W mroku ulic spacerował pewien groteskowo wyglądający jegomość, acz w tym nikłym wręcz świetle nie było widać go w całej krasie, ale elementy przywodzące na myśl taki a nie inny wygląd były widoczne bez problemu. Był to kolorowy, wypłowiały już nieco, żółty pognieciony garnitur, z niepasującymi spodniami, w odcieniu błękitu, któremu bliżej do szarości. Twarz miał przykrytą luźno rzuconym na siebie płaszczem przeciwdeszczowym. Miał też czerwony kapelusz, porównywalny do mafijnych z lat 60' Ameryki, który był w najlepszym stanie z całego widocznego ubioru. Jego chód przywodził na myśl spieszącą się do pracy osobę, różnicą było to, że z jego postawy i garbu nie ciężko się domyślić, że nigdzie nie było mu spieszno.
Wtem, uwagę nieznajomego przykuł pewien bar. W zasadzie nie ma nic do stracenia, a kieliszek czegoś mocnego chociaż na chwilę oderwie go od tej rzeczywistości. To nie tak miało się potoczyć, miało być lepiej, inaczej... Nikt go nie przestrzegał, a w telewizji tacy ludzie zbijali fortunę. Za późno nie dostrzegł w ich twarzach powołania do pracy, tylko możliwy zysk. On natomiast robił to z pasji,powołania, zamiłowania. Pluje na nich. Kiedyś ich szanował, teraz stawia ich poniżej zwierząt. Zrozumiał też, że przez chęć wyróżnienia się, zrobienia tego inaczej, został zgubiony. Że też nie pomyślał o tym, że nikt nie zainwestuje w coś niepewnego, nie podejmie ryzyka.... Oni stawiają tylko na sprawdzone środki, na to co się sprzedaje.
Przez takich ludzi skończył właśnie tu; przed barem, który mijał codziennie ignorując go, a dziś myślał o wejściu. Nigdy dotąd nie pił, zawsze się powstrzymywał, w końcu w swojej branży powinien mieć trzeźwy umysł, a skoro ma pewność, że jego kariera legła w gruzach, nie ma nic do stracenia...
Zaraz po wejściu, w lepszym świetle baru, widać było jego pełną sylwetkę. Już na twarzy okazjonalni gapie dostrzec mogli rzecz bardzo nietypową, a mianowicie uśmiech, który przykuje uwagę każdego. Użycie stwierdzenia, że był uśmiechnięty od ucha do ucha jest może trafne, ale nie oddaje ono jego całości. Miał wręcz nienaturalnie białe zęby, żywcem wyjęte z kreskówek. Nawet wprawny obserwator nie znalazłby dziur między nimi, ot jednolita masa białego tworzywa, przypominającą tylko zęby. Dodatkowo, dolna część masy była rozciągnięta aż pod brodę. Nieco wyżej był nos, nie wyróżniający się niczym, w zasadzie jedyna widoczna normalna część ciała na twarzy. Oczy były zasłonięte staromodnymi już okularami, z czarnymi szkłami, w metalowej oprawie, z okrągłą obudową wokół szkieł. Włosy dalej przykrywał przemoknięty już kapelusz, z którego ściekała woda w obfitych ilościach. Zdjął cały mokry i wilgotny płaszcz, wieszając go niedbale na wieszaku. Nie trzeba chyba dodawać, że lało się z niego więcej wody niż z kapelusza, którego nie raczył zdjąć. Podchodząc do baru, z długich nogawek spodni wynurzyła się para fioletowych mokasyn, bardziej suchych od reszty odzienia.
Widząc, że nie ma miejsca przy barze, ruszył zrezygnowany w kierunku wolnego stolika, po czym usiadł przy jednym. Nawet nie zamierzał się prosić, po prostu siedział. Nie jest nikim ważnym, to czemu ma się prosić o coś? Jak barman zwróci na niego uwagę to dobrze, a jak nie to nie. Trudno się mówi. Jedno zignorowanie w te czy we w tę, nie pogorszy już jego i tak fatalnego stanu.