Lorenzo:
-Sporo wiesz o tym zamku... Tunele... Lochy...
Jin:
-Wygląda na to, że nie mam sobie równych...
- O tym zamku wiem niewiele. Po prostu takie rzeczy są w większości zamków czy pałacy
Właściciel
Gdyby ktoś jeszcze był przytomny to pewnie potwierdziłby tę tezę.
//A więc Moc Szkarłatu nie pozwala się nawalić? Będziesz pił jak równy z równym u Księcia Krasnoludów.//
Lorenzo:
-Ta, lochy dla swoich prywatnych niewolników, z pewnością wspaniałe miejsce dla odpoczynku...
Jin:
-Dobra, czas chyba wracać do spania zanim się porzygam.- Rzekł patrząc ciężko w kufel, po czym wstał powoli od stołu i postarał się ruszyć do pokoju, w którym miał spać, by właśnie to uczynić.
- To są orkowie. Oni nie myślą, jak ludzie.
Właściciel
Zataczałeś się i upadłeś, a pod drzwiami do pokoju, okazało się, że nie jesteś w stanie trafić kluczykiem w dziurkę.
Jin:
No cóż, trzeba zatem zejść na dół i zezgonować razem z resztą, lepsze to niż spanie na podłodze przed drzwiami.
Lorenzo:
-Co nie znaczy, że w ogóle nie myślą...
- No nie oznacza tego, ale nic nie zaszkodzi sprawdzić
Właściciel
Dość szybko zasnąłeś, z twarzą na blacie stołu, przy którym siedziałeś.
Lorenzo:
-Jeżeli nawet tam ich nie będzie to znaczy, że wykiwali waszą dwójkę i szykują na nas najpewniej pułapkę.
Jin:
No to fast forward do rana.
Właściciel
Obudziłeś się rano, podobnie jak reszta spitych biesiadników.
Lorenzo:
-Wybieraj, to i tak bez znaczenia.
Jin:
-A to chyba ten słynny... Kac.- Rzekł masując nieco bolącą głowę, tak samo sprawdził czy wciąż miał przy sobie oba artefakty.
- Nic nie zaszkodzi sprawdzić tego
Właściciel
Niewielu się już obudziło, a i nikt nowy nie zawitał do karczmy, więc nie było komu kraść.
Lorenzo:
-No to prowadź do tych lochów czy na zewnątrz.
Jin:
-No dobra, chyba wypadałoby poprosić kapitana o jakąś pensję, coraz mniej tu tego...
- Lepiej sprawdzić lochy. - Idzie w tamtym kierunku, chociaż go nie zna do końca
Właściciel
FD_God, Zero:
Powinni się kierować w najbardziej oczywistym kierunku: Na dół.
FD_God:
Powiedziałeś to, teraz trzeba by wcielić to w życie.
Lorenzo:
-No to do lochu...- Powiedział ociężale idąc za nim.
Jin:
No to teraz tylko wstać i wyjść z tej przeklętej karczmy zostawiając klucz na ladzie, tylko gdzie szukać kapitana? Może dalej będzie w tym samym miejscu.
No to idą na dół, co prawda nie mają w drużynie kogoś pokroju Hulka, więc muszą iść na około
Właściciel
FD_God:
Nie ma go na nadbrzeżu, więc może być w karczmie lub galerze.
FD_God, Zero:
W końcu stanęliście przed niegdyś okazałymi, drewnianymi drzwiami obitymi metalem. Teraz leżały wyłamane w dwóch częściach.
Lorenzo:
-Ktoś nimi wszedł lub wyszedł, to drugie jest raczej nieco straszniejsze.
Jin:
Postarał się jeszcze tutaj jakoś rozejrzeć, może był w pobliżu jakiś znajomy marynarz.
Właściciel
Owszem, jeden mył mopem trap galery.
-Widziałeś może kapitana?- Rzekł głośniej by szorujący pokład usłyszał.
Właściciel
W odpowiedzi wskazał jedynie na karczmę, w której zakwaterowała się większość załogi.
- Nie mam pojęcia, kto był trzymany w tych lochach, ale jeżeli coś zdołało tak je rozbić, to może być nieciekawie
Lorenzo:
-Ta...- Rzekł, po czym udał się tymi drzwiami jako pierwszy.
Jin:
-No, dzięki...- Powiedział i udał się do wskazanej przez niego karczmy.
Wchodzą do środka, a Cecil od razu przygotowuje się, by móc rozświetlić miejsce magią
Właściciel
FD_God:
Karczma w stanie takim jak ta, z której wyszedłeś, z tą różnicą, że tam ludzie jakoś do siebie dochodzili.
FD_God, Zero:
Szliście, więc ponurymi i strasznymi korytarzami prowadzącymi do lochów. Brakuje jedynie klimatycznej muzyczki, nieprawdaż?
Jin:
-Ejże, wie ktoś gdzie się podział kapitan...?- Rzekł spoglądając po osobach w środku.
Lorenzo:
Przede wszystkim brakuje kogoś komu dałoby się rozłupać czaszkę, może jednak kogoś tu znajdą takiego.
Właściciel
Ci, którzy dali radę Ci odpowiedzieć, wskazali na piętro wyżej.
-To się ceni chłopaki.- Rzekł, po czym się nieco rozprostował i ruszył na piętro rozejrzeć się za kapitanem.
Właściciel
Właśnie wychodził z jednego pokoju na korytarz, prostując mankiety swego czarnego uniformu.
-Kapitanie, jest ode mnie pewna prośba... Trochę ciężko o niej mi mówić...
Właściciel
Zmierzył Cię pytającym spojrzeniem i zapytał:
- Tak?
-Kapitanie... Złota brak, nie dość że wczoraj już część przepiłem i przejadłem to jeszcze wcześniej większość oddałem za jeden artefakt, a tylko nieco czasu braknie aż w ogóle bez nich zostanę.
Właściciel
Wykonał uspokajający gest ręką i rzucił Ci sakiewkę.
- Na razie powinno wystarczyć. - powiedział schodząc na dół.
Złapał rzuconą sakwę i pierw obliczył ile to tam monet się w niej znajduje.
Właściciel
Dwieście przynajmniej. Może nieco więcej.
-Hmm... Moja premia.- Pomyślał sobie schodząc z mieszkiem na dół, warto począć rozmyślać co taki ktoś jak on może teraz zrobić.
Właściciel
Więc mógł rozmyślać, bo już był na dole.
-Ruszyłbym na jakąś przygodę, ale wtedy kapitan pewnie zdąży już odpłynąć... W mieście pewnie jak zawsze nic się nie dzieje...
Właściciel
Idąc takim rozumowaniem mógł odpocząć jeszcze te kilka dni i ruszyć wraz z kapitanem na dalszą część wyprawy.
Można i tak, tylko tak codziennie żyć i żreć do tego czasu...
Cecil nadal trzyma zaklęcia światła w pogotowiu, nie tylko, jakby mieliby sprawdzić jakieś podejrzane dźwięki, ale też jakby nagle ich zaatakował duch któregoś z więźniów
Właściciel
Duchów tutaj nie ma, niemniej światło przydaje się w oświetlaniu drogi i unikaniu zarwania głową o wystający kamień, czy coś.
Rozświetla teren, by nie musieli chodzić na ślepo
Właściciel
Teren rozświetlony, tak jak chciałeś. Teraz widać już cele po bokach korytarza, obecnie puste.
W takim razie idą dalej, bo chyba nie ma nic ciekawego