Właściciel
- Wierz mi barman, że zarobiłem w życiu więcej niż ty kiedykolwiek zdążysz zarobić. Ale to nie twoja wina. Nie każdy ma zaszczyt uczestniczyć w rajdach, czy bitwach z Przymierzem. Wykonałem w życiu więcej zleceń niż oswoiłem zwierząt, a to znaczy że naprawdę wiele. - mówiąc to Mariok wziął jedną ze swoich dobrze przymocowanych sakw i postawił na ladzie. Wyglądała na pełną. - Tyle starczy?
Elisif spojrzała na nią zdziwiona.
- Wszystko w porządku?
- Czemu niby dla ciebie jest nie osiągalna? Co? Jest pełna bandytów i ogromnych szczurów? - zadrwił Wojna.
Tymczasem w pokoju Michaela wydarzyło się coś czego nawet on sam się nie spodziewał.
Leżąc tak nagle obudził się pełny przekonania że ktoś leży tuż przy nim, że tą osobę obejmuje. Już miał wstawać, rzucać się, wrzeszczeć, chwytać broń czy cokolwiek to on tam planował, gdyby nie to że poczuł że bardzo dobrze zna figurę tej kobiety. Nie wierzył w to, może i był szaleńcem tak bardzo jak to tylko realne, ale to nie znaczyło że uwierzy że leży obok kobiety która zmarła tak dawno że nigdy w życiu nie spodziewał się że ją jeszcze poczuje, nawet po śmierci. Nie otworzył oczu, wiedział że to pewnie sen, a on nie chciał go przerywać.
- Sam... - szepnął cicho.
- Wiem co sobie myślisz Mil. - tak nazywała go jak jeszcze byli razem, jak jeszcze żyła, poczuł ukłucie w "sercu". - Jakim cudem ty żyjesz? Ale nie zrobisz tego, nie otworzysz oczu. I dobrze, im mniej się starasz tym moja siła pozwoli mi tu zostać na dłużej. Tak za tobą tęskniłam...
- Jak to możliwe. Gdzie ty tyle byłaś? Co się z tobą stało? Szukałem cię wszędzie.
- Dobrze wiesz głuptasie że ja nie mogłam trafić po śmierci tam gdzie wszyscy.
- Wiem, gdybyś tam była już dawno bym cię znalazł. Przemierzyłem cały ten piekielny wymiar.
- Nie cały, każde miejsce skrywa tajemnice o których prawie nikt nie wie. Niedługo zresztą sam to zrozumiesz. Jak tylko tam wrócisz.
- Nie planuję tam wracać, poza tym dostałem dobrze do wiadomości że jeśli umrę tym razem, to to będzie ten ostatni.
- Nie o to mi chodzi Mil. Chodzi o twoją misję, twój cel.
Michael się zdziwił. Nikomu nie mówił o swoim zadaniu. Nawet jej.
- Co ty wiesz o moim zadaniu?
- Ty domyśliłeś się sam, ja domyśliłam się będąc z tobą, przyglądając się twojemu zachowaniu, twojemu życiu. Odkąd tylko się o tym dowiedziałeś ukrywałeś to przed wszystkimi, planując atak. Ale ile lat już minęło? 20? 30? A ty dalej planujesz i planujesz...
- Nie liczę lat, wiesz że mnie nie obchodzą.
- To prawda. Cały czas odkąd tylko zmarłam starasz wmówić wszystkim że nie masz uczuć, że nie zostało już w tobie nic z człowieka. Ale to nie jest najgorsze, najgorsze jest to że starasz się to wszystko ukryć przede wszystkim przed sobą. Odrzucasz siebie.
- Czemu skontaktowałaś się ze mną dopiero teraz? Dlaczego musiałem czekać tak długo żeby wreszcie znowu cię usłyszeć, znowu cię poczuć?
- Widzisz, nawet teraz zmieniasz temat tak szybko jak to tylko możliwe. Ale dobrze, nie pojawiłam się tutaj po to żeby cię dręczyć, to twój wybór, twoje życie. - w ustach kogoś kto nie żył brzmiało to strasznie sucho. - To nie było takie proste Mil, gdyby to zależało ode mnie rozmawiałabym z tobą codziennie. Ale on mi nie pozwalał, błagałam go tyle razy. Odkąd tam trafiłam chodziłam do niego codziennie i prosiłam na kolanach żeby pozwolił mi z tobą porozmawiać, pożegnać się, bo nigdy nie było mi dane tego zrobić. Teraz to już nie ma sensu, zbyt wiele lat minęło na pożegnanie. Ale ja nadal cię kocham.
- Ja ciebie też... - mówiąc to przycisnął się jeszcze mocniej do Sam. Albo czegoś co wydawało mu się że jest jej ciałem. Nie wiedział, nie chciał wiedzieć.
- Nie mam wiele czasu, ale póki jestem... Dobrze jest wreszcie z tobą porozmawiać.
- Kim jest ten, który ci zabraniał? I czemu tak długo musiałaś go prosić? Znam cię, pamiętam twój wygląd jakbym rozmawiał z tobą wczoraj, pamiętam wszystko czego dane mi było się o tobie dowiedzieć. Jakim cudem przez tak długi czas nie dał ci się przekonać?
- Bo on jest twardy Mil, to nie jest ktoś kogo jest się wstanie przekonać. On nie zmienia zdania.
- Więc jakim cudem my rozmawiamy?
- On... Nie wydaje mi się żeby zmienił zdanie, myślę że on planował naszą rozmowę już od bardzo dawna. Tylko czekał na... Sama nie wiem na co.
- Powiedz mi po prostu gdzie się znajdujesz, a opuszczę ten wymiar, pieprzyć to wszystko, udam się do ciebie i...
- To nie jest komedia romantyczna Mil. Tu nie będzie Happy Endu, przynajmniej nie takiego jakiego się spodziewasz.
- A będzie jakiś w ogóle?
- Dla mnie pojęcie życia i tak dawno straciło moc. Jestem tutaj, w miejscu do którego można dostać się już naprawdę tylko i wyłącznie po śmierci, chronione przez strażnika tak potężnego że jego śmierć nie jest realna. Ale ty? Dla ciebie wciąż jest szansa na szczęście.
- Jaka? Sznur i moja szyja? Dobrze wiesz Sam, żyję w tej pie**olonej szarości i brudzie tak dawno, że zapomniałem jak wyglądają kolory.
- Wystarczy że na nowo pokochasz.
- Nie mogę pokochać "na nowo" skoro nigdy nie przestałem.
- Nie o to mi chodzi, ja już nie żyję, i nic tego nie zmieni. Musisz znaleźć kogoś innego.
- Że co? - zdziwił się Mil. - Nie zrobiłbym ci tego...
- Tylko że ja po prostu chcę żebyś był szczęśliwy, nie ze mną, bo to nie możliwe tak długo jak ty żyjesz. Z kimś innym. Z kobietą której mógłbyś zaufać tak samo jak mi. Ja cię do niczego nie zmuszam, to twoje życie, ale jeśli naprawdę chcesz ujrzeć kolory, to twoja ostatnia szansa.
- Nie znam takiej kobiety.
- Oboje wiemy że znasz, po prostu nie chcesz się do tego przyznać. Cały czas traktujesz tą sprawę jakbyś miał mnie zdradzić. Tylko że ja nie żyję, ja się już nie liczę. Żywy świat zawsze toczył się w oku żywych, i nie ważne co ci kto powie, to prawda. Więc proszę cię uśmiechnij się pod tą twoją maską i zacznij żyć...
W tym momencie głoś ucichł. Michael poczuł że wcale teraz nie obejmuje swojej zmarłej ukochanej a wcisnął się mocno w kołdrę. Wiedział że już z nią więcej nie porozmawia... Nie tak długo jak żyje... Miał ochotę płakać, bardziej niż kiedykolwiek. Ale nie mógł, jego ciało już od dawna tego nie potrafiło. Był zrozpaczony, szalony. Wrzasnął potężnym, wściekłym głosem rozpaczy tak głośnym że słychać go było w całej Karczmie, po czym wtulił się w kołdrę jeszcze mocniej.