- Może każdy z nas posprawdza domy? Poda jakieś hasło czy coś co mógłby Mistrza znajomy kojarzyć...
-Więc pamiętajcie, bez pośpiechu, to zły doradca. Chociaż czasem jest dobry...
Wszedł do karczmy, podszedł do karczmarza i zapytał:
- Pokoje są?
Właściciel
Zohan:
- No są, mamy różne pokoje, wie pan: Dla jednej osoby, dla dwóch, dla trzech, dla czterech, pełne, niepełne, wolne, zajęte... I do tego wszystkie za pięć złota!
Korobov:
Rada niby dobra, ale oni już swoją robotę odwalili, więc co dalej?
Wiewiur:
- Możesz spróbować, ja wolę zaufać swojej pamięci. - odpowiedział i dodał jeszcze: - Ma na imię Simon, a przynajmniej ja pod takim go poznałem.
Vader:
Szczurzą Dzielnicę odwiedzałeś już tyle razy, że byłeś tam niemalże tak szybko, jak w ulubionej karczmie lub burdelu.
- To prowadź dalej Mistrzu.
Z racji na swoją zmyśloną historię lepiej unikać burdeli.
-No to ten, oto jestem.
- Mhmmm, to poproszę pokój dla dwóch osób.
Wyjął mieszek, wygrzebał z niego pięć sztuk złota i następnie położył je na blat.
-Wrzućcie to do kolby nad palnikiem.
Właściciel
Korobov:
Polecenie specjalne trudne nie było, oni też nie mieli chęci na dyskusję, więc wykonali polecenie.
Zohan:
Pokiwał głową i zgarnął złoto, w zamian wręczając Ci kluczyk.
Vader:
Oto byłeś, ona wręcz przeciwnie. Może akurat wzięła sobie wolne?
Wiewiur:
- Mówię przecież, że usiłuję sobie przypomnieć, a Ty możesz iść poszukać tej osoby, znając jej imię. - burknął, zirytowany Twoją wypowiedzią.
To byłoby dziwne na jej miejscu. Również patrząc na jej zawód. No cóż, czekał.
Poszedł szukać ludzi, zadając każdemu z nich to samo pytanie.
- Nie widział Pan/Pani(zależnie od płci osoby do której zagadywał) kogoś o imieniu Simon? Ponoć mieszka, bądź mieszkał gdzieś tu.
- A do pokoi... to którędy?
Właściciel
Vader:
Pewnie poczekasz. A może by się tak w końcu przespać w jakiejś karczmie?
Zohan:
- Schodami na górę, a Twój to będzie, zdaje mi się, trzeci na lewo. Jasne?
Wiewiur:
Większość zbyła Cię, choć dostałeś informację o trzech takich: Jeden handlował suknem na targu, innego powieszono kilka tygodni temu za jakieś przewinienie, zaś pewien żebrak również się tak nazywał.
Poszedł przekazać te informacje swemu Panu. W większości były raczej pozytywne, ponieważ ten człowiek żyje... W większości. // Potrzebne są dialogi, w takim wypadku, czy nie? :v //
Właściciel
Vader:
Właściwie to już teraz zasypiasz niemalże na stojąco po przeżyciach całego dnia... Lepiej iść do karczmy niż zasnąć tutaj i obudzić się okradzionym przez żebraków, lub też przez nich zabitych, co byłoby nader głupią śmiercią dla kogoś takiego, jak Ty, albo nieco nadgryziony przez gryzonie.
Wiewiur:
//Możesz nigdy nie dawać, to już zależy od Ciebie, ale znasz moje zdanie na ten temat.//
- W takim razie proponuję się rozdzielić... Ja zajmę się żebrakiem, Ty handlarzem, a spotkamy się tutaj za kilka godzin. Zrozumiałeś?
Skinął głową na znak że zrozumiał i poszedł męczyć ludzi.
- Przepraszam, gdzie znajdę handlarza Simona Jak wygląda? Stary jest, czy młody?- Mniej więcej takie pytania zadawał mijającym go ludziom.
A więc ruszył do jakiejś najbliższej karczmy.
Właściciel
Wiewiur:
Jedni Cię olewali, a inni opowiadali tylko szczątkowo na zadane pytania, ale dostałeś takich odpowiedzi wystarczająco dużo, żeby móc skleić sobie portret mężczyzny o zakręconym wąsie i łysej głowie, około trzydziestki, handlującego suknem na rynku, nieopodal targu niewolników.
Vader:
Wróciłeś do tej samej, co wcześniej, gdzie już się nieco przerzedziło.
Podszedł więc do barmana.
-Mieszkanie chciałbym wynająć.
Dobra, teraz pozostaje tylko znaleźć owego człeka. Skierował się w stronę targu niewolników, by później w jego okolicy poszukać rynku. Gdyby udało mu się tam trafić, szukałby handlarza suknem, który wyglądał jak opisany mężczyzna. Tylko jak go znajdzie, co zrobić dalej?
Właściciel
Vader:
- Świetnie. - powiedział, gotów wysłuchać Twojej jakże pasjonującej historii... A na serio to gotów zobaczyć Twoje złoto. - Coś konkretnego?
Wiewiur:
O to niech go głowa nie boli, bo jakoś go nie znalazł. Zawsze mógł pracować w innych godzinach lub też wyjechał w interesach, jak to handlarz.
Pytał się handlarzy w okolicy o takie mniej więcej rzeczy.
- Czy właściciel tego stragany gdzieś wyjechał? Jakie są jego godziny pracy?
Właściciel
Vader:
- Pięć złota. - odrzekł, kładąc kluczyk na ladę. - Piętro, pierwsze drzwi na lewo.
Wiewiur:
Niewielu udzieliło Ci odpowiedzi, ale niewielu też było stąd, przez co nie mieli odpowiednich informacji.
- On? - spytał nagle jeden z przechodzących obok ludzi, gdy pytałeś jakiegoś handlarza. - Znam go, znam... Paskudna sprawa, dostał szablą w jakiejś karczemnej bójce i leży teraz u cyrulika. A co?
Zapłacił tyle, zabrał kluczyk i poszedł do pokoju.
Właściciel
Typowy pokój w karczmie, w którym właściwie nie można zrobić wiele, może poza tym, żeby się wyspać.
No i po zakluczeniu drzwi to zrobił.
Właściciel
Vader:
Zasnąłeś, budząc się dnia następnego.
Taczka:
Dzięki przygodzie u boku swego szlachetnie urodzonego znajomego miałaś okazję zobaczyć największy w życiu kontrast, któremu chyba nic już nie dorówna: Najpierw rozległe morze, które pruła "Duma Klejnotu Pustyni," a potem kolejne, równie duże, ale pokonywane na grzbietach wielbłądów, składające się z piasku, czyli Morze Wydm. Niemniej, udało się i właśnie Ty, Zimitarra, Rodo, tamten bezimienny Nord i nieco świty Czerwonej Klingi przekroczyliście bramy miasta. A fakt, że widząc szlachcica, strażnicy pod bramą byli gotowi wyczyścić mu ubranie z pyłu choćby własnymi mundurami już świadczył, że był to poważany i wpływowy człowiek.
Teraz ruszył do dzielnicy, gdzie powinna być Szept.
-Wszyscy tutaj tak cię szanują? - Zapytała się szlachcica.
Właściciel
Vader:
Nie czekałeś tam długo, gdyż usłyszałeś jej słowa, które zamiast budzić przyjemne mrowienie, doprowadzały Cię do gęsiej skórki, oraz odgłos kilkunastu gotowych do strzału kusz nad sobą, z różnych okien i otworów strzelniczych.
- Zawiodłeś mnie... Co prawda raz, ale ten jeden raz zdarzył się wtedy, kiedy nie było miejsca na błąd. - dodała Szept.
Taczka:
- Jestem jednym z dwunastu rządzących miastem Lordami i jednocześnie jednym z tych, którzy cieszą się największymi przywilejami. Więc tak, wszyscy, którzy nie chcą skończyć pustyni, w dybach lub na szafocie.
- Może się okazać że to jest ktoś znajomy mojego Mistrza. Mógłby mnie Pan do tego cyrulika zaprowadzić?
-Ale mnie byś nie wysłał na pustynię, prawda?
Właściciel
Vader:
- Miał być martwy, a teraz przez Ciebie to ja mogę być martwa.
Wiewiur:
- No mogę, ale i tak Cię do niego nie wpuści, bo pewnie leży i dochodzi do siebie.
Taczka:
- Oczywiście, że nie, moja droga. - wyjaśnił i wskazał Ci na dość odległy jeszcze pałac w centrum. - Ale tam? Jak najbardziej.
///Kuba, zawsze musisz wtrącić swój wątek? Nie chcę go kontynuować, a teraz muszę znowu zabić Smoka.
- Poradzę sobie, chcę tylko wiedzieć gdzie jest.
-To jest twój dom? - Zaskoczyła się.
Właściciel
Taczka:
- No cóż... Tak. A czego się spodziewałaś?
Wiewiur:
Wskazał Ci na pobliski dom.
- Tam mieszka ten cyrulik. Także powodzenia i pozdrów go ode mnie. - powiedział, mając na myśli zapewne kupca, a nie medyka, i sam odszedł.
Vader:
//No wybacz, ale tak to zaplanowałem od początku.//
///Rezygnuję z tego wątku
Zapukał do drzwi domu cyrulika. // Z tą profesją(bo to profesja, tak?) mam tylko jedno skojarzenie i jest ono nad wyraz miłe :> //
Właściciel
Wiewiur:
//No tak, to taka profesja, czyli ówczesny lekarz.//
- Otwarte, wchodźże! - usłyszałeś zza drzwi. - Chwili spokoju nie ma, zupełnie jakby to ja jeden był w stanie pokroić tu człowieka i złożyć go z powrotem. - burknął ktoś jeszcze i zaczął kierować się do wejścia, sądząc po odgłosie zbliżających się kroków.
Vader:
//Czyli mam zabić Ci tę postać?//
Taczka:
- Jestem w stanie założyć się, że po kilku dniach przyzwyczaisz się do tego miejsca. - odparł z uśmiechem, a Wy pokonaliście resztę drogi i stanęliście pod pałacem, który rzeczywiście prezentował się okazale: Wielki, kunsztownie zdobiony i opływający w luksusy, z których jednym z największych jest bez wątpienia trawnik wraz z krzewami ozdobnymi i małymi drzewkami, gdyż utrzymanie go w takich warunkach kosztuje majątek. Poza tym całą posiadłość otaczał mur z pustynnego piaskowca, a na jego szczycie umiejscowiono ozdobne, ale i pewnie służące zatrzymaniu intruzów, stalowe kraty zakończone czymś co przypominało groty włóczni. Wejścia strzegła spora brama, dwa gargulce stylizowane na jakieś pustynne monstra i dwóch strażników odzianych w turbany i szarawary, z małymi tarczami na przedramionach, włóczniami w drugiej dłoni oraz bułatami u pasa. O ile wcześniej włócznie mieli skrzyżowane ze sobą, aby otwarcie zademonstrować, że nikt nie ma tu wstępu, to na Wasz widok (a konkretniej na widok szlachcica) natychmiast oparli je o mur i wykonali zamaszyste ukłony, na co ten odpowiedział gestem dłoni, a po chwili otworzyli Wam bramę. Chwilę później inni służący zabrali też Wasze wielbłądy i wozy, zapewne do stajni, zaś Zimitarra. Ty, Rodo i Nord kroczyliście już brukowaną ścieżką wprost do pałacu.
///Mam powtórzyć akcję tej suki? Bo na spokojnie to kuźwa nie można.
Wszedł do środka.
- Dzień dobry, ja szukam niejakiego Simona. Ma Pan go tutaj w domu?
-Dobra, po prostu rozwiń to, co zje**łem.
Właściciel
Vader:
- Nie uważasz, że poszło za łatwo? No właśnie. Zgładziłeś jego sobowtóra, ale on żyje i pewnie teraz snuje zemstę.
Wiewiur:
- No mam. - odrzekł cyrulik, mężczyzna w średnim wieku, o charakterystycznych, zielonych oczach. - A co? Rodzina? Bo jak nie to won.
-No dobrze. Moja wina... ale dom i wyposażenie było oryginalne?