Właściciel
Kapitan pewnie był w jednej z kajut. Tylko, w której?
Kajuta kapitana zwykle powinna się wyróżniać przede wszystkim jej rozmiarami, pewnie i tak było z tą. Zawsze mógł skończyć bawić się w podchody i zawołałby za kapitanem jakby ten plan zawiódł.
Właściciel
Przywołało Cię dwoje marynarzy stojących pod drzwiami.
- Ty do kapitana? - zapytał jeden.
- Jak tak to lepiej zaczekaj. Przesłuch*je jeńca, a potrafi być... Przekonujący jeśli chce.
-Problem jest taki, że straciliśmy już dwójkę ludzi na rzecz tych gołodupców, nie wiadomo czy takie ataki ponownie prędko nie nastąpią to twierdzę, że powinniśmy się stąd czym prędzej wynosić, nie ma co walczyć w terenie, który oni znają znacznie lepiej.
Właściciel
- Najchętniej spaliłbym całą tę wyspę, ale masz rację. Spróbuj, może kapitan Cię przyjmie.
-To też jakaś opcja, mogliby wtedy najwyżej uciec... Dzięki.- Rzekł, skinął do mężczyzny głową i udał się do kajuty kapitana.
Właściciel
Kapitan siedział na krześle, przy stole, a po drugiej stronie siedział tubylec z zakrwawioną twarzą. Obaj wymieniali czasem jakieś zdania lub słowa.
Przystanął tak więc czekając na to czy kapitan zechce sam zwrócić na niego uwagę.
Właściciel
W końcu zdał sobie sprawę, że też tu jesteś i pstryknął palcami. Wartownicy zwlekli tubylca z krzesła, a kapitan rozsiadł się wygodniej i zapytał:
- O co chodzi?
-Jest problem, straciliśmy dwójkę ludzi na rzecz gwałtownego ataku przeprowadzonego przez nich. Użyli dmuchawek z trucizną, ale wiele więcej nie zrobili, zostali zatopieni z pomocą muszli.
Właściciel
Kapitan dumał dłuższą chwilę.
- Czyli powinniśmy się stąd zmywać. - podsumował wreszcie.
-Czym prędzej, raczej nie warto walczyć z kimś kto lepiej odnajdzie się w tym wyspiarskim terenie.
Właściciel
- Ładownie w miarę pełne, więc za kilka minut każę wypływać z powrotem do Gilgasz.
-Oczywiście kapitanie. Jeżeli to już wszystko to ruszam z powrotem do swoich obowiązków.
Właściciel
Kiwnął głową na znak, że możesz się oddalić.
Skinął zatem jeszcze głową żegnając się i wyszedł z pokoju tym samym wracając na pokład.
Właściciel
Na pokładzie póki co spokój, ale marynarze nadal czekają w kryjówkach.
-Dobra, powoli będziemy się stąd zaraz wynosić. Póki co chyba nie ma tutaj żadnego gołodupca.
Właściciel
- Im szybciej, tym lepiej. - stwierdził jeden z marynarzy, a reszta pokiwała głowami.
-Jestem tego samego zdania, lepsze to niż dalsze tracenie ludzi.
Właściciel
W milczeniu przeczekaliście tak całą noc bez żadnych niespodzianek ze strony dzikich. Problem pojawił się dopiero, gdy kapitan wszedł na główny pokład. Od pasa w dół mokry.
- Cholerne dzikusy! - ryknął. - Co tak stoicie? Na dół i wybierać wodę! - krzyknął donioślej i wszyscy pobiegli pod pokład. A on usiadł na skrzyni i pociągnął łyka z manierki przy pasie.
-Przedziurawili nam kadłub? Kiedy?- Spytał nieco zdziwiony.
Właściciel
- Cholera wie. Po prostu to zrobili. Nie wiem czy podpłynęli pod wodą czy użyli Magii, ale to ku*wa zrobili. I to jest najgorsze. Teraz przesadzili. Mam ochotę puścić z dymem tę całą wiochę.
-Wystarczyłoby podpalić las, wioska spłonęłaby nim ci zdołaliby to ugasić.
Właściciel
- Chłopcy powinni posmakować krwi. Stracili przyjaciół w tej walce.
-Gorzej, że mają przewagę liczebną. Co prawda ich technologia nie równa się z naszą i nie mają w ogóle dyscypliny... Przydałoby się zdecydowanie chodzenie w szyku przeciwko ich strzałkom z trucizną. Wiem też, że ta broń ma niezwykle krótki zasięg, przez co wystrzeliliby tylko raz.
Właściciel
- Oni wybiją dzikusów, a ja zajmę się królem. Ty na wojownika zabijającego z ziemną krwią nie wyglądasz, więc raczej w walce udziału brać nie będziesz.
-Owszem, ale wolę być w pobliżu jakby coś wam jednak nie wyszło.
Właściciel
- Jak chcesz. Kiedy naprawimy statek skrzyknę chłopaków.
-Oczywiście, tylko radzę serio uważać przeciwko tym strzałkom.
Właściciel
- Przeciw pancerzom raczej za wiele nie zdziałają.
-Oczywiście, ale żeby się całkowicie zabezpieczyć to potrzeba nam pełnej zbroi płytowej. Osobiście ustawiłbym wszystkich w szyku gdzie broniliby się pawężami tworząc kwadrat.
Właściciel
- Walczyliśmy już nie raz, więc możesz być spokojny.
-Oby, kapitanie, oby. Z resztą i tak wam będę tam towarzyszyć.
Właściciel
Kiwnął głową i ruszył w dół, by sprawdzić jak idą prace.
On takowego zadania nie miał, więc dalej krążył po pokładzie rozglądając się czy coś złego przypadkiem się nie dzieje.
Właściciel
Teraz już cisza i spokój.
Skoro jest spokojnie to postanowił poczekać aż na statku zostanie załatana dziura.
Właściciel
W końcu wrócił kapitan z marynarzami. Wszyscy z bronią w ręku i pancerzach.
-Czyli ruszamy.- Stanął tak obok kapitana czekając aż wyruszą na ląd.
Właściciel
Wyruszyli zostawiając obstawę na statku.
Nie czekał tam tylko zwyczajowo ruszył za nimi.
Właściciel
Dobiliście do brzegu, a tam pusto, głucho i nieco straszno.
-Ciężko spodziewać się gromkich owacji. Starajcie się usuwać z drogi tylko tych co walczą.
Właściciel
Nie było to problemem, gdyż nikt nie chciał walczyć. Lecz dla bezpieczeństwa wojacy ustawili się w kwadratową formację, chroniąc siebie i łuczników oraz kuszników w środku przed atakami wroga. Jeśli takie nastąpią.
Ruszył razem z szykiem, jemu do obrony wystarczyły tylko karwasze.
Właściciel
I cały czas spokój. Nic nie przeszkadza w wędrówce do pałacu króla wysepki.
-Wyczuwam jakbyśmy mieli wpaść w pułapkę. A ty, kapitanie?
Właściciel
- Też podejrzewam taką opcję, ale raczej schowali się w pałacu.
-Może swojego króla nie mogą unieść z tego tronu, kto wie. Trzeba będzie się go pozbyć.