- Rodzina. Zaprowadzi mnie Pan do niego?
-Ale tu ładnie... - Rozglądała się.
Właściciel
Wiewiur:
- Guzik, kurna, bo sam mi mówił, że nie ma rodziny. Więc won.
Taczka:
Nic poza tym, co już zauważyłaś, nie zobaczyłaś, zaś Wy wkroczyliście do pałacu, gdzie to zastałaś marmurową posadzkę krytą czerwonymi dywanami, ozdobne kolumny, spiralnie zakręcone schody pnące się w górę, liczne drewniane meble, wielu służących i drzwi oraz korytarze prowadzące do najróżniejszych pomieszczeń.
Vader:
- Owszem, z tym że najwidoczniej ma kryjówkę gdzieś indziej, w której przeczekał Twój atak na sobowtóra.
- Słuchaj Pan, mam do niego bardzo pilną sprawę która nie może czekać, więc albo mnie Pan wpuści, albo Pan pożałuje wygonienia mnie.- Mówiąc to rozglądał się czy w pobliżu są jacyś strażnicy.
-Jak myślisz, w siebie miał coś, co by pomogło go znaleźć?
-Co teraz będziemy robić? - Zapytała się szlachcica.
Właściciel
Vader:
- Możliwe, choć nie jestem pewna. Nigdy nie byłam w jego domu.
Taczka:
- To zależy czy chcesz odpocząć, czy może zwiedzić miasto. Ur, wbrew pozorom i opiniom innych, jest urokliwym miejscem. Ale niestety nie będę mógł Ci towarzyszyć, mam wiele spraw wymagających mojej pilnej obecności. - rzekł szlachcic, odchodząc wraz z kilkoma służącymi.
Wiewiur:
- Pokroiłem i poskładałem masę ludzi. I nie tylko ludzi. - odrzekł, krzyżując ramiona na piersi. - Uważasz, że z Tobą będzie inaczej? I dobrze, bo Ciebie tylko pokroję, ale już nie poskładam.
W pobliżu kręcił się trzyosobowy patrol.
-Ja byłem.
Położył plecak na ziemi i wyjął z niej kuferek, którego wcześniej nie otworzył. Później w torbie zaczął szukać wytrychów.
-Jeżeli planował wrócić do siebie, to będzie musiał wydać mnóstwo złota, by odzyskać to, co mu zabrałem.
-Ale... - Przerwała swoją wypowiedź i poszła do miasta, żeby poszukać rynku.
Właściciel
Taczka:
Może z polecenia szlachcica, może z własnego kaprysu, a może z racji braku innego zajęcia, Rodo i Nord poszli za Tobą. Rynek znalazłaś zaś bez problemów, był tuż obok słynnego na całe Elarid targu niewolników.
Vader:
- Masz już jakiś plan?
- Nie mogę wejść chociaż na chwilę? Jego znajomy z dawnych lat go szuka, to prawie jak rodzina.
-A wy dokąd idziecie? - Zapytała się Rodo, bo ten drugi raczej nic by jej nie powiedział.
-Tak, przeszukać jego rzeczy.
Zdenerwował się wyjął fotel, którym zaczął uderzać o skrzynię. Lubskrzynię o fotel.
Właściciel
Taczka:
- Nie mamy nic do roboty, a poza tym możemy Ci się przydać. - odrzekł i raczej nie było tutaj mowy o taszczeniu Twoich zakupów, ale o ewentualnej ochronie.
Vader:
Nie byłeś w stanie unieść fotela, aby skutecznie nim uderzyć o skrzynię, więc uderzyłeś skrzynią o fotel, w końcu odłamując podłokietnik mebla.
Wiewiur:
- Yhym, jasne. To rusz dupę po tego jego znajomego. - powiedział jeszcze medyk, nim nie trzasnął drzwiami, później zamykając je od wewnątrz.
Poszedł więc w miejsce gdzie powinien spotkać swego Pana. Jeśli go nie było to stał tam czekając aż ten nadejdzie.
-Ale nie wysłał was Zimtarra?
Właściciel
Taczka:
- A nawet jeśli? Zresztą, nie mógłby, ma masę rzeczy do załatwienia, bo długo go nie było.
Vader:
Fotel był uszkodzony, skrzynia trzymała się jak najlepiej.
Wiewiur:
I wrócił, a sądząc po minie, to raczej niezbyt dobrze poszły mu poszukiwania i pewnie stracił nadzieję.
- Panie! Wiem gdzie może być ten właściwy. Leży u cyrulika, mogę Cię zaprowadzić i pokazać. Oczywiście nie rób sobie zbyt wielkich nadziei bo i na tym możemy się zawieść.
Kiwnęła głową i poszła rozejrzeć się za kupcem jakichś Nirgaldzich ubrań.
Właściciel
Vader:
No nie otworzyłeś, bo była zamknięta.
Zohan:
Trafiłeś tam bez problemu, nic wielkiego: Okno, dwa łóżka, nieco mebli i to właściwie tyle. Pokój ma służyć tylko i wyłącznie do wyspania się i do niczego więc.
Taczka:
Tych było wielu, właściwie to każdy handlował ubraniami na każdą kieszeń, zarówno takimi dla pospólstwa, jak i lepszymi, dla bogatych mieszczan, czy też nawet strojami jakich nie wstydziłby się sam Zimtarra.
Wiewiur:
- Dlatego, że to nie musi być on czy może z jakiejś innej przyczyny? - spytał, idąc z Tobą do owego cyrulika.
Przecież ją... a dalej ostrzem próbował.
- Dlatego że to nie może być on. Z tego co kojarzę to chyba dalej żyje.
- Dobra Leif. Ja się prześpię parę godzin, bo dawno nie spałem. Jak chcesz to też się prześpij. Jak się obudzę to wezmę jakieś zadanie czy coś bo trzeba trochę zarobić. Aa, i żadnych sztuczek, dobrze radzę.
Rzucił się na najbliższe łóżko w ubraniu i spróbował zasnąć.
Właściciel
Vader:
Klucz uniwersalny zadziałał i otworzyłeś ją. W środku było przede wszystkim złoto, klejnoty, ale też i przedmioty z nich wykonane.
Wiewiur:
- Czy to na pewno on? Zresztą, co robi u cyrulika?
Zohan:
Jak mówiłeś, byłeś dość zmęczony, więc zasnąłeś szybko. Obudziłeś się kilka godzin później, głównie przez donośne chrapanie Twojego towarzysza.
- Ktoś mi powiedział, cytuję: "Paskudna sprawa, dostał szablą w jakiejś karczemnej bójce i leży teraz u cyrulika." Jakoś tak to leciało. Powinien jeszcze żyć.
Wstał, rozciągnął się i podszedł do łóżka na którym spał jego towarzysz.
- Leif... Leif... Leif! - wrzasnął - Wstawaj! Do roboty trzeba!
Poszła do handlarza tymi droższymi i sprawdziła, jakie ciekawe ubrania ma do sprzedaży.
Przetrząsnął skrzynię szukając drugiego dna.
-Czy ten kiełbasiany ku*asieł nie może chować czegoś innego niż błyskotki?
Właściciel
Zohan:
Nie tylko chrapiąc, ale teraz i warcząc jak niedźwiedź, niechętnie zwlókł się z łózka, mrucząc coś pod nosem.
Wiewiur:
Skinął głową i zapukał, gdy znaleźliście się pod domem cyrulika.
- Więc nie pytałeś o jego zdrowie, że po prostu to podejrzewasz? Jak to niby było?
Vader:
Na pierwszy rzut oka? Nie, acz dalsze oględziny pozwoliły Ci ustalić, że w skrzyni jest też drugie dno, które można by podważyć nożem, sztyletem lub czymś w tym guście.
Taczka:
Interesujące Ciebie ubrania ograniczały się do jedwabiu, jako materiału, acz pod innymi względami różniły się już od siebie konkretnie: Suknie różniące się od siebie zdobieniami (lub ich brakiem) oraz ilością odkrywanego przez nie ciała, bluzki, bluzy, spodnie, płaszcze, chusty i szale, w różnych kolorach, a wszystkie z tej samej lekkiej, powiewającej, połyskującej i eleganckiej tkaniny.
- Zakładam że chyba żyje i potrzebuje spokoju, ponieważ cyrulik pytał się mnie czy jestem rodziną. Powiedziałem że tak, to ten odrzekł że chory nie ma rodziny. Zagroziłem mu, nic to nie dało więc przyszedłem po Pana Mistrzu.
-Ile kosztuje tamta? - Wskazała palcem na ubranie, które odkrywałoby trochę ciała, bo temperatura w Nirgaldzie rzeczywiście jest bardzo wysoka.
To zrobił, wrzucając błyskotki do worka.
- No ruszaj się, pora zarobić! A właśnie, trzeba cię uzbroić. Jaki rodzaj broni preferujesz?
Właściciel
Zohan:
- Miecze długie. - odparł od razu i dodał po chwili namysłu: - Nożami też rzucać potrafię.
Vader:
Bogatszy o kilkaset złota (zarówno monet, jak i innych dóbr na złoto przeliczonych) dostałeś też w swoje łapki jakieś papierzyska i jakieś dziwne szaty, które zmieściły się tam tylko i wyłącznie dlatego, że je złożono. No i dlatego, że wykonane są z dziwnego materiału, który przypomina popiół. A może i jest popiołem?
//Polecam sprawdzić Szaty Popielne w temacie o artefaktach.//
Wiewiur:
- Może być problem, bo i ja nie jestem rodziną. - powiedział, a po chwili otworzył Wam cyrulik, spostrzegając też Ciebie i mrużąc brwi.
- Znowu Ty? Czego żeś nie zrozumiał za pierwszym razem?
Taczka:
Handlarz przyjrzał się najpierw Tobie, a później rzeczonemu strojowi.
- Hmmm... Uważam, że cena pięćdziesięciu sztuk złota będzie uczciwa. - powiedział w końcu z firmowym uśmiechem, który ćwiczył tak często, że prawie wyglądał jakby był prawdziwy.
Sprawdził papiery, a resztę wrzucił do worka. No dobra, szaty też zostawił.
Dała handlarzowi około 50 sztuk złotych krążków i odebrała swoje nowe ubranie i poszła się dalej rozglądać po mieście.
-Gdzie mogłabym to ubrać? - Zapytała się Rodo.
Właściciel
Taczka:
- Najpewniej w pałacu, ale wedle prawa masz dwa dni na zwrot zakupu i zwrócenie pieniędzy lub wymianę na coś innego.
Idąc dalej widziałaś tylko coraz więcej handlarzy, którzy oferowali najróżniejsze towary: Pancerze, broń, biżuterię, ozdoby, ubrania, napoje, jedzenie, tresowane zwierzęta, a dalej był targ niewolników, gdzie to mogłaś zakupić jakąś inną istotę.
Vader:
Papiery były notatkami, szkicami i mapami, w większości rysowanymi odręcznie, które przedstawiały miasto lub poszczególne jego fragmenty, podobnie jak na rysunkach widniały jakieś osoby czy też budynki.
-To się chyba tobie bardziej przyda.
Podał jej papiery.
-Ej, jesteście głodni? Bo bym coś zjadła...
Właściciel
Vader:
Papiery zniknęły błyskawicznie, a szelest kartek powiadomił Cię, że przygląda im się szybko, najpewniej dość sfrustrowana.
- Niewiele tu pożytecznych informacji. - powiedziała wreszcie, choć w jej zawodzie każda informacja jest cenna, co Szept wie bardzo dobrze.
Taczka:
Nord pokiwał z entuzjazmem głową i odszedł od Ciebie i Roda, aby po chwili wrócić z trzema dość osobliwymi przysmakami, jakimi było coś na kształt szaszłyków. Pomijając fakt, że warzyw było tam tyle co nic, a mięso stanowił jeden mały, upieczony ptaszek nabity na rożen. Mężczyzna wręczył Wam po jednej i zabrał się do jedzenia.
- Pustynna przepiórka. - powiedział Rodo. - Soczyste i delikatne mięso.
-Smok jak Smok, skarby gromadził.
A on natomiast był złodziejem. Doświadczonym, z pokolenia na pokolenie. Więc spróbował znaleźć cechy szczególne danych znalezisk. Może wskazują na jakiegoś producenta? Albo miasto? Ewentualnie na rasę?
- Mówił Pan żebym przyprowadził tego kto go szuka. O to i on- wskazał na swego Pana.
- Mhmmm, to idziemy.
Zszedł na dół i podszedł do barmana, i zapytał:
- Moście panie barmanie, wie pan u kogo mógłbym wziąć jakieś zadanie, bądź zlecenie?
Właściciel
Vader:
Złoto jak złoto, wszędzie jest takie same, zaś z szat nic nie mogłeś wyczytać.
Wiewiur:
Westchnął i wpuścił Was obu do środka, acz Tobie kazał zostać w przedpokoju, jedynie Twego pana prowadząc dalej, do jego rannego przyjaciela, a przynajmniej osoby, która może nim być.
Taczka:
Obaj byli zajęci właśnie tą czynnością, acz można wywnioskować, że trzeba objadać ptaka z mięsa tak długo, aż nie zostaną same kosteczki, resztki i patyk, na który go nadziano.
Zohan:
- Tablica ogłoszeń, przecież jest w każdym mieście. - odrzekł bez chwili zastanowienia, najpewniej niemalże automatycznie, acz po chwili dodał: - Można popytać też na rynku lub targach, kupcy potrzebują ochroniarzy dla swoich stoisk i karawan.
No i czekał. Po co miałby kwestionować rozkazy skoro wydawały się logiczne? Stał, stoi i stać będzie dopóki mu nie rozkażą. Tak, życie jest piękne kiedy może służyć swemu Mistrzowi.