domu. Spojrzała na moment w niebo, sprawdzając porę dnia.
Właściciel
Wczesne popołudnie, z tego co mogłaś wyczytać z pozycji słońca na niebie.
Pokręciła lekko głową. Nie lubiła wczesnych godzin, poranków, w ogóle. To godziny zwyczajnych, prostych ludzi. Wróciła do domu.
Właściciel
Jeśli liczyła, że po jej powrocie coś się tam zmieni, to srogo by się zawiodła.
Raczej się z tego ucieszyła. Sprawdziła, ile zapasów zostało w kuchni.
Właściciel
Wystarczająco dla Was i dzieci na minimum pięć dni.
Uśmiechnęła się lekko i poszła zobaczyć, co u Dethana, czy nie trzeba mu zmienić okładu, opatrunku i tak dalej.
Właściciel
Nie zanosi się na to, nawet gorączka nieco mu spadła.
Uśmiechnęła się lekko, kładąc mu rękę na głowie. Kiedyś to on traktował ją jak dziecko, dziś role się najwyraźniej odwróciły.
Właściciel
Najwyraźniej. Nim zaczęła dłuższą kontemplację na temat tej zmiany ról, usłyszała głośne oraz natarczywe pukanie do drzwi.
Rozejrzała się, czy jakieś dziecko się tu nie pałęta i poszła do drzwi. Profilaktycznie ustawiła pod nimi krzesło, żeby się nie otworzyły.
- Kto tam? - zapytała nieco niewyraźnie.
Właściciel
- Jeśli chcesz, żeby Twój kolega jeszcze pożył, to lepiej mnie wpuść. - odparł męski głos zza drzwi.
- Nie mam kolegów. - odrzekła szczerze, ale otworzyła mu drzwi. Ze sztyletem w kieszeni. Gotowa do ataku, ale pozornie statyczna i nieśmiała.
Właściciel
Stał tam wysoki mężczyzna w czarnym płaszczu. Właściwie całe jego ubranie, jakim były spodnie, koszula, kamizelka i buty do kolan, były czarne, podobnie jak naramienniki, nagolenniki i karwasze. Inna wydawała się jedynie maska na twarzy, wykonana ze srebra, z dziurkami na oczy i nozdrza, oddająca najprostsze, ludzkie rysy. Przy pasie miał on dwa sztylety, zaś na plecach dwa miecze jednoręczne. Nieco dalej za nim stał postawny Orkolog z wielką maczugą w ręce, ubrany w skórzaną przepaskę na biodrach, hełm odsłaniający cała twarz, poza nosem, oraz elementy pancerza płytowego na ramionach, przedramionach, łydkach i barkach.
- Pilnuj drzwi, Bolg. - powiedział człowiek w masce do swego zielonego kumpla. - Jakby ktoś przyszedł, to wiesz co robić.
Orkolog w odpowiedzi uśmiechnął się szeroko i machnął nad głową maczugą. Drugi przybysz zaś wszedł, korzystając z otwartych drzwi, zamykając je za sobą.
- Gdzie on jest? - spytał od razu, nawet się nie przedstawiając.
Spuściła głowę, kątem oka obserwując tego durnia z maczugą.
- Nie hałasuj za bardzo, tu są dzieci. - rzuciła ponuro i ruszyła w stronę Dethana.
Czuła adrenalinę, ale wiedziała, że na atak musiałaby wyczuć moment.
Właściciel
On poszedł za Tobą i przyklęknął przy nim, ściągając z prawej dłoni rękawicę, aby później położyć ją na szyi Dethana.
- Źle. - mruknął i podniósł rękę, aby położyć ją na jego czole. Następnie zaczął coś mamrotać, zaś sama dłoń pokryła się zieloną aurą.
Oparła się plecami o ścianę i rzuciła na to wszystko obojętne spojrzenie. Miała tyle pytań, ale dobrze wiedziała, że ma siedzieć cicho. Albo go zabiją albo uratują. Skrócą męki w ten czy tamten sposób. Stłumiła w sobie kilka strachów, ale ten, że będą chcieli za to wszystko fortunę, pozostał z uporem. Milczała, obawiając się najgorszego.
Właściciel
- Cholerne Mroczne Elfy i ich cholerna trucizna. - powiedział, odejmując od niego dłoń i na powrót nakładając na nią rękawiczkę. - Mamy trzy dni, cztery góra.
Po tej niezbyt optymistycznej deklaracji mężczyzna wstał i wyciągnął rękę w Twoim kierunku.
- Gereth, ale moi współpracownicy mówią na mnie Dłoń.
- Sylvia. - odparła niewyraźnie i lekko uścisnęła jego dłoń.
Współpracownicy... czyli może być ewentualnie trudniej. Ewentualnie. Imiona nic nie znaczą, rownie dobrze mogą być zmyślone, a on może mnie opętać przez to durne uściśnięcie dłoni.
Właściciel
Nic jednak takiego się nie stało, a po dokonaniu tego formalnego gestu, zabrał dłoń.
- Jak szybko możesz być gotowa do drogi?
- Zależy jakiej. - odparła zdawkowo.
Co to to nie, niewolnicą nie będę, na kurtyzanę się nie nadaję, niech spieprzają. Ja ratować ziemniaka nie umiem, a co dopiero mojego dupka, z którym sobie nie radzę!
Właściciel
- Potrzeba nam ziół, jeśli ma wyjść z tego cało. Problem jest taki, że albo idziemy na Martwe Bagna, albo kupujemy po mocno zawyżonej stawce tutaj.
- Nie byłam tam, nie wiem jak to daleko. - odparowała, możliwe, że skłamała.
Jak będzie po wszystkim to cię Dethan za kudły wytarmoszę, że z żywego cię trupa zrobię, a z trupa żywego. Po ziółka mam się tarabanić na bagna, jeszcze czego!
Właściciel
- Około tygodnia drogi w jedną stronę. - odrzekł Dłoń. - Ewentualnie musimy zrzucić się na zioła tutaj.
- Raczej nie mamy tyle pieniędzy. - skwitowała krótko.
Przez my rozumiała siebie samą, wciąż utrzymywała, że będzie musiała słono za wszystko płacić.
Właściciel
- Nawet nie wiesz ile kosztują te zioła. Od siebie mogę dać te trzysta pięćdziesiąt, Ty dołożyłabyś resztę.
- A ile by wynosiła reszta? I kiedy miałabym ci oddać? - zapytała już nieco mniej opanowana. Właściwie właśnie beształa się w myślach, że za dużo gada.
Właściciel
- Sto pięćdziesiąt. I nie musisz oddawać, robię to dla niego. - powiedział, wskazując na Dethana. - Kiedyś postawi mi Kosę Śmierci i będziemy kwita. O ile przeżyje.
- Może tyle mam, muszę sprawdzić. - Kolejne kłamstwo, chyba odruchowe.
Właściciel
- Jak widać, nie zależy Ci na jego życiu. - odparł i prychnął. - Szkoda, wyrażał się o Tobie dość pochlebnie.
Poszła po pieniądze.
- Jeśli mam do kogoś słabość, nie mówię o tym osobie, której nie znam. Szczególnie, gdy sama zmyśla. - westchnęła.
Właściciel
Zapewne się uśmiechnął, acz reakcja została skutecznie zamaskowana. Zamilkł, Ty zaś znalazłaś pieniądze.
- Co niby mógł dobrego powiedzieć o głupiej żebraczce, takiej jak każda inna w tym mieście? - powiedziała to nieco ciszej, raczej retorycznie. Wróciła do niego z pieniędzmi.
Właściciel
Załapał aluzję i nie odpowiedział, on zaś wziął pieniądze.
- Jak rozumiem to mi nie ufasz i zechcesz, abym kupił te zioła na Twoich oczach, tak?
- Jak przestaniesz wymyślać argumenty na poczekaniu, to się dogadamy. Idź, kupuj, ja z Dethanem zostanę.
Właściciel
- Zostawić Bolga, w razie gdyby Drowy przyszły się po niego upomnieć?
- A będzie cicho? - po chwili namysłu jednak machnęła ręką. - Ech, niech zostanie. Nie chcę tu więcej nieznanych gości.
Właściciel
Skinął głową i opuścił pomieszczenie, mówiąc coś jeszcze do Orkologa, aby później zupełnie się oddalić.
Spojrzała na niego przelotnie, po czym wzięła się za wymyśloną pracę. To znaczy sprzątała, żeby minął czas.
Właściciel
Nie sprzątałaś długo, bo ledwie godzinę, nim znów usłyszałaś pukanie do drzwi.
- Kto tam? - zapytała, znów dzierżąc sztylet w kieszeni.
Właściciel
- Ja. - odparł głos Dłoni, a przynajmniej głos niezwykle do niego podobny.
- Ten żebrak spod bramy, który baardzo lubi zwierzęta? - zapytała z kpiną.
Właściciel
- Zabawne. - odrzekł, choć jego głos nie miał w sobie ani krztyny wesołości. - Otwieraj, albo każę Bolgowi je wyrwać.
Otworzyła drzwi i prychnęła.
Właściciel
- Masz może wodę? - spytał Gereth, odwiązując jedną dłonią od pasa mały woreczek, drugą zaś zamykając za sobą drzwi.
Durny Dethan i jego teatralna świta.
Przyniosła ją bez słowa.
Właściciel
On zaś wrzucił zioła do wody i odstawił gdzieś na bok.
- Teraz trzeba czekać.
Wobec tego usiadła niedaleko niego. Zaczęła w myślach liczyć. Liczyła tak długo, aż skończyły się jej znane liczby, by wtedy policzyć od nowa. Nie chciała tym razem spuszczac z oka podejrzanego gościa. Choć może ten zdążył wyjść.
Właściciel
Nie wyszedł i czekał razem z Tobą te dwie godziny, kiedy wreszcie dźwignął się ciężko i wyciągnął rękę po napar.
- Pokaż mi jego rany. - powiedział. - Musisz zdjąć bandaże.