Właściciel
///To co napisałeś że wróciłeś było bez sensu bo przecież już wcześniej pisałem "Kiedy Walon wrócił do jaskini staruszka siedziała właśnie na kamieniu i karmiła Mirda jakimś mięsem nieznanego pochodzenia.
- Już jesteś? - zapytała. - Pomyślałam że nakarmię twojego pupila bo wyglądał na głodnego."...///
Kobieta uciekając wpadła na Elisif, szybko złapała ją i wykręciła się tak że stanęła za nią i przyłożyła sztylet jej do gardła.
- Nie zamierzałam nikogo zabijać więc nie zmuszajcie mnie do tego. - powiedziała kobieta, ktoś z czułym słuchem mógł wyczuć w jej głosie cierpienie i smutek. Elisif nie powiedziała nic trzymając wciąż Vitę, drżała lekko. Paladyni spojrzeli po sobie i zbliżyli się trochę. - Ani kroku dalej! - krzyknęła kobieta. Teraz ból w jej głosie był znacznie bardziej odczuwalny. Widać było że jej ręka lekko się trzęsła.
- Świetnie, kolejne robole. Dobra, jeśli nie będziecie przeszkadzać możecie iść z nami, ale jeden fałszywy ruch a jesteście martwi.
//Sorry, ale nie śpie już od 24 godzin i nie zuważyłem ; - ;
- Tak jestem. Oto amulet. Tak jak obiecałem.
Walon podał strauszce amulet. Wyglądał dokładnie tak jak go opisywał.
- Mam do Ciebie pytanie. Czy nie widziałaś tutaj mężczyzny, który poruszał się jak małpa i skakał po drzewach? Widziałem ślady jego pazurów na pniach niektórych drzew i licze, że widziałaś go.
Właściciel
- Jaki on piękny! - zawołała staruszka z zachwytu - Jak małpa? Hmm... A tak! Był tutaj wczoraj, chwilę przed tobą, jednak nie zbyt mi się on spodobał i wysłałam go do mojej siostry, ona powinna się nim zająć.
///Opisz też co pies robi, czy mięso je, czy wyje**ne ma czy coś.///
- W takim razie niech oni się odczepią! - krzyknęła kobieta nawet nie patrząc na Demitiusa, albo przynajmniej nie było tego widać.
- Masz przy sobie coś, co do ciebie nie należy, coś bardzo cennego.
- Nie oddam wam tego! To jest mi bardziej potrzebne niż wam!
- W takim razie chodźmy. - powiedział Masil.
- Mówisz poważnie? Nie dość że te kurduple wkurzały nas całą drogę to jeszcze mają z nami iść?
- Damy im szansę, tak jak mówiłem, zrobią coś głupiego, i leżą trupem. - Masil podszedł do Ragesa i szepnął mu. - Miejmy je na oku, nie wiadomo czy to co mówią te gobliny jest prawdą, równie dobrze ten wymiar mógł je wykreować. Albo przybyły z skądś indziej niż z Varantu.
- Jasne. - potwierdził Rages i cała siódemka ruszyła w dalszą podróż.
Mird siedział na ziemi i kończył jeść mięso.
- Jak daleko mieszka Twoja siostra?
-To zabrzmi głupio - Davis sprawiał wrażenie, jakby samo mówienie go męczyło - ale mógłbyś mnie znokautować i zabrać gdzieś blisko kamienia? Muszę... zresetować łącze.
Właściciel
- Cóż nie zbyt daleko, a czemu właściwie tak cię ta osoba interesuje? - zapytała staruszka nalewając zupy do dwóch drewnianych misek i jedną podając Walonowi.
- Cóż... Nie codzień widzi się takie... coś. Chce dowiedzieć sie o nim czegoś jeszcze i być może mu pomóc.
-Lepiej... się... przygotuj... - Davis zdołał wydyszeć tylko to i padł na ziemię. Było coś, o czym konstrukt nie mógł wiedzieć. Sam spędził masę czasu oddalając tę świadomość od siebie. Bezradny czuł, jak obca moc obejmuje władanie nad jego ciałem.
Właściciel
- Nie potrzebuję waszej pomocy! Chcę tylko żebyście się ode mnie odpieprzyli! - Jej głos zaczął się powoli załamywać. Cofnęła się trochę wciąż trzymając Elisif za zakładnika. Spoglądała to na paladynów to na Demitiusa.
Właściciel
- Krzywdzić?! - teraz w jej głosie usłyszeć można było również gniew mieszany z cierpieniem. - Mi to mówisz?! Jak śmiesz! Wy! Wy i ci pieprzeni elfobójcy! Nie mów mi o krzywdzeniu! Nie będzie mi o tym mi mówił ani żaden człowiek! Ani żaden pieprzony krasnolud! Odejdźcie ode mnie albo ona nie opuści tej ulicy żywa! - krzyczała, można było mieć wrażenie że za goglami coś błysło, jeśli ktoś miał wystarczająco dobry wzrok zobaczył i się domyślił, łza.
Paladyni spojrzeli po sobie a następnie na Demitiusa, nie wiedzieli co robić.
Właściciel
- Wcale nie oceniam na podstawie kilku osób... - było słychać łkanie, musiała powoli i równie wolno oddychała. - Mój braciszek... Moi znajomi... Oni wszyscy... - wciągnęła mocno powietrze. - Nie żyją... Większość do tej pory umiera... Z głodu... Z pragnienia... Nie ma nikogo kto by sobie dobrze radził... A wy co zrobiliście?! Nic! Jak śmiesz mówić że chcesz mi pomóc skoro nie zrobiliście nic kiedy mój lud cierpiał! Przestań kłamać! Nie ruszyliście się kiedy oni wszyscy umierali... Siedzieliście w tych waszych przeklętych miastach, zamkach, i tylko pławiliście się w bogactwach! Nikt z was nie ruszył się żeby nam pomóc... Nikt... Więc jak śmiesz mówić mi że niczym nie różnię się od was?! Jeśli nie pomaganie ofiarom to sami jesteście mordercami!
"-To samo pytanie mógłbym zadać tobie. Patrz uważnie"
Istota zaczynała ogarniać ciało. Paraliż jeszcze nie minął, ale zmysły funkcjonowały znacznie lepiej, niż normalnie. Zdołała dosłyszeć strzępki rozmowy toczącej się niedaleko.
"-Teraz nikt z nas nie jest u steru"
Właściciel
///Walon nie pisz czegoś co już napisałeś,po prostu czekałem aż ktoś napisze żeby nie pisać 2 pod rząd. Cierpliwości.///
- Pomóc mu? Cóż, nie wyglądał na kogoś komu można tak łatwo pomóc, o ile w ogóle. - powiedziała staruszka jedząc zupę.
Właściciel
- Jak JA miałam to pamiętać?! - mówiąc to zerwana chustę razem z goglami i zdjęła kaptur. To była elfka, a przynajmniej kiedyś, teraz miała skórę czarną niczym noc, a jej zielone oczy bez źrenic były jedynymi jasnymi punktami na jej ciele. Oznaczało to tyle że była w swoim kraju kiedy bomba wybuchła a radioaktywna fala rozeszła się po całym kraju. - Nie mogłam! Byłem zajęta próbą uratowania mojego brata który zmarł mi na rękach trzy dni temu! Jak mogę prosić o pomoc kogoś, kto nie potrafi zrozumieć mojego bólu?! Stoisz tu teraz i potrafisz się tylko denerwować, kiedy moi bracia przeżywają piekło. Tak chcesz nam pomóc?! Nie wydaje mi się... Stoisz tu tylko i mówisz żebym prosiła o pomoc, czy nie widzisz, czy nikt z was nie widzi że samo moje przyjście tu jest prośbą? Błaganiem żeby ktokolwiek zajął się nami, pomógł nam, wszyscy tam umierają... - łzy zaczęły spływać z oczu ciągłym strumyczkiem - Skąd mam wiedzieć czy mogę komukolwiek z was ufać? Co za różnicę robi nam czy zabiliście demona czy nie... Oni tam wszyscy umierają... Nikt z was nawet nie pomyślał o tym żeby tam pójść... Pomóc... - Puściła Elisif a sztylet upadł na ziemię, odeszła kawałek i spojrzała na elfkę. - Tak... Błagam was... Błagam was żeby choć jeden z was... Ktokolwiek... Pomógł nam... - uklękła na ziemi i spojrzała Demitiusowi prosto w oczy. - Gdyż wszyscy umieramy...
- Zawsze warto spróbować. Może dowiem się też czegoś ciekawego. Mam zamiar tam pójść. Ile czasu zajmie mi droga do domu Twojej siostry?
Właściciel
Patrzyła na niego, przez łzy widziała go naprawdę słabo. Powoli podniosła rękę i złapała jego dłoń, czuł że cała się trzęsie. Chciała wstać ale nie dała rady, była zbyt zmęczona.
Paladyni lekko zdezorientowani patrzyli na całą sytuację. Elisif spojrzała na nich.
- Odejdźcie, widzicie że to nie czas na takie drobnostki jak jakiś pierścień.
- Tak jest, Pani. - obaj paladyni spojrzeli jeszcze raz na kobietę i odeszli rozmawiając szeptem. Elisif spojrzała na Vitę żeby zobaczyć jak się czuje i pogłaskała ją lekko po głowie.
- Jakąś godzinę, ale ty nie znasz drogi, mogę cię tam zaprowadzić jak tylko skończymy jeść.
"Powiedzmy, że mam lokatora w mózgu, którego nie w sposób kontrolować"
Mięśnie ciała Davisa zaczęły się rozluźniać. Z pewnością nie miał już przy sobie broni, ale Istota umiała sobie radzić nawet w takich sytuacjach. Postanowiła leżeć dalej bez ruchu i czekać na okazję.
- Zgoda.
Walon kończył jeść zupe. Zastanawiał sie co zrobi z tajemniczym człowiekiem. Najlepiej będzie jeśli zaprowadze go do Karczmy. Tam mają pewnie medyków. - myślał.
Właściciel
- A właściwie to skąd on przyszedł? - zapytała go staruszka również kończąc swoją porcję zupy.
Właściciel
Jeśli darcus od razu po wyjściu nie skręcił w żadną stronę ujrzał w oddali klęczącą elfkę, Demitiusa oraz Elisif. Jeśli spojrzał w lewo widział idąc z opuszczonymi głowami dwóch paladynów.
Kobieta próbowała dwa razy się podnieść ale przy obu przypadkach z powrotem padała na kolana.
- Przepraszam... - powiedziała cicho. - Nie mogę... Moje nogi... Tyle przeszłam... - mówiła z opuszczoną głową, niewielkie łzy spadały na kamienną ścieżkę.
- W mieście znajduje sie ogród. Jest tam drzewo.Gadające drzewo. Te człowiek wdrapał się na nie i groził, że je podpali jeśli Ci co go ścigali nie odejdą. Potem on zeskoczył z drzewa i uciekł do lasu. Ja poszłem za nim i zamist niego spotkałem Ciebie.
"Wszystko co mam to ekwipunek i nieco wiedzy. Na przykład: kontrola umysłu opiera się na manipulowaniu emocjami. Brzmi to prymitywnie, ale tak jest. Można obudzić w kimś chciwość, strach lub nadzieję. Ale nie da się zmienić jednej emocji w drugą. Nie możesz kontrolować czystej nienawiści"
Właściciel
///poszłem poszłem poszłem poszłem poszłem poszłem poszłem poszłem poszłem poszłem poszłem. Czy naprawdę tak trudno zobaczyć podkreślenie ._.?///
- Przyszedł z miasta? Dziwne, wiedziałam że ludzie są dziwni ale żeby hodować coś takiego... - staruszka wstała z kamienia i odłożyła miskę na niewielki drewniany stolik.
Kobieta lekko pokiwała głową zgadzając się.
"Nie radzę. Naprawdę... nie radzę"
//Tylko, że ja nie mam podkreśleń ; - ;
- A więc idziemy? - zapytał zniecierpliwiony wojownik.
Tymczasem do Karczmy weszło dwóch mężczyzn. Zaczeli rozglądać się po Karczmie. Mieli zwykłe ubrania i wyglądali na strudzonych podróżnych. Podeszli do lady i powiedzieli:
- Coś ciepłego do jedzenia i po kuflu piwa, jeśli łaska.
Druga grupa Wojowników Inkwizycji Światła zatrzymała konie przed zamkiem. Był to zamek, który odwiedzili wcześniej Walon, Mird, Oghern i Aravil. Przywiązali konie do drzewa i ruszyli po moście zdodzonym do zamku z uniesionymi mieczami.
"Nie rozumiesz sytuacji. Teraz nie mam żadnej kontroli nad ciałem i nie odzyskam jej przez pewien czas. Jeśli przejmiesz mój umysł, będziesz mógł co najwyżej poprzeglądać sobie moje wspomnienia z dzieciństwa."
Istota była zniecierpliwiona. Zaczęła się wiercić z nadzieją - choć to niezbyt dokładne określenie - że któryś z medyków się zainteresuje.
Jeden z Wojowników ściszył głos i powiedział:
- Szukamy tu... Zabójców. Jeśli wiesz o czym mówię.
- Posłuchaj. Mamy coś do załatwienia z... ekhm... Bractwem Asassynów. Wiemy, że maja tu siedzibę.
"Mógłbyś może sprecyzować? Mój umysł jest pełen ciekawych rzeczy"
Właściciel
- Oczywiście że możemy ruszać. Wezmę tylko parę rzeczy, poczekaj przed jaskinią. - powiedziała staruszka i poszła jednym z tuneli jaskini.
- Nie ma problemu. - powiedziała Elisif po czym ruszyła się przespacerować bo mieście.
"Chciałeś pomyśleć: to, co już przejęło kontrolę. To prawdopodobnie bezcielesny demon, który dostał się do mojej podświadomości. Gdy moja rodzina zginęła - to Davis starał się trzymać z dala od głównego myślotoku - byłem podatny na negatywne emocje. Później trenowałem telepatię i... cóż, musiałem zapuścić się nieco za daleko w przestrzeń. On zajął trwałe miejsce w moim umyśle i stara się zawładnąć ciałem ilekroć moja wola słabnie... jak przed chwilą. Jeśli możesz go usunąć byłbym wdzięczny - ale w to wątpię"
Właściciel
Elisif przyszła chwilę później, jak zwykle z dzieckiem. Podeszła do nich i uśmiechnęła się.
- A więc, o czym chcieliście rozmawiać?
"A jak mam ci pomóc? Próbowałem dosłownie każdej sztuczki, ale nic nie zadziałało. Chyba że... dusza Wall-Dura jest ci potrzebna do zaczerpnięcia mocy z kamienia, tak?"
Walon zgodnie z poleceniem czekał wziął Mirda i czekał przed jaskinią.
- W takim razie gdzie dokładnie możemy ich znaleźć? - zapytał jeden z wojowników.
W zamku trójka Wojowników Inkwizycji Światła szła w zwartm szeregu szukając celu swojej podróży. Po sprawdzeniu wszystkch pomieszczeń poszli do lochów. Jeden z nich wziął pochodnie. Szli po schodach w dół cały czas oczekując ataku. Jednak nic takiego nie nastąpiło. Zeszli na sam dół. Przeszukali lochy, ale nie znaleźli nic ciekawego. Kiedy stracili nadzieje zobaczyli skrzynie. Była to ta sama czarne skrzynia z makabrycznymi zdobieniami, którą sprawdzał Oghern, i która była w rzeczywistości trumną. Jeden z Wojowników, Hese, ostrożnie otworzył trumne. Pozostali dwaj trzymali miecze w pogotowiu gotowi natychmiast zabić stwora. Ale nie musieli tego robić, bo skrzynia była pusta.
Skoro tak to gdzie potwór? - pomyśleli wszyscy jednocześnie.
Właściciel
Oghren tymczasem grał w skupieniu z Nei'qulem w karty.
- I proszę bardzo, Joker. - powiedział Nei'qul zadowolony kładąc kartę na stole.
- Niemożliwe! Trzeci raz z rzędu wygrałeś! Przyznaj się gdzie te karty chowasz?
- Nigdzie, po prostu mam szczęście do hazardu. A teraz należy mi się 200 srebrnych.
- A żeby cię tak piorun strzelił. - powiedział Oghren wyjmując sakiewkę. - Więcej nie gram, już wolę się upić za pieniądze niż je przegrać. - powiedział krasnolud wstając od stołu. W tym samym momencie to Karczmy weszli Timmy i Tray.
- Oo! Ktoś nowy! Na pewno chętnie umilicie sobie czas grą w karty! - zawołał szczęśliwy Nei'qul.
- W sumie czemu nie. - wzruszył ramionami Tray i usiedli razem z Timmym przy stole.