Karczma pod Historią

Avatar
Konto usunięte
W tym samym czasie Albert jadł sobie kanapkę, pił sobie spokojnie wodę i czytał książkę

Avatar Gniotek7
Właściciel
- W takim chodź z nami. - powiedziała Elisif zamykając szafę i patrząc na nich. - Ja jestem gotowa.

Krasnolud zbiegł zdyszany na sam dół.
- Jesteś cały? Było bardziej uważać przy mniejszym szczęściu mogłeś... - W tym momencie przerwał spoglądając na pomieszczenie w którym się znaleźli. - Na brodę mojej babci...
Znajdowali się w ogromnym pomieszczeniu wypełnionym złotymi monetami naczyniami oraz klejnotami szlachetnymi, wszystko to leżało na srebrnej podłodze zdobionej diamentami. Po bokach pomieszczenia znajdowały się dwie wielkie fontanny płynące czerwonym winem. W rogach pomieszczenia stały duże posągi kobiet trzymających tace pełne świeżego jedzenia, mięsa, owoców, wszystkiego czego tylko się chciało dwa razy większe od normalnych ludzi. Na samym końcu stał wielki złoty tron ozdobiony dziesiątkami ogromnych klejnotów. Jednak najbardziej zachwycający był znajdujący się za tronem gigantyczny posąg dumnie stojącego człowieka z berłem, co było w nim najbardziej niecodziennego? Poza wielkością - która wynosiła jakieś 20 razy większe rozmiary od normalnego człowieka ważne było to że sam posąg wykonany był z pełni z nieskazitelnego diamentu...

- Ja nie dam rady... - westchnął siedzący paladyn. - Muszę teraz odpocząć...
W tym momencie podszedł do nich inny paladyn z widocznie złamaną lewą ręką oraz poważnymi ranami na prawej nodze i i brzuchu, cały był brudny od krwi.
- To była masakra... Nigdy nie spodziewałem się że trzy osoby mogą wyrządzić takie szkody... - mówiąc to zakaszlał i splunął krwią na ziemię. - Nie tego się spodziewałem pisząc się na tą misję...

Avatar Gniotek7
Właściciel
- Cedriku, to mój brat, Darcus. Darcus, to Cedrik, jest członkiem tego Kręgu o którym wspominałam. Gorgoron mówiła że chciałeś się ze mną zobaczyć. - powiedziała spoglądając na mężczyznę.

Krasnolud wydał dziwny odgłos jakby między piskiem a krzykiem zachwytu i zaczął powoli iść między bogactwami rozglądając się jakby trafił na niebo, w którymś momencie podniósł jedną monetę i ugryzł ją.
- Jest prawdziwe! - zawołał. - To złoto jest prawdziwe! Jasna cholera! Pomyśleć że to wszystko leżało tutaj tak długi czas i nikt tego nie znalazł! Rozumiesz zielony?! Jesteśmy tutaj pierwsi!

Pierwszy z paladynów nic nie mówił jakby wpadł w głębokie zamyślenie. Drugi jednak jęknął opierając się powoli o stojące obok stare drzewo, westchnął głęboko i zaczął mówić.
- Na początku było spokojnie. Szliśmy za naszym nowym przywódcą, według starych map opustoszała wioska którą właśnie opuszczaliśmy powinna być jedną z ostatnich jakie stały na drodze do stolicy. Wydawało się że reszta drogi będzie spokojna kiedy nagle to zobaczyliśmy. Ujrzeliśmy że z nieba spada coś niebieskiego, jakby jakiś meteor czy coś... Świeciło się mocno i im niżej spadało tym miało się wrażenie że robi się chłodno. To był moment, kilka osób zdążyło odskoczyć ale dwóch... Po prostu zostali wgnieceni w ziemię... To co spadło okazało się wielką bryłą lodu, chwilę po tym kiedy spadła zaczęła się ruszać, pękać... Wtedy pojawili się pierwsi dwaj, jakaś kobieta oraz przypakowany ork, obaj byli niewiarygodnie bladzi a ich ciała pokrywały jakieś dziwne runy jarzące się mocno na błękitno... Czuliśmy jak powietrze zamarza dookoła nas... Czuliśmy... Tak... Czuliśmy się jakby to miałby być nasz koniec, ten mróz coś zwiastował... Śmierć. W mgnieniu oka kobieta skoczyła do najbliższego człowieka łapiąc go za gardło, widzieliśmy jak jej dotyk po prostu zamienia w lodowy posąg... Ten ork wyglądał na naprawdę wściekłego, uderzył pięściami z całą siłą o ziemię i nagle znikąd z ziemi wyskoczyły lodowe kolce przebijając naszych lekarzy niczym kły jakiegoś strasznego potwora... Część ludzi próbowała z nimi walczyć, ale to było jak wbijanie sobie sztyletu w gardło. Prawda jest taka, że im mniej się bałeś tym szybciej ginąłeś, tak jakby to czuli... Podczas ćwiczeń przygotowywali nas na wiele trudności... Ale nigdy nie spodziewałem się że trafię na takie zabójcze duo, nasi ludzie byli masakrowani... Nasz nowy przywódca, on nie był na to przygotowany, krzyczał żebyśmy się wycofali, że nie damy im rady... Bardziej dzielni nie chcieli słuchać, ginęli od razu. Dowódca widząc to i wiedząc że się nie wycofamy w końcu sam wyciągnął miecz i ruszył na tego orka który akurat zgniatał jednemu z magów czaszkę... Nic na nich nie działało, zanim ktokolwiek zdążał ich uderzyć już ginął zamrażany, przebijany czy miażdżony... Dowódca był już kilka metrów od orka, ten nawet już go zobaczył kiedy pojawił się ten trzeci... Z mgły która pojawiła się znikąd wyszedł dziwny człowiek, dość szczupły ubrany w szaty zasłaniające jego ciało z wyjątkiem twarzy, doskonale pamiętam jego świecące się zielone oczy oraz jego uśmiech kiedy podrzynał przywódcy gardło... To był jeden z tych ludzi na których patrzysz i wiesz że jest zły, tak po prostu... To jeden z tych ludzi którzy po prostu się tacy rodzą... Kilku ludzi którzy do tej pory nie wiedzieli czy walczyć czy uciekać widząc śmierć kolejnego dowódcy wpadli w szał i rzucili się na skrytobójcę... Na marne, duo zmiotło ich z powierzchni ziemi szybciej niż zdążyli przebiec kilka kroków... Ci ludzie... Ja i oni... - powiedział teraz nieco ciszej wskazując na resztę - Przeżyliśmy tylko dlatego że byliśmy tchórzami... Nie walczyliśmy... Wiedzieliśmy że bezpośredni atak na nich kończył się tylko jedną opcją... Staliśmy lub kryliśmy żeby tylko nie zginąć... To było żałosne... Rycerze przygotowani do walki... Pokonani przez łotrzyka, kobietę i jakieś cholernego orka... Zostało nas może z trzydziestu kiedy ten trzeci uniósł swoje ręce... "Dobra! Starczy!" zawołał, ork który właśnie rozerwał ostatniego z magów w naszej części ekspedycji spojrzał na niego lekko wściekły że kazał mu przerwać tak wspaniałą... Rozrywkę... Kobieta właśnie złapała za rękę tamtego paladyna... - powiedział wskazując na człowieka który nie mógł ruszyć zamrożoną ręką siedzącego na ziemi. - Słysząc człowieka puściła go i spojrzała w jego stronę. "Dlaczego mamy przerywać?!" wrzasnął ork "wykończmy ich, Akros chciał dowiedzieć się do czego jesteśmy zdolni no to mu pokażmy!". "Nie, nie... Nie rozumiesz głupku" zaczął ten zabójca, "Co to będzie za zabawa skoro nikt z nich nie zostanie żywy żeby o tym opowiedzieć? Nasi wrogowie muszą wiedzieć że wiemy co robią, że ich obserwujemy. Jeśli nikt nie przeżyje i do nich nie wróci to mogą sobie pomyśleć że zginęli od choćby jakichś dzikich zwierząt czy wściekłych czarnych elfów, oni mają wiedzieć że to MY ich dopadliśmy". "Nikomu nic nie przekażemy!" wrzasnął jeden z paladynów wyciągając miecz... "Ty na pewno nie" odrzekł zabójca po czym zniknął i pojawił się tuż za plecami ów paladyna wbijając mu sztylet w serce... "Ktoś jeszcze chce się ze mną sprzeczać? Nie? To dobrze"... Nikt nie wiedział co robić, wszyscy bali się tak samo jak ja... Widząc tą masakrę dookoła nas... "Plan jest taki, ci którzy byli na tyle mądrzy żeby nie sprzeczać się z moimi kolegami udadzą się teraz o tam, w stronę stolicy i przekażą Sanowi i reszcie ekspedycji co wam się stało. Ale! Żeby nie było za łatwo, macie dziesięć sekund żeby zacząć biec, jeśli czas minie, moi znajomi spróbują trafić was tak wielu jak tylko się uda... No więc... Jeden... Dwa..." w tym momencie cała reszta, choć niepewnie i wciąż przerażeni ruszyliśmy biegiem w stronę w którą zmierzaliśmy. Ten człowiek liczył na tyle głośno że dobrze widziałem że paladyn biegnący tuż obok mnie został przebity na wylot lodową lancą padł dokładnie kiedy minęło dziesięć sekund... Poleciało w nas tyle sopli, kolców i cholera wie czego jeszcze że chyba każdy dostał choć trochę... Dwunastu z nas zwiało za najbliższy pagórek... Miałem wrażenie że nawet słyszę odgłosy bicia serc reszty... Minęła dobra godzina zanim pierwszy z nas się odezwał... Baliśmy się wracać na miejsce walki... Ha, walki... Rzezi... Więc wstaliśmy i powoli ruszyliśmy w stronę stolicy zastanawiając się czy dożyjemy w ogóle następnej godziny... Jakiś czas później kiedy byliśmy jakąś godzinę drogi stąd jeden z ocalałych powiedział że nie da rady iść dalej... Że zostaje, był z nim jego brat, powiedział że nie ma opcji żeby zostawił go samego... Powiedział że sobie poradzą i żebyśmy szli dalej i poinformowali resztę o czym co się wydarzyło... Tak więc pozostała dziesiątka... No cóż... Jakoś dotarliśmy tutaj... Cholernie chce mi się pić... Mieliśmy farta... Jedno stado wilków, bandyci czy cokolwiek i nie mówił bym teraz do ciebie... To trochę żałosne to przyznać... Ale gdyby nie tchórzostwo i strach... Nie byłoby nas tutaj...

Avatar Gniotek7
Właściciel
Elisif niepewnie wzięła od niego księgę i otworzyła ją na pierwszej stronie.

Zarówno goblin jak i krasnolud czuli dziwne przyjemne uczucie, jakby nie chcieli już opuszczać tego miejsca, jakby chcieli tutaj zostać... Jeszcze na chwilkę... No może trochę dłuższą... Krasnolud podlazł do fontanny, podniósł złoty puchar z ziemi i napełnił go winem, pociągnął z niego duży łyk u usiadł na stosie złota.
- Wspaniałe... - mruknął zadowolony.

- Może coś w tym jest... - powiedział cicho paladyn i duszkiem wypił pół zawartości bukłaka. - Z tymi dwoma był problem, to nie byli magowie... Coś mi w nich nie pasowało... Te znaki, to nie są zwykłe tatuaże, czy runy które nakładają sobie mnisi czy jacyś wojownicy... Oni wyglądali jakby zostali przez coś Naznaczeni... Nie przez człowieka, nie. Jakby... Nie mam pojęcia jak to wytłumaczyć, magia zawsze była dla mnie zachwycająca, ale nigdy nie potrafiłem jej pojąć... Za to ten trzeci człowiek... Tak... To był jeden z tych ludzi na których patrzysz, przyglądasz się, jesteś całkowicie pewien że gdzieś już go widziałeś, ale choćby nie wiesz co, nie możesz sobie przypomnieć gdzie... Nie wiem co o tym myśleć... Nigdy wcześniej nie czułem się tak bezsilny jak wtedy... - szeptał i zakaszlał mocno. - Nigdy nie zapomnę tego wydarzenia...

Avatar Omeg12
- Do czego konkretnie? Wolałbym wiedzieć, kiedy wolno mi wbić moim kompanom miecz w plecy - spytał z nutką sarkazmu w myśli

Avatar Gniotek7
Właściciel
Elisif spojrzała na Cedrika.
- Czemu ktoś zostawił informacje na temat czegoś takiego? To nie jest trochę... Nie rozsądne?

Krasnolud siedział tak jeszcze z godzinę kiedy nagle nad czymś zaczął myśleć.
- W sumie... To skoro tu jest złoto... I wszystkie te skarby... Nie... Czegoś mi tu brakuje...

- Wydajesz się być strasznie pewny siebie... Powiedziałbym... Zbyt pewny siebie. - mruknął paladyn siedzący na kamieniu.

Avatar Omeg12
Jak sobie chcesz
Przeskanował teren, aby sprawdzić, czy w pobliżu są jeszcze jakieś umysły poza członkami ekspedycji i paladynami.

Avatar Gniotek7
Właściciel
- Jak stara jest ta książka? - zapytała.

- Zobaczymy... - szepnął paladyn.
W tym momencie podszedł do nich ten, którego ręka była całkowicie zamrożona.
- Co teraz robimy?

Avatar Omeg12
- O mnie nie musisz się martwić - skłamał - Nie orientuję się w sytuacji tak dobrze jak ty. Po prostu powiedz mi co mam robić, a czego nie.

Avatar Omeg12
- Wiem. Kamień jest już blisko, czuję go wyraźnie jak nigdy - odpowiedział telepatycznie

Avatar Gniotek7
Właściciel
Elisif nie wiedząc co jeszcze powiedzieć mruknęła tylko cicho.
- Niesamowite... - i przewróciła książkę na następną stronę.

Paladyn widząc zaklęcie szybko cofnął rękę lekko wystraszony ale wyglądający też na zrezygnowanego.
- To nic nie da... Ona jest zamrożone całkowicie... W środku też... Nie czuję jej, to już nie moja ręka.

Avatar Omeg12
Nie miał za bardzo co robić, więc postanowił sprawdzić, czy z pomocą swoich mocy będzie w stanie uśmierzyć ból rannych.

Avatar Omeg12
Spróbował tego pierwszego, licząc, że nie sparaliżuje kogoś na resztę życia.

Avatar Gniotek7
Właściciel
Elisif po chwili zamysłu spojrzała teraz na Cedrika.
- Co planujesz zrobić z tą księgą?

W przypadku jednego z paladynów przy którym spróbował swoich możliwości telepata, czyli temu który miał sporych wielkości lodowy sopel w nodze widać było że jego zdolności działają jednak nie do końca w spodziewany się sposób. Kiedy paladyn poczuł że nie czuje już bólu w nodze widać było po jego wyrazie twarzy że jest bardziej przerażony niż ucieszony.
- Na Innosa... - jęknął cicho. - Straciłem czucie... Już po robocie... Teraz będą musieli odciąć mi nogę...

Krasnolud przez następną godzinę zastanawiał się czego tutaj brakuje, co chwilę przez jakąś dziwną aurę tracił wątek jednak po momentach zamysłu wracał do tego. Czuł że coś na niego działa, starał się jak najmocniej temu przezwyciężyć i i przypomnieć sobie ponad wszystko czego tutaj nie ma. Stał przed tronem przez długi czas walcząc w głowie z całej siły i przyglądał się posągowi czując że coś mu przypomina. Dopiero bo jakiejś godzinie coś błysnęło mu tam gdzieś w głębi umysłu i skojarzył skąd zna twarz tego posągu.
- To jest to! Ten posąg! To nie jest żaden władca! To Lirlyk! Bóg Oszustów! Wiedziałem że skądś cię znam! Czekaj no... Jak brzmiała ta kwestia... - rozejrzał się próbując sobie coś przypomnieć. - Cholera napiłbym się wina... A może... Już wiem! Lirlyku! - krzyknął teraz patrząc prosto w twarz posągu. - Lirlyku Oszuście wiem co knujesz. Pokaż mi prawdę! - zawołał.
W tym momencie zmieniło się wszystko. Posąg zmienił się z diamentowego przedstawiającego władcę w kamienny przedstawiający człowieka ze zwykłym drewnianym kijem, obszarpanym starym dziwnym stroju kojarzącym się z królewskim błaznem. Jedyne w posągu zostało to ta sama twarz z chytrym szyderczym uśmiechem. Idąc dalej cała zdobiona podłoga zmieniła się w starą popękaną podłogę zrobioną z wielkich kamiennych płyt. Całe złoto bez wyjątku zniknęło zamieniając się w stare wysuszone kości, w większości ludzkie, ale trafiały się także orkowe a także kilka krasnoludów a nawet jeden trolla, leżący w rogu pomieszczenia tuż obok miejsc w których wcześniej znajdowały się posągi. Same złote posągi w całym pomieszczeniu zniknęły a ich miejsce zajęły state zniszczone pomniki rogatych postaci z diabelnym uśmiechem. Złote tace z jedzeniem które wcześniej trzymały zmieniły się w zakurzone talerze stworzone z jakiegoś czarnego metalu na których teraz leżały kawałki kości i czaszki na których wciąż zostało jeszcze trochę skóry właścicieli. Co do fontann z winem które wcześniej stały bo bokach z wyglądu (poza tym że teraz były popękane i zrobione z starego paskowca) się nie zmieniły, jednak zamiast wina w sporych ilościach sypał się z nich brudny piach. Najważniejszy jednak był sam tron. Nie był już ze złota i kamieni szlacheckich a w pełni z ów czarnego metalu, ale co najważniejsze nie był już pusty. Siedział na nim skulony i przygarbiony szkielet wciąż jakoś trzymający się razem, jednak to co było w nim najbardziej nadzwyczajnego to to co trzymał na kolanach. Była to niewielkich wielkości szkatułka nie pasująca kompletnie to całej reszty. Była zrobiona z srebrnego błyszczącego metalu, po jej bokach znajdowały się jarzące się na błękitno symbole nie znanego pochodzenia które teraz były zresztą jedynymi źródłami światła w tym pomieszczeniu. Szkatułka nie wyglądała na zabezpieczoną w żaden sposób jednak po postawie szkieletu widać było że posiadacz nie chciał jej nikomu za życia oddać. Najjaśniejszym i najbardziej przykuwającym uwagę był jednak symbol na samej górze szkatułki, symbol który nic nikomu nie mówił, ale jednak od razu wydawał się czymś strasznie ważnym...
Zdjęcie użytkownika Gniotek7 w temacie Karczma pod Historią

Krasnoluda mimo szokującego odkrycia po ujrzeniu szkatułki nie interesowało już otoczenie, stał teraz i wpatrywał się w szkatułkę bez słowa.

Avatar Omeg12
Oczywiście Nie wiedział, czy ujawnienie się nie sprawi kłopotów, więc zamiast uspokoić paladyna słowami postanowił telepatycznie zmniejszyć jego strach.

Avatar Gniotek7
Właściciel
- Ach tak... Zaraz, co? - Elisif spojrzała na niego jak na wariata. - Ja? Czemu akurat ja?

Po paladynie rzeczywiście było widać że teraz mniej się tym przejmuje, podrapał się po głowie, popatrzył jeszcze raz na nogę po czym zajął się wycieraniem brudu ze zbroi.

Bieg przez taką masę kości był trochę trudny jednak goblinowi udało się, po niewielkim wysiłku przy wyrywaniu szkieletowi szkatułki - jakby nawet dawno po śmierci wciąż nie chciał jej puścić - kiedy miał już szkatułkę w ręce chwycił kamień i nacisnął przycisk to on... Nie zadziałał.
- To nie zadziała. - mruknął krasnolud obserwując go. - Te ruiny są zabezpieczone przeciwko większości magii, to była zasadzka. - krasnolud rozejrzał się teraz jeszcze raz dookoła siebie. - Władca tego miasta musiał mieć jakiś układ z Lirlykiem, bogiem oszustw z ich wierzeń. To pewnie miała być ostatnia ochrona, przy takich skarbach a jakichś dziwnych zaklęciach wszyscy zapominali o tym czego szukają, stąd te wszystkie szkielety. Większość z nich to pewnie barbarzyńcy którzy zaatakowali to miasto... Wpadli prosto w pułapkę, a władca i posiadacz szkatułki siedział sobie w międzyczasie na tronie pod osłoną oszustwa... Genialne, bogowie w których wierzyli mieli niezłe pomysły... A jeśli... Jasny szlag! To ma sens! Zielony! - zawołał teraz precyzując czy gada do samego siebie czy do goblina - Pamiętasz to o czym ci wspominałem? Jeśli wszyscy wierzący zapomną o bogach to wtedy ci właściwie zanikają, tracą dostęp do naszego świata... Ta kobieta przed którą cię ostrzegałem... Co jeśli... Co jeśli to była tylko kolejna pułapka zastawiona przez Lirlyka! Tak! Jestem geniuszem! Przez tak wiele lat bóg oszustw chronił to miejsce, żeby nikt nigdy nie znalazł tej szkatułki! Nie... Coś mi tu nie pasuje... Skoro wszyscy wierzący nie żyją to jakim cudem Lirlyk jeszcze nie opuścił tego miejsca? Może był silniejszy od innych, na tyle żeby nie musieć potrzebować wyznawców żeby ostać się w rzeczywistości... Albo... Co władca zaproponował w zamian za bronienie go przed ludźmi chcącymi posiąść szkatułkę? To musiało być coś naprawdę potężnego skoro bóg który dawno powinien przepaść bronił jej aż do teraz... Będę musiał to przemyśleć... Zresztą sama ta szkatułka... Byłem pewien że to tylko legenda... Hej goblinie! Spróbuj ją otworzyć!

Do Karczmy tymczasem wkroczył nietypowo wyglądający człowiek. Ów gość mierzył jakieś dwa metry i nosił na sobie białe szaty z futrzanymi elementami oraz duży kaptur akurat teraz zdjęty. Po twarzy wyglądał na poważnego człowieka w starszym wieku jednak bez żadnego zarostu, jednak najważniejszy nie był jego wygląd czy ubiór a raczej to co nosił przy sobie. Na ramieniu niósł sporej wielkości skórzaną torbę która mogłaby pomieścić kilka grubych ksiąg oraz długi zwinięty papier zawiązany po obu końcach. Do swojego brązowego pasu przypięte miał dwie butelki zamknięte korkiem, jedną z jakimś jasnoniebieskim płynem a drugą z kolejnym zwiniętym zwojem papieru w środku - niczym wiadomość znaleziona na morzu. Prócz tego na plecach niósł sporych wielkości plecak z bocznymi kieszonkami - w jednej trzymał jakąś ciemnozieloną księgę z tytułem zapisanym w elfickim języku a w drugiej spoczywało kilka poskładanych lub pozwijanych zapisanych kartek papieru. Po za tym do plecaka dołączone były dwie podłużne duże tuby, jedna była zamknięta więc nie było widać zawartości. Z drugiej tuby natomiast wystawał kolejny wielki zwinięty fragment papieru wyglądający na dość stary. Człowiek wyglądał na dość zmęczonego a jego szata z pewnością nie była od dawna czyszczona. Podszedł do lady i oparł się o nią rękami odsłaniając że na dłoniach ma wytatuowane jakieś napisy w na pewno nieludzkim języku.
- Ja z ogłoszenia. - powiedział spokojnie i prosto.
- Ogłoszenia? - zdziwił się Karczmarz.
- Tego. - odrzekł przybysz i wskazał lewą ręką na informację na temat szukanych ludzi do Złotej Gildii.
- Nie rozumiem, skąd wiedziałeś że szukam ludzi skoro nie wywieszałem tego ogłoszenia nigdzie indziej...
- Może ty nie, widziałem je w sklepie.
- W sklepie... - zastanowił się Abraxas. - Tak... To pewnie sprawka Michaela, no dobra, a więc chcesz dołączyć do Złotej Gildii, tak?
- Tak. - powiedział siadając ostrożnie z całym swoim sprzętem na jednym z krzeseł bez oparć stojących przy ladzie.
- Wyglądasz na kogoś kto przybył z daleka, czego szukałeś w mieście?
- Pism.
- Pism?
- Tak, podróżuję, znajduję i czytam. - powiedział wskazując głową na swój plecak. - Jestem Czytelnikiem. - ostatnio słowo wymówił prawie że z dumą.
- Nie wyglądasz na zwykłą osobę która po prostu czyta żeby zając sobie czas lub coś znaleźć.
- Czytanie zajmuje prawie cały mój czas, a szukam w księgach czegoś co jest nieskończone więc moja podróż będzie trwała aż do mojej śmierci.
- Czego ty w takim razie szukasz?
- Prawdy.
- Prawdy?
- Tak, każde pismo ma w sobie coś prawdziwego, jakąś cząsteczkę wszechświata. Podróżuję po świecie, czytam wszystkie pisma jakie znajdę i je zapamiętuję. Trafiam na wiele głupot, ale bardzo wiele pism to informacje zapisane przez mądrych ludzi, jak to powiedział kiedyś Gaiden Shinji, wielki wojownik i założyciel areny w Tamriel, "najlepszych technik uczą ci, którzy przeżyli". Każdy z nich znajduje i zapisuje jakąś malutką cząsteczkę wszechświata, a ja chcę znaleźć je wszystkie.
- Przecież sam powiedziałeś że nigdy nie wykonasz swojego zadania... - Karczmarz wciąż nie do końca rozumiał.
- Tak, ale to nie znaczy że mam się poddawać, prawda? Każdy szuka jakiegoś sensu życia, ja znalazłem swój już bardzo dawno temu.
- No dobra... Jakie twoje możliwości mogą pomóc Gildii?
- Oczywiście odczytywanie zwojów.
- Odczytywanie zwojów?
- Tak, nie czytam tylko ksiąg czy dzienników. Czytam wszystko, listy, mapy, notatki, przepisy a także zwoje. A jak pewnie dobrze wiesz zwoje zawierają zapisane informacje których rzucający wymaga do użycia zaklęcia jak i są samym nośnikiem mocy. Mam ogrom zwojów, a dzięki mojej zdolności czytania mimo iż nie potrafię rzucać zaklęć bez zwoju to mogę odczytać i użyć nawet najtrudniejsze zaklęcia jakie zostały zapisane.
- Czyli jesteś kimś w rodzaju maga... Tylko musisz mieć zwoje?
- Nazywaj mnie Czytelnikiem, takie też imię wybrałem podczas mojej wędrówki kiedy odkryłem że to jest właśnie moje przeznaczenie.
- Rozumiem... Chyba... - mruknął Gniotek. - No dobra, a czemu w zasadzie chcesz do nas dołączyć? Nie powinieneś przypadkiem wędrować dalej i szukać tych... Pism?
- Nie do końca. Pisma których jeszcze nie czytałem mogę znaleźć wszędzie, wiele pewnie znajduje się w bibliotekach w tym mieście, inne może znajdę pomagając wam. Poza tym odwieczny uczeń swego mistrza, w moim przypadku pism, powinien usiąść co jakiś czas i podzielić się częścią tego co przeczytałem. Wiadomo w końcu że prędzej czy później nastanie mój dzień? Kto wie, może informacje znalezione w zakurzonej księdze w starej wieży przekazane samotnemu farmerowi uratują mu życie? A może nawet doprowadzą do jakichś ważnych wydarzeń dla całego wszechświata? Tego nie mogę być pewny. Ale jestem pewny że mogę się wam przydać.
- Prawdopodobne... Dobra, słuchaj, usiądź sobie na razie i odpocznij, porozmawiam wieczorem z moim doradcą i powiem ci jakie jest nasze zdanie.
- Oczywiście, będę mógł w międzyczasie dokończyć czytanie tej elfickiej księgi którą zakupiłem w tym przyjemnym sklepie na środku miasta. - odrzekł, wstał z krzesła i przeniósł się z wszystkim co miał do jednego ze stołów w rogu.
W tym samym momencie w którym usiadł Czytelnik wstał Jack Szpada który do tej pory większość czasu spał w najdalszym kącie Karczmy. Podszedł powolnym krokiem do lady, oparł się o nią i spojrzał Gniotkowi w oczy.
- Słyszałem waszą rozmowę, wspominałeś coś o złocie.
- Nie do końca co o złocie, co raczej o Złotej Gildii.
- O czym? Brzmi bogato.
- Sam spójrz. - powiedział Karczmarz i wskazał mu zgłoszenie na ścianie. Pirat przyjrzał mu się uważnie i uderzył pięścią o ziemie.
- Na cały mój okręt! Piszę się na to!
- A... Kim ty właściwie jesteś?
- Ach no tak, zapomniałem że wy myrthańskie szczury lądowe nie rozpoznajecie największych zabójczych osobistości na całym przeklętym oceanie! Jestem Jack Szpada! Czwarty najbardziej poszukiwany pirat pływający po okolicznych morzach!
- Ale... W okolicy nie ma nawet portu.
- No przecież wiem że nie ma cholera jasna! To wszystko sprawka tego su**nsyna... Że też dałem mu się nabrać! A moja załoga nawet nie spróbowała mnie znaleźć! I teraz tu utkwiłem! Ale słuchaj, jakiś knypek który chyba współpracuje z tymi całymi asami czy jak im tam powiedział że jeśli pomogę wam z tymi mroźnymi gnojkami to wtedy załatwicie mi powrót na morza. No, a ta twoja Gildia, mam nie jasne wrażenie, jest dość blisko tych asów, no i przy okazji pewnie coś zarobię, no nie?
Karczmarz przyglądał mu się chwilę nie pewnie po czym rzekł.
- No dobra... A jak w zasadzie możesz nam się przydać?
- Jak?! - zawołał Szpada. - Jestem kurde jednym z najgroźniejszych piratów jacy istnieją! I to nie dlatego że dobrze pływam, oj nie. Na wszystkie monstra morskie! Jestem jednym z najlepszych szermierzy jakich świat widział! No dalej! Jak chcesz możemy zawalczyć!
- Raczej nie, jestem kiepskim wojownikiem.
- Aha! Wiedziałem że wygram! Co jak? Znajdzie się miejsce dla kogoś tak dobrego jak ja?
- Przemyślimy to...
- No to bomba, to jak coś to będę spał tam gdzie wcześniej! - zawołał wesoło i wrócił do swojego miejsca.
- Zapowiada się bombowo... - powiedział sam do siebie Gniotek i zajął się czyszczeniem lady.

Avatar Gniotek7
Właściciel
- Nie rozumiem. Założę się że jest wśród was pełno osób które poradziły by sobie z takim zadaniem lepiej ode mnie.

Krasnolud już chciał coś powiedzieć kiedy goblin biegnąc nadepnął na wystającą płytkę i nagle schody schowały się zostawiając po sobie śliski zjazd po którym raczej nie było jak wejść.
- No brawo... Dobra, słuchaj, jeśli chcemy się stąd wydostać i nie skończyć jak ci tutaj - powiedział kopiąc jedną z czaszek - musimy rozejrzeć się za jakimś innym wyjściem. Ale zanim to zrobimy słuchaj mnie uważnie. Kiedy oddasz tą szkatułkę swojemu panu przekaż mu ode mnie że cokolwiek tam będzie, to niech nie robi nic głupiego, ponieważ mimo iż da się pokonać boga oszustw, to słono się za to płaci. Dasz radę to zapamiętać? To ważne, wystarczająco dużo czytałem i odkryłem w tych ruinach przez te lata żeby wiedzieć że twój pan musi to wiedzieć.

Avatar Omeg12
Odetchnął głęboko, po czym równie głęboko postanowił się już w nic nie mieszać, a przynajmniej przez następne pół godziny.

Avatar Gniotek7
Właściciel
- A ty co o tym myślisz bracie? - zapytała spoglądając na Darcusa.

- Może, a może zrobi coś cholernie durnego i wszystkich nas pośle do piachu - odparł krasnolud. - Słuchaj, jeśli chcesz się stąd wydostać, a zapewniam cię że beze mnie nie dasz rady, to radzę ci przekazać mu tą informację. Rozumiemy się?

W międzyczasie do Karczmy wszedł Oghren wyraźnie głęboko zamyślony trzymając ręce na plecami. Podszedł powoli do Karczmarza i oparł się prawą ręką o ladę.
- Słuchaj. Co gdybym ci powiedział że twoja Karczma może stać się jeszcze sławniejsza gdy wprowadzisz do niej najlepszy efekt jakichkolwiek sojuszów elfów z krasnoludami?
- To były w ogóle jakieś dobre efekty? - zaśmiał się Gniotek.
- O tak, całkiem sporo... A w sumie to nie, tylko jeden. I teraz możesz wprowadzić go do swojej Karczmy! - zawołał entuzjastycznie krasnal.
- Do rzeczy Oghren.
- Kryształowy Grog! - krzyknął wyjmując zza pleców sporych wielkości butelkę pełną jakiegoś przeźroczystego błyskającego płynu. - Z jednej strony wypełniona mocą krasnoludzkiego grogu tworzonego z potu władców smoków! A z drugiej wsparty delikatnym smakiem elfickich mistrzów win! Same zalety! Żadnych wad!
Abraxas przyglądał się chwilę butelce po czym odezwał się.
- Myślisz że ktoś to będzie chciał kupować? Mamy na składzie pełno dobrego alkoholu...
- Żartujesz?! - zawołał krasnolud. - To jest tak zajebiste że KAŻDY będzie chciał to kupować!
- No nie wiem...
- Słuchaj stary, czy ja często wyrażam się dobrze o elfach?
- Nigdy.
- No właśnie! A wiesz co to oznacza? To oznacza że ten grog jest naprawdę wspaniały!
- Od kiedy podoba ci się cokolwiek co zrobiły elfy?
- Zawsze uważałem że ich delikatne wina są po prostu słabe... Ale w połączeniu z mocą krasnoludzkich speców od grogu? Mieszanka idealna! Zresztą sam spróbuj! - powiedział i przysunął mu butelkę pod twarz.
- Nie, nie piję podczas pracy.
- Och no daj spokój, jeden łyczek nikomu nie zaszkodzi, to nie Kosa Śmierci, tak? Nie zwali cię z nóg.
- No dobra. - zdecydował w końcu Karczmarz, chwycił butelkę i wziął duży łyk. Popłukał chwilę gardło, zmrużył oczy i połknął. - Cholera, to rzeczywiście jest niezłe.
- A nie mówiłem?!
- No dobra, powiedz mi tylko skąd mam skołować tego więcej, nie widziałem żadnego wędrownego sojuszu elfów z krasnoludami sprzedającego tego.
- Na targu jest taki elf, Mitrix czy jak mu tam. Ma tego sporo na składzie i mówił że jeśli znajdzie stałego klienta to może mu załatwić stały towar za opłatę.
- Aaa...Teraz pojąłem.
- Co?
- Chcesz żebym to kupił żebyś mógł chlać za darmo, racja?
- No co ty! Znaczy... No ten... Kufelek na koszt firmy od czasu do czasu nigdy nie zaszkodził... Ale oczywiście będę płacił! ... Co jakiś czas...
- Niech będzie, pogadam z nim. Musisz tylko popilnować chwilę lady, muszę znaleźć tego skrzata co miał mnie zastępować jakby co.
- Tak jest, sir! - zasalutował i oparł się o ladę plecami.
Gniotek wstał, zajrzał na zaplecze i jeśli go tam nie znalazł poszukał skrzata za Karczmą.

Avatar Omeg12
- Po szczegóły zwróć się do kogoś innego - burknął - Ja tutaj tylko wskazuję kierunki, czytam umysły i ewentualnie walczę ze szkieletami. Któregoś potrzebujesz?

Avatar Gniotek7
Właściciel
///Człowieku, uważałbyś jak machasz tą ręką. Turreta powinno się opanowywać.///

- Darcus? O co tutaj chodzi? - zapytała Elisif niepewnie.

- Dobra jak tam chcesz. - odparł krasnolud i usiadł na kupce kości. - Miłego zdychania z głodu.

///Mam na myśli tego zastępce Karczmarza i Axa co to się tak upija ciągle, nie pamiętam co to była za rasa dokładnie :L///

Avatar Gniotek7
Właściciel
//Aj tam, pomyliło mi się, wiesz że moja pamięć nie radzi sobie najlepiej///

- No dobra... - westchnęła Elisif. - Postaram się tym zająć.

- To co usłyszałeś. Nie zamierzam pomagać nikomu kto lekceważy taką sprawę. W takiej sytuacji już lepiej żeby ta szkatułka nigdy nie opuściła tego miejsca.

Karczmarz wyłażąc z zaplecza dopiero teraz zauważył Zdzicha, podszedł do niego i stuknął kilka razy w stół nad nim.
- Hej! Pobudka! Jest parę kufli to wyczyszczenia!

Avatar Omeg12
- Nie, nie wyczuwam żadnych bezpośrednich zagrożeń. Choć z drugiej strony jesteśmy blisko kamienia, więc moje zdolności mogą okazać się zawodne.

Avatar Gniotek7
Właściciel
Elisif spojrzała na Gorgoron i Darcusa.
- Wygląda na to że mam lekturę do przerobienia.

Kiedy tylko goblin spróbował otworzyć skrytkę doszło do magicznego wybuchu który odrzucił ich obu i kości innych po całym pomieszczeniu. Całe ruiny przez chwilę się zatrzęsły.
- Tak jak przewidywałem... - mruknął krasnolud wstając z ziemi i masując sobie czoło po tym jak dostał czaszką w głowę.

Gniotek odsunął się o kilka kroków od gnolla.
- Słuchaj, potrzebuję udać się na targ, przydałoby się żebyś popilnował w międzyczasie interesu.

Avatar Omeg12
Potrzebny owszem, ale do czego to nie wiem
- Zgadza się. Z tego co rozumiem zwój pełni rolę katalizatora. Co prawda mogę wyczuć kamień bez niego, ale nie aż tak wyraźnie i z mniejszą precyzją.

Avatar Gniotek7
Właściciel
- Wróćmy do Karczmy. - odparła Elisif - Tam się tym zajmę.

- Zabezpieczenie. Osoby to przywiozły mówiły żeby otworzyć to kiedy ludzkość będzie gotowa. Ich problem polegał na tym że oni nigdy nie byliby na to gotowi. Jedyny sposób na otwarcie czegoś takiego wymyśliły krasnoludy, dlatego tak ważne jest żebyś przekazał moje słowa swojemu panu.

- No dobra, to ja wracam na dół. - rzekł Oghren i ruszył w z powrotem do ziemi.
- W takim razie ja się zajmę tym grogiem. - Gniotek podrapał się po głowie i wyszedł na zewnątrz.

Tymczasem pewna kobieta z brązowymi, dość długo nie czesanymi oczami spoglądała na stragany swymi kasztanowymi oczami w poszukiwaniu czegoś wartościowego. Przy pasie swego czarnego skórzanego ubrania niosła mieszek który zarobiła po sprzedaniu miecza który "przypadkowo" wpadł jej do kieszeni kiedy przechodziła obok zbrojowni. Teraz była głodna, ale nie zamierzała wydawać zarobionych pieniędzy, wolała zdobyć to w swój standardowy sposób, ukraść.

Kiedy Gniotek szedł w stronę targu usłyszał stamtąd dochodzące krzyki strażników. W tym momencie ujrzał biegnącą ku niemu jakąś kobietę z - jak domyślił się po biegnących za nią dwóch strażnikach - ukradzionym jabłkiem, obejrzała się za siebie i w tym momencie wpadła w faceta niosącego drewno na opał. Kobieta z wyraźnie "zmęczonym" wyrazem twarzy, niezbyt czystymi włosami oraz przyciągającymi ale i z chytrym błyskiem oczami upadła na ziemię a jabłko potoczyło się tuż pod jego nogi. Strażnicy podbiegli i jeden z nich wyraźnie dumny z udanego pościgu złapał ją za nogi i przyciągnął do siebie.
- Puść mnie ty brudny su**nsynu! - syknęła kobieta próbując się wyrwać.
W tym momencie w głowie Karczmarza przypomniały się słowa Michaela które kiedyś do niego powiedział. "Złodziej może być momentami bardziej przydatny niż nie jeden dobrze wyszkolony rycerz, pamiętaj o tym jak będziesz szukał ludzi do Gildii"
- Hej! Puśćcie ją, ona jest ze mną.
- Ach tak? - warknął ów strażnik który przyciągnął ją do siebie. - W takim razie ciebie też aresztujemy!
- Emm... To nie jest dobry pomysł Bladwin... - powiedział niepewnie drugi, znacznie młodszy strażnik który chyba rozpoznał kim jest Karczmarz.
- Zamknij się młodziku, to że pozwoliłem żebyś mi towarzyszył podczas patrolu nie znaczy że możesz się wtrącać. No dalej, pójdziesz po dobroci czy chcesz skończyć na ziemi jak ona?!
- Powiedziałam żebyś mnie puścił ty pie**olony...
- Milcz złodzieju! - warknął starszy i nadepnął na jej plecy z siłą wciąż jedną rękoma trzymając ją za nogi. - Dalej cholery młodziku, przydaj się do czegoś i złap jej koleżkę, pójdziemy sobie z nimi to szefowej...
- Masz na myśli Elisif? - zapytał widocznie rozbawiony Gniotek uśmiechając się. - Och tak, chętnie, dawno nie rozmawiałem na poważnie z moją ukochaną.
- Tak, oczywi... - w tym momencie szyderczy uśmiech zniknął z twarzy starszego. - Zaraz, co? ...
- Bladwin... - teraz odezwał się ten młodszy. - To Abraxas, on i Pani Elisif są ze sobą... Dość blisko, lepiej ją puśćmy.
- Och... - starszy strażnik wyraźnie zbladł. Powoli odsunął się od kobiety i stanął jak dąb. - To... My ten... No... Poszukamy jakichś złodziei czy coś... - mruknął cicho strażnik, odwrócił się i odszedł szybkim krokiem. Drugi strażnik wzruszył ramionami i spojrzał na nich.
- Przepraszam za niego, przybył nie dawno z wioski kawałek stąd, nie zna jeszcze wielu ludzi... To ja ten... Wrócę do swojej pracy. - powiedział i odszedł od nich.
- Zabiję sku*wysyna... - syknęła kobieta siadając na ziemi i otrzepując bród z ramiona.
Karczmarz podniósł jabłko i przyjrzał się mu.
- Za moich czasów sprzedawali świeższe owoce. - mruknął Karczmarz i podał je kobiecie. - Wyglądasz na kogoś kto szuka pomocy.
- Nie. - warknęła kobieta nie dotykając jabłka tylko wstając. - Nie potrzebuję.
- Kradnąc w tym mieście, zwłaszcza na targu raczej wiele się nie dorobisz. Przydałaby ci się jakaś lepiej płatna praca.
- Nie nadaję się zwykłej pracy.
- Kto powiedział o zwykłej? - zapytał Abraxas wciąż się uśmiechając i wyciągnął z kieszeni ogłoszenia na temat Złotej Gildii po czym podał je kobiecie. - Jak by cię to zainteresowało to przyjdź za godzinę do Karczmy pod Historią, możesz się przydać.
Kobieta po chwili patrzenia na papier wyrwała mu go szybko i rozłożyła.
- Miłego dnia. - powiedział wesoło Gniotek i ruszył w stronę wystawy Mitrixa.

Avatar Gniotek7
Właściciel
Elisif udała się więc do Karczmy i weszła do swojego pokoju. Rozłożyła się wygodnie na fotelu i otwarła z powrotem księgę.

- A co mu powiesz? - zapytał krasnolud sprawdzając go.

Avatar Gniotek7
Właściciel
Elisif westchnęła głęboko, pomyślała przez chwilę czemu ona w ogóle się na to pisze. Po czym powiedziała wyraźnie.
- Tak, jestem gotowa.

- Rozumiem że dalej to dla ciebie tylko zabawa tak? W takim razie miłego umierania tutaj. A to raczej nie potrwa zbyt długo bo jedzenie i wino które znajdowało się w tamtej sali nigdy nie istniało.

Avatar Omeg12
- Serio? Bo ja jakoś wątpię - mruknął, po czym wziął zwój do ręki

Temat zamknięty

Pokaż znaczniki BBCode, np. pogrubienie tekstu

Dodaj zdjęcie z dysku