Właściciel
- Ach tak... Zaraz, co? - Elisif spojrzała na niego jak na wariata. - Ja? Czemu akurat ja?
Po paladynie rzeczywiście było widać że teraz mniej się tym przejmuje, podrapał się po głowie, popatrzył jeszcze raz na nogę po czym zajął się wycieraniem brudu ze zbroi.
Bieg przez taką masę kości był trochę trudny jednak goblinowi udało się, po niewielkim wysiłku przy wyrywaniu szkieletowi szkatułki - jakby nawet dawno po śmierci wciąż nie chciał jej puścić - kiedy miał już szkatułkę w ręce chwycił kamień i nacisnął przycisk to on... Nie zadziałał.
- To nie zadziała. - mruknął krasnolud obserwując go. - Te ruiny są zabezpieczone przeciwko większości magii, to była zasadzka. - krasnolud rozejrzał się teraz jeszcze raz dookoła siebie. - Władca tego miasta musiał mieć jakiś układ z Lirlykiem, bogiem oszustw z ich wierzeń. To pewnie miała być ostatnia ochrona, przy takich skarbach a jakichś dziwnych zaklęciach wszyscy zapominali o tym czego szukają, stąd te wszystkie szkielety. Większość z nich to pewnie barbarzyńcy którzy zaatakowali to miasto... Wpadli prosto w pułapkę, a władca i posiadacz szkatułki siedział sobie w międzyczasie na tronie pod osłoną oszustwa... Genialne, bogowie w których wierzyli mieli niezłe pomysły... A jeśli... Jasny szlag! To ma sens! Zielony! - zawołał teraz precyzując czy gada do samego siebie czy do goblina - Pamiętasz to o czym ci wspominałem? Jeśli wszyscy wierzący zapomną o bogach to wtedy ci właściwie zanikają, tracą dostęp do naszego świata... Ta kobieta przed którą cię ostrzegałem... Co jeśli... Co jeśli to była tylko kolejna pułapka zastawiona przez Lirlyka! Tak! Jestem geniuszem! Przez tak wiele lat bóg oszustw chronił to miejsce, żeby nikt nigdy nie znalazł tej szkatułki! Nie... Coś mi tu nie pasuje... Skoro wszyscy wierzący nie żyją to jakim cudem Lirlyk jeszcze nie opuścił tego miejsca? Może był silniejszy od innych, na tyle żeby nie musieć potrzebować wyznawców żeby ostać się w rzeczywistości... Albo... Co władca zaproponował w zamian za bronienie go przed ludźmi chcącymi posiąść szkatułkę? To musiało być coś naprawdę potężnego skoro bóg który dawno powinien przepaść bronił jej aż do teraz... Będę musiał to przemyśleć... Zresztą sama ta szkatułka... Byłem pewien że to tylko legenda... Hej goblinie! Spróbuj ją otworzyć!
Do Karczmy tymczasem wkroczył nietypowo wyglądający człowiek. Ów gość mierzył jakieś dwa metry i nosił na sobie białe szaty z futrzanymi elementami oraz duży kaptur akurat teraz zdjęty. Po twarzy wyglądał na poważnego człowieka w starszym wieku jednak bez żadnego zarostu, jednak najważniejszy nie był jego wygląd czy ubiór a raczej to co nosił przy sobie. Na ramieniu niósł sporej wielkości skórzaną torbę która mogłaby pomieścić kilka grubych ksiąg oraz długi zwinięty papier zawiązany po obu końcach. Do swojego brązowego pasu przypięte miał dwie butelki zamknięte korkiem, jedną z jakimś jasnoniebieskim płynem a drugą z kolejnym zwiniętym zwojem papieru w środku - niczym wiadomość znaleziona na morzu. Prócz tego na plecach niósł sporych wielkości plecak z bocznymi kieszonkami - w jednej trzymał jakąś ciemnozieloną księgę z tytułem zapisanym w elfickim języku a w drugiej spoczywało kilka poskładanych lub pozwijanych zapisanych kartek papieru. Po za tym do plecaka dołączone były dwie podłużne duże tuby, jedna była zamknięta więc nie było widać zawartości. Z drugiej tuby natomiast wystawał kolejny wielki zwinięty fragment papieru wyglądający na dość stary. Człowiek wyglądał na dość zmęczonego a jego szata z pewnością nie była od dawna czyszczona. Podszedł do lady i oparł się o nią rękami odsłaniając że na dłoniach ma wytatuowane jakieś napisy w na pewno nieludzkim języku.
- Ja z ogłoszenia. - powiedział spokojnie i prosto.
- Ogłoszenia? - zdziwił się Karczmarz.
- Tego. - odrzekł przybysz i wskazał lewą ręką na informację na temat szukanych ludzi do Złotej Gildii.
- Nie rozumiem, skąd wiedziałeś że szukam ludzi skoro nie wywieszałem tego ogłoszenia nigdzie indziej...
- Może ty nie, widziałem je w sklepie.
- W sklepie... - zastanowił się Abraxas. - Tak... To pewnie sprawka Michaela, no dobra, a więc chcesz dołączyć do Złotej Gildii, tak?
- Tak. - powiedział siadając ostrożnie z całym swoim sprzętem na jednym z krzeseł bez oparć stojących przy ladzie.
- Wyglądasz na kogoś kto przybył z daleka, czego szukałeś w mieście?
- Pism.
- Pism?
- Tak, podróżuję, znajduję i czytam. - powiedział wskazując głową na swój plecak. - Jestem Czytelnikiem. - ostatnio słowo wymówił prawie że z dumą.
- Nie wyglądasz na zwykłą osobę która po prostu czyta żeby zając sobie czas lub coś znaleźć.
- Czytanie zajmuje prawie cały mój czas, a szukam w księgach czegoś co jest nieskończone więc moja podróż będzie trwała aż do mojej śmierci.
- Czego ty w takim razie szukasz?
- Prawdy.
- Prawdy?
- Tak, każde pismo ma w sobie coś prawdziwego, jakąś cząsteczkę wszechświata. Podróżuję po świecie, czytam wszystkie pisma jakie znajdę i je zapamiętuję. Trafiam na wiele głupot, ale bardzo wiele pism to informacje zapisane przez mądrych ludzi, jak to powiedział kiedyś Gaiden Shinji, wielki wojownik i założyciel areny w Tamriel, "najlepszych technik uczą ci, którzy przeżyli". Każdy z nich znajduje i zapisuje jakąś malutką cząsteczkę wszechświata, a ja chcę znaleźć je wszystkie.
- Przecież sam powiedziałeś że nigdy nie wykonasz swojego zadania... - Karczmarz wciąż nie do końca rozumiał.
- Tak, ale to nie znaczy że mam się poddawać, prawda? Każdy szuka jakiegoś sensu życia, ja znalazłem swój już bardzo dawno temu.
- No dobra... Jakie twoje możliwości mogą pomóc Gildii?
- Oczywiście odczytywanie zwojów.
- Odczytywanie zwojów?
- Tak, nie czytam tylko ksiąg czy dzienników. Czytam wszystko, listy, mapy, notatki, przepisy a także zwoje. A jak pewnie dobrze wiesz zwoje zawierają zapisane informacje których rzucający wymaga do użycia zaklęcia jak i są samym nośnikiem mocy. Mam ogrom zwojów, a dzięki mojej zdolności czytania mimo iż nie potrafię rzucać zaklęć bez zwoju to mogę odczytać i użyć nawet najtrudniejsze zaklęcia jakie zostały zapisane.
- Czyli jesteś kimś w rodzaju maga... Tylko musisz mieć zwoje?
- Nazywaj mnie Czytelnikiem, takie też imię wybrałem podczas mojej wędrówki kiedy odkryłem że to jest właśnie moje przeznaczenie.
- Rozumiem... Chyba... - mruknął Gniotek. - No dobra, a czemu w zasadzie chcesz do nas dołączyć? Nie powinieneś przypadkiem wędrować dalej i szukać tych... Pism?
- Nie do końca. Pisma których jeszcze nie czytałem mogę znaleźć wszędzie, wiele pewnie znajduje się w bibliotekach w tym mieście, inne może znajdę pomagając wam. Poza tym odwieczny uczeń swego mistrza, w moim przypadku pism, powinien usiąść co jakiś czas i podzielić się częścią tego co przeczytałem. Wiadomo w końcu że prędzej czy później nastanie mój dzień? Kto wie, może informacje znalezione w zakurzonej księdze w starej wieży przekazane samotnemu farmerowi uratują mu życie? A może nawet doprowadzą do jakichś ważnych wydarzeń dla całego wszechświata? Tego nie mogę być pewny. Ale jestem pewny że mogę się wam przydać.
- Prawdopodobne... Dobra, słuchaj, usiądź sobie na razie i odpocznij, porozmawiam wieczorem z moim doradcą i powiem ci jakie jest nasze zdanie.
- Oczywiście, będę mógł w międzyczasie dokończyć czytanie tej elfickiej księgi którą zakupiłem w tym przyjemnym sklepie na środku miasta. - odrzekł, wstał z krzesła i przeniósł się z wszystkim co miał do jednego ze stołów w rogu.
W tym samym momencie w którym usiadł Czytelnik wstał Jack Szpada który do tej pory większość czasu spał w najdalszym kącie Karczmy. Podszedł powolnym krokiem do lady, oparł się o nią i spojrzał Gniotkowi w oczy.
- Słyszałem waszą rozmowę, wspominałeś coś o złocie.
- Nie do końca co o złocie, co raczej o Złotej Gildii.
- O czym? Brzmi bogato.
- Sam spójrz. - powiedział Karczmarz i wskazał mu zgłoszenie na ścianie. Pirat przyjrzał mu się uważnie i uderzył pięścią o ziemie.
- Na cały mój okręt! Piszę się na to!
- A... Kim ty właściwie jesteś?
- Ach no tak, zapomniałem że wy myrthańskie szczury lądowe nie rozpoznajecie największych zabójczych osobistości na całym przeklętym oceanie! Jestem Jack Szpada! Czwarty najbardziej poszukiwany pirat pływający po okolicznych morzach!
- Ale... W okolicy nie ma nawet portu.
- No przecież wiem że nie ma cholera jasna! To wszystko sprawka tego su**nsyna... Że też dałem mu się nabrać! A moja załoga nawet nie spróbowała mnie znaleźć! I teraz tu utkwiłem! Ale słuchaj, jakiś knypek który chyba współpracuje z tymi całymi asami czy jak im tam powiedział że jeśli pomogę wam z tymi mroźnymi gnojkami to wtedy załatwicie mi powrót na morza. No, a ta twoja Gildia, mam nie jasne wrażenie, jest dość blisko tych asów, no i przy okazji pewnie coś zarobię, no nie?
Karczmarz przyglądał mu się chwilę nie pewnie po czym rzekł.
- No dobra... A jak w zasadzie możesz nam się przydać?
- Jak?! - zawołał Szpada. - Jestem kurde jednym z najgroźniejszych piratów jacy istnieją! I to nie dlatego że dobrze pływam, oj nie. Na wszystkie monstra morskie! Jestem jednym z najlepszych szermierzy jakich świat widział! No dalej! Jak chcesz możemy zawalczyć!
- Raczej nie, jestem kiepskim wojownikiem.
- Aha! Wiedziałem że wygram! Co jak? Znajdzie się miejsce dla kogoś tak dobrego jak ja?
- Przemyślimy to...
- No to bomba, to jak coś to będę spał tam gdzie wcześniej! - zawołał wesoło i wrócił do swojego miejsca.
- Zapowiada się bombowo... - powiedział sam do siebie Gniotek i zajął się czyszczeniem lady.