Właścicielka
- Weź byś coś powiedział, co? - mruknęła, mijając główne wrota i otwierając niepozorne drzwi z boku. - Chyba, że zmieniłeś się już w czyjąś kukiełkę, która po wejściu do biblioteki mnie zadźga i zaniesie trupa rodzicom.
- Nie wiem gdzie mieszkają. - Zaśmiał się i podrapał się po głowie. - Trochę się zamyśliłem. Czemu nie wchodzimy frontem? -
Właścicielka
- To dość zabawna sztuczka Trefl. Tylko ona potrafi je otworzyć, dla nas to ściana z wystającą zasuwą. Czysta zabawa starszą magią. Tym przejściem wchodziłam, gdy podkradałam lyrn i fariańskie wino. Dawno temu. - zaśmiała się.
- Ach, aż mi się przypomniało jak sam podkradałem alkohol. Dobre czasy... - Znów się na chwilę zamyślił, lecz szybko się otrząsnął. - Przestań mnie wprowadzać w melancholie! -
Właścicielka
- Jak uważasz. - westchnęła cicho i zamilkła.
W powietrzu unosił się ciężki, metaliczny zapach. W półmroku nie można było dostrzec, wśród czego tak na prawdę się poruszali.
- Trochę duszno... - Delikatnie skomentował miejsce w którym się znaleźli.
Właścicielka
- Stała temperatura w gorzelni. W innych salach to dopiero chłodzą. Poza tym zaraz pójdziemy w lepsze miejsce, wytrzymaj trochę.
- "Lepsze miejsce" mówisz? - Zaśmiał się lekko.
Właścicielka
- Mh, nie myśl sobie tyle. Jakby przyszło co do czego, skończyłabym jako kur... tyzana królewsko-darmowa, a ty jako karma dla ogarów. - westchnęła zarzucając palcami jakiś gest, który otworzył im kolejne drzwi, ty razem na nieco lepiej oświetlony korytarz. - Przestań mnie wprowadzać w fantazje! - rzuciła, przedrzeźniając go.
- Niczego nie obiecuje... - Powiedział podśmiechując i wszedł na korytarz zaraz za nią.
Właścicielka
Korytarz był pusty, a gdzieś w oddali słychać było rozmowy po niemiecku. Kama westchnęła cicho, też się śmiejąc. Ruszyła już nieco pewniej korytarzem.
Niestety nie znał niemieckiego czy wampirzego, więc nie było mu do śmiechu. Po prostu szedł za Kamą rozglądając się po zamku. -
Właścicielka
Pośrodku korytarza był rozłożony długaśny, podniszczony dywan. Kama zamilkła, słysząc, że kroki się ku nim zbliżają. Zaklęła cicho.
- Co się dzieje? - Nachylił się nad jej uchem i zapytał cicho.
Właścicielka
- Nie wiem. - odparła i przebiegła parę kroków, by nagle zostać złapana za bluzę i dziecinnie podniesiona do góry.
- Kogóż my tu mamy? Karmilla Vera Pauline La Qualette vel wydziedziczona Kama. - mężczyzna trzymający ją w powietrzu zaśmiał się. - Gdyby nie to, że poza nami jest tu tylko Joker, z którym na dodatek sypiasz, nie przyznałbym się nawet, że Cię znam, a ci dopiero do pokrewieństwa. - udał urażonego, ale po chwili się śmiał.
Kama nie rzucała się, westchnęła nawet z ulgą.
- Trafiłeś w sedno. Lawrence jestem. - Powiedział do mężczyzny.
Właścicielka
- Eleazar. - odparł. - To nie była trudna sztuka, bynajmniej. Macie szczęście, że Zainford jest pijany i nie kontaktuje. Gdy go mijałem, już czuł, że nasz bachorek buntu się tu kręci. I to nie sam. - puścił w końcu Kamę.
- Bahorek buntu? - Zaśmiał się krótko. - Twoje relacje z rodziną są fascynujące.
Właścicielka
- To jest moje określenie. Moja eks-żona uważa, że uciekłaś z Królestwa, by pić i się puszczać, cytować jej słów nie mam zamiaru. Wyrosłaś, bratanico. - westchnął i jakby ojcowskim gestem, pogłaskał ją po włosach. - A ty tu Lawrence dla kart czy uchlania?
- Wolałbym karty jeśli można. - Uśmiechnął się. - Jeszcze tylko druga połowa talii i jestem w domu.
Właścicielka
- To chodźcie, o tej porze całkiem sporo można zebrać. W lochach też jest trochę osób z kartami. - rzekł Eleazar i wskazał, by iść za nim.
Bez słowa udał się za wampirem. Zastanawiał się czy nie powiedzieć czegoś cicho do Kamy, ale to nie miałoby większego sensu.
Właścicielka
- Nadal jest za mną list gończy? - westchnęła Kama.
- Cena za twój głupi łeb spadła, bo znajomi z Farii potwierdzili, że ty i Kassandra sobie w spokoju żyjecie. Poza tym, teraz jest nagroda za Ross'aina. Ponoć uciekł z pod ręki, bo się zakochał. - wzruszył ramionami po czym zatrzymał się.
Na korytarzu leżał dość napakowany i półprzytomny koleś. //Patrz Zainford z Talii// Eleazar po prostu przetrząsnął mu kieszenie i podał Lawrecowi kartę.
- Dzięki. - Powiedział spoglądając na leżącego mężczyznę. - Mam nadzieje że się nie obrazi. -
Właścicielka
- Codziennie je gubi, nie zauważy pewnie nawet. Z Rainfordem czy Kainem raczej sobie poradzicie... - westchnął, po czym rzekł coś po niemiecku do Kamy, a następnie zniknął tuż przed tym, jak dziewczyna by go uderzyła.
- Musicie bardzo się lubić. - Powiedział z uśmiechem. - A swoją drogą to ile wynosi nagroda za twoją głowę? -
Właścicielka
- "Raczej sobie poradzicie, o ile nie zaczniecie się pierdzielić na korytarzu..." - mruknęła mimochodem Kama, po czym otrząsnęła się. - Nie no, przynajmniej nie był sztywniakiem. Ojciec zawsze jest jak naciągnięta struna, a ten to zawsze był bardziej wyluzowany. I przy okazji nieco wredny.
- Chyba każdy ma takiego wujka. Kryje przed ojcem, daje spróbować pierwszego piwa... - Wzruszył ramionami. - Skoro nie możemy się pieprzyć na korytarzu, to lepiej chodźmy poszukać reszty kart. -
Właścicielka
Wampirzyca wzruszyła ramionami i ruszyła dalej korytarzem. Zainford dalej sobie leżał. Dotarli do rozgałęzienia, przed którym na chwilę się zatrzymała.
- Hm, w lewo do lochów, w prawo do komnat, a na wprost? Chyba na salę tronową...
- Chodźmy do komnat. Wydają się milszym miejscem niż lochy. -
Właścicielka
- Okej. - rzuciła Kama i pociągnęła go w tamtą stronę. Ukazał się długaśny szereg drzwi, a spod pierwszych wyciekała krew.
- Powiedziałbym że to coś dziwnego, ale ta kraina powoli przestaje mnie zaskakiwać. - Rzekł wskazując na wyciekającą ciecz.
Właścicielka
Kama powąchała ciecz i westchnęła z lekką... urazą. Uchyliła drzwi, wsadziła głowę do środka, by po chwili wyjąć stamtąd kartę.
- Nawet nie wiedziałam, ile krwi mogą mieć dwie krwawe elfki. Nie musiałam tego wiedzieć. Bleee... - mruknęła dając mu kartę.
- Dzięki.... - Niepewnie wziął kartę i schował ją z resztą. - Czyli teraz do lochów? Czy może jest jakieś ciekawsze miejsce do którego mogliśmy by się udać?
Właścicielka
- Ciekawe kiedy Rainford się zorientuje, komu dał kartę... Hm, a co rozumiesz przez ciekawe?
- Wszystko co nie jest ciemnicą w której mogą mnie zamknąć wbrew woli. - Odpowiedział ponuro.
Właścicielka
- Jesteś zbytnim pesymistą. - rzuciła Kama. - Jakaś fobia czy uraz do rządu?
Można było zauważyć, że dziewczyna mimo humoru jest spięta i umyślnie nie patrzy mu w oczy.
- Można by rzec że i to ,i to. - Odpowiedział. - To gdzie idziemy?
Właścicielka
- Nie wiem... głodna jestem... - to drugie rzuciła mimochodem i westchnęła, przygryzając wargę.
- No to chodźmy coś zjeść. - Wzruszył ramionami.
Właścicielka
- Nie mówiłam o takim jedzeniu. Szkoda, że tamta krew od elfek tak gówniato smakuje. - mruknęła cicho. - Chodźmy do lochów.
- Dobrze. - Zaczął iść w ślad za wampirzycą. - Mam nadzieje że nie zaspokoisz sobie apetytu... no wiesz, mną. -
Właścicielka
- Skoro nie mam co liczyć na "Tak, możesz." z tym twoim szarmanckim uśmiechem, to nie, nie grozi ci to. - weschnęła z rezygnacją. - Choć widziałeś po Deusie, że się od tego nie umiera. - syknęła cicho.
- No dobrze. - Westchnął i podał jej rękę. - Jeśli masz być taka marudna to tak, możesz się napić. Tylko nie wyssij mnie do sucha.
Właścicielka
- Wino się degustuje, a nie w siebie wlewa. - westchnęła, doskakując do niego i wgryzając mu się lekko w szyję, nim zdążył zaprotestować. - Mh... smakujesz jak bourbon, ciekawe czemu... i wiszę ci coś miłego, zapamiętaj zanim ja zapomnę. - zachichotała i ruszyła żwawym krokiem w stronę lochów.
- Nie omieszkam... - Powiedział cicho, rozcierając ranę na szyji i idąc za Kamą do lochów.
Właścicielka
Rana była stosunkowo znikoma. Wampirzyca była zdecydowanie żywsza, przy czym jednak ostrożna, na szczęście. W końcu dotarli jakoś do lochów, gdzie echem niosły się nienormalne dźwięki.
- A było tak tragicznie? Szczerze to planowałam to zrobić w twojej nieuwadze przy jakiejś ciekawej akcji, taki pech. - wzruszyła ramionami.
- Skądże. - Powiedział starając się odwrócić myśli od potępieńczych krzyków. - Zdefiniuj proszę "ciekawą akcje". -
Właścicielka
- No co, seks. Znając ciebie, to namiętny i pamiętny. Na dodatek z mojej strony pewno głośniejszy niż te potępnieńcze jęki. - dorzuciła ze śmiechem.
Właścicielka
- Każdy tak mówił, a potem było: oni mi kazali! Już zobaczymy, co za tą niewinną, głupią twarzą się kryje. Zain?
Tamten drugi po prostu uderzył Yukkiego w głowę, a nasz uroczy okularnik stracił przytomność...
Gdy się obudził, był przykuty łańcuchami do zimnej ściany. Czuł się obolały, a naprzeciw niego byli ci dwaj niby-inspektorzy, chlejący alkohol.
- Ale się opłaca takim głupkom podrzucać dragi...