Właściciel
Okolica spokojna, niektórzy marynarze płyną na wyspę, a z chat zaczynają wychodzić tubylczy górnicy.
-Czyli widać dalej będziemy kopać akwamaryn. No dobra.- Powiedział czekając aż dopłyną do brzegu.
Właściciel
Oni dopłynęli, a Ty tkwiłeś na bocianim gnieździe.
No to pora zejść z bocianiego gniazda by zabrać się do roboty jako nadzorca górników.
Właściciel
Zabrałeś się na wyspę razem z drugim transportem marynarzy.
Po dobiciu do brzegu jak zwykle pracował jako ten cały zarządca.
Właściciel
Nie było tam nic do roboty, a ładownie galery napełniały się drogocennym kryształem.
Mimo to zgłosił się do wykonywania tej roboty, więc doglądał czy nikt nie bierze sobie tego akwamarynu do kieszeni czy jak musiał - do ładowni.
Właściciel
Tubylcom nie był potrzebny, ale niektórzy marynarze zbierali trochę do kieszeni, jak to ująłeś. W sumie to mieli udział w łupach.
Sielską robotę przerwał krzyk, a później wrzawa w głębi kopalni.
Jako zarządca jego obowiązkiem było zaraz się tam udanie, to przeto coś do zrobienia!
Właściciel
Zobaczyłeś marynarza wygrażającego mieczem jednemu z robotników. Drugi trzymał się za zakrwawioną głowę, a trzeci leżał na ziemi w kałuży krwi.
-A co tutaj się stało, że nagle doszło do rękoczynów?
Właściciel
- Ten cwel ukradł akwamaryn i wraz ze swoją bandą próbował mnie napaść! Musiałem się bronić! - krzyknął marynarz wskazując na dzikusa, który bronił się w swoim języku.
-Jako, że nie jestem samemu w stanie określić tego czy rzeczywiście tak było to musiałbym spytać o rozeznanie w tej sprawie kapitana...
Właściciel
- A pytaj! Ja bym go od razu zaje**ł.
-Dlatego ty po niego pójdziesz, pracownicy to ważna sprawa, żaden z nas jakoś szczególnie pewnie by kopać nie chciał, co?
Właściciel
- Obrońca dzikusów się znalazł. - mruknął idąc w kierunku wyjścia z kopalni.
-Już nie narzekaj, chyba że sam wolisz kopać.- Powiedział krzyżując ręce na piersi.
Właściciel
Mruknął coś pod nosem i oddalił się. Pewnie wykonał jakiś obraźliwy gest gdy był już poza granicą Twojego wzroku.
Tylko winny byłby zły jeżeli sam zaczął ich bić. Czekał zatem na przybycie kapitana.
Właściciel
- Wy cholerne gnoje! Nie macie co robić tylko bić się z dzikusami?! Jeszcze jeden taki wybryk i ześlę pod pokład! Do wioseł! - ryknął kapitan od strony wejścia zbliżając się dość szybko.
-No to już wiem czego się spodziewać... Przynajmniej dobrze, że tego nie popiera.
Właściciel
- Co się stało, panie nadzorca? - zapytał kapitan, gdy już trochę się uspokoił i podszedł do Ciebie.
-W sumie to sam chciałbym to wiedzieć, powiedział mi ten, który ich tak załatwił, że chcieli podebrać akwamaryn dla siebie, jakby był dla tubylca on jakoś szczególnie cenny. Jeden się ostał to może zaprezentuje swoją wersję.
Właściciel
- Niech mówi. - rzekł wskazując na tubylca.
No i co miał zrobić, stanął tak z założonymi rękoma i czekał aż ten zacznie mówić jak mogło być.
Właściciel
No i mówił. Kapitan kiwał głową lub przerywał by uzyskać dalsze wyjaśnienia.
- Na pokład! Będziesz szorować galerę i masz nie zbliżać się do wyspy, chyba, że na mój wyraźny rozkaz. - powiedział w końcu kapitan do marynarza.
-No to o cóż chodziło? Nic nie podbierali?
Właściciel
- Podbierali, ale nie akwamaryn. - odparł kapitan.
-Zatem cóż, jedzenie? Nie bardzo wiem co mieliby uznawać za wartościowe.- Spojrzał na kapitana, a następnie na pracujących.
Właściciel
- Nie jedzenie. Broń. Ktoś zostawił ją i odszedł, a Ci postanowili się do niej dobrać.
-Hm, w sumie spoglądając na ich wyposażenie to można się nieco załamać.
Właściciel
- Pewnie król kazał im nas okraść. Wiesz... Boi się Twoich boskich mocy.
-Jeszcze, żebym na kontynencie też był taki potężny. Nawet lepsza broń za wiele by takiemu nie pomogła bez specjalistycznego wyszkolenia.
Właściciel
- On raczej tego nie wie. Dlatego zmywamy się szybciej niż zamierzaliśmy. Nie mam zamiaru zabijać zbyt wielu tubylców.
-No to z powrotem na kontynent jak widać, ciekawe jak to tam się ludzie trzymają...
Właściciel
- Zdziwię się jeśli jeszcze nie powybijali się nawzajem. - mruknął kapitan idąc w kierunku wyjścia.
-Wojna jest głęboko zakorzeniona w każdej kulturze.- Rzekł idąc za kapitanem.
Właściciel
- Jasne. A my opanowaliśmy do perfekcji sztukę wyżywania siebie i innych.
-Taka już ludzka natura. Może przynajmniej nie wszystko tam jeszcze popadło w ruinę.
Właściciel
- Dość optymistyczne rozważania. - powiedział i zaśmiał się cicho. - I co zrobisz gdy wrócimy na stały ląd? Marnujesz się tam, na kontynencie.
-Sam nie wiem, przede wszystkim warto byłoby chwilę odpocząć, a potem zacząć czegoś znowu dla siebie szukać.
Właściciel
- Nie wiem co chcesz robić później, ale na moim statku zawsze będziesz mile widziany.
-Może nawet wrócę tutaj, zależy czy zaraz po powrocie znowu będziecie wypływać.
Właściciel
Kapitan roześmiał się i uspokoił dopiero po chwili.
- Najpierw trzeba będzie sprzedać akwamaryn, przepić zapłatę, zwerbować załogę, przygotować zapasy i dopiero wtedy płynąć.
-No to będzie mnóstwo czasu na to by znaleźć sobie nieco rozrywki na lądzie, postaram się wrócić na czas wypłynięcia jak tylko będę wtedy w mieście, może będą jakieś prace poza nim.
Właściciel
- Twoja wola. - wzruszył ramionami. - Szczerze to nie wiem czy od razu płynąć do Archipelagu. Wiesz... Im więcej towaru, tym cena niższa. Chyba najpierw pobawię się w klasyczny handel i korsarstwo.
-Zależy też czy chce się sprzedać to wszystko w jednym miejscu, chociaż transport takiego towaru to dosyć trudna sprawa.
Właściciel
- Jakoś damy radę. Swoją dolę zainwestuję właśnie w transport i eskortę.
-Im cenniejszy towar tym więcej znajdzie się zainteresowanych w jego zabraniu, uważaj zatem by nikt ci go nie odebrał.