Karczma pod Historią

Avatar Omeg12
Jak zwykle musiał chwilę zmagać się z sobą, żeby wrócić. Ale koniec końców, wszystkie części jego umysłu chciały zrobić to samo. Wyszedł i postąpił zgodnie z instrukcjami, starając się nie zgubić.

Avatar Omeg12
Postanowił znowu skontaktować się telepatycznie. Może się czegoś dowie. "Wołałeś mnie?"

Avatar Omeg12
-Ech... powiedzmy. Nie wyglądasz jak istota z tego świata. Co cię tu sprowadza?

Avatar Omeg12
Ciarki przeszły mu po plecach. W sumie dziwne, że dopiero teraz. "O co ci chodzi?" - głośno pomyślał.

Avatar Omeg12
-I to więcej niż kilka - mruknął - O czym dokładnie mówisz? O żywych, czy o martwych?

Avatar Gniotek7
Właściciel
- Dobrze, będę go miała czym nakarmić, choć za mną, pokarzę ci gdzie jest twoja broń. - powiedziała staruszka i ruszyła tunelem którym weszła do pomieszczenia.

Avatar Omeg12
-Nie, ale jestem ciekaw - odpowiedział Davis sięgając na wszelki wypadek po miecze.

Avatar Kuba1001
Walon poszedł za staruszkom i kazał Mirdowi zostać.

Avatar Omeg12
Zaniemówił. Nawet na chwilę zaniemyślał.

-Wall-Dur? Chcesz, żebym odprawił Wall-Dura na tamten świat?

Avatar Omeg12
Niemal zakręciło mu się w głowie. Moc jednego z kamieni nieskończoności? Nawet jego druga połowa nie była aż tak szalona. A może jednak?

-Czemu potrzebujesz akurat mnie? W tym mieście jest wielu bohaterów. Krążą plotki, że niektórzy widzieli już... Wall-Dura - Davis wciąż niedowierzał temu, co słyszał.

Avatar Omeg12
Poszukał w głębi umysłu woli do walki. Nie znalazł jej. Zresztą jak miał walczyć z tak złożonym konstruktem? Ledwo utrzymywał swoje myśli dla siebie i nie myślał nawet o użyciu zwykłej broni.

-W porządku. Od czego mam zacząć? Nigdy nie ścigałem dusz demonów.

Avatar Omeg12
-Niech będzie - uścisnął dłoń - A może dałoby się coś wykombinować? Czy nie dałoby się, nie wiem, użyć części mocy kamienia do znalezienia duszy? Albo chociaż znaleźć jakiś ślad, coś co dałoby mi pojęcie, jak do tego podejść?

Avatar Omeg12
Spojrzał się na rozmówcę ze zdziwieniem.

-Nie brakuje ci mocy, to widać. Wrócę do karczmy, tam przeszukam jak najwięcej przestrzeni mentalnych. Jak na razie szło mi tam dość dobrze.

Avatar Omeg12
Davis wrócił do karczmy. Wiedział, że nie wykręci się z tej sytuacji łatwo. Nie wiedział, jak silny jest konstrukt, oraz czy jest z nim szczery. Nie miał szczególnej ochoty współpracować z nim, choć nie widział innych opcji. Kusiło go, żeby przeskanować umysły assasynów, ale najpierw postanowił zbadać zakres swojej mocy. Chciał zobaczyć, ilu umysłów uda mu się sięgnąć, jeśli nie będzie w nie zaglądał. Skupił się i zajrzał w eter.

Avatar Kuba1001
//Darcus mi pozwolił więc zaczynam :V
Z daleka od Karczmy czy innych zaludnionych miejsc była duża polana otoczona lasem. Jej mieszkańcy nazywali ją Elarid. Na polanie wznosiła się Twierdza z czarnego, błyszczącego kamienia. Jej centralnym punktem był zamek, w którym była stołówka, komnaty mieszkkańców, spichlerze, składy broni i kilka innych pomieszczeń. Zamek otoczony był placem. Na owym placu były stajnie, tor do biegów i wyścigów konnych, koszary, a także park z drzewami i krzewami owocowymi. Całość otaczał mur z tego samego kamienia. Na murze były wieże z blankami. Mur otoczono fosą i palisadą. Brama posiadała most zwodzony. Co dziwne czasem myśliwi lub kupcy zapuszczali sie w pobliże tego miejsca, ale twierdzy nie odktyli. To przez zaklęcie ochronne rzucone przez pewnego człowieka. Stał on teraz na wzniesieniu przed wejściem do zamku i przyglądał się swojemu działu. Miejscu, które miało stać się siedzibą jego organizacji. Jeszcze raz jego zielone oczy zbadały okolicę i kiedy uznały, że nie dzieje się nic ciekawego, mężczyzna przeczesał ręką krótki zarost na brodzie i ruszył w kierunku twierdzy.
Twierdzy Inkwizycji.

Avatar Omeg12
Wśród dusz w jego zasięgu jeszcze jedna się wyróżniała. Dopływały do niej inne bodźce, niż do innych, co sugerowało, że jej właściciel ma jeden zmysł mniej... lub więcej. Mogła mieć jakieś połączenie z Wall-Durem, szczególnie, iż też nie wydawała się pochodzić z tego świata. Czuło się od niej... śmierć. Ciekawość kazała mu zajrzeć w ów umysł.

Avatar Omeg12
"Czyli coś znalazłem" - pomyślał. Jeśli ten człowiek miał faktycznie kontakt z Wall-Durem, wypadało czegoś spróbować. Davis skupił się na ów iskrze próbując odnaleźć w przestrzeni dusz coś o podobnej naturze.

Avatar Omeg12
Potwierdzało to, że znalazł kogoś wyjątkowego. Ale chciał spróbować jeszcze jednej rzeczy. Usilnie ignorując wpływ kamienia na wszystkich, spróbował wyśledzić inne łącza telepatyczne w mieście. Nie liczył na wielki efekt, ale warto było sprawdzić.

Avatar Omeg12
Był dość zrezygnowany. Wszystkie jego pomysły jak dotąd nie dały większego skutku. Najlepiej byłoby przeszukać dokładnie umysł tamtego człowieka, ale wiedział, że pewnie pogubiłby się w jego wspomnieniach. Znał tylko jeden sposób na zdobycie informacji od kogoś bez wnikania w podświadomość - była to rozmowa. Spróbował stworzyć dwustronne połączenie, wysłał komunikat "Słyszysz mnie?" i czekał na efekt. "Jeśli ten gość mi nie odpowie, to albo on jest tępy, albo ja jestem zbyt kiepski w te klocki" - pomyślał.

Avatar Gniotek7
Właściciel
///Oryginalność kaszl kaszl, inkwizycja kaszl kaszl dragon age kaszl kaszl///
Walon dotarł za staruszką do niewielkiego pomieszczenia w jaskini w której było pełno szafek i skrzyń, na jednej z półek na ścianie Walon zobaczył swoją broń i wszystko inne co miał przy sobie.
- Proszę bardzo, przyjdź jak najszybciej z amuletem a ja zaopiekuję się twoim pieskiem. - uśmiechnęła się staruszka.

Avatar Omeg12
"Więc po prostu niefart". W sumie Davis mógł się spodziewać dalszych zakłóceń. Postanowił wypróbować jeszcze bardziej skomplikowaną i tajemniczą metodę porozumiewania się z drugim umysłem - rozmowę w cztery oczy. Wyczuł miejsce pobytu celu.

//Teraz napisz gdzie to jest i czy mogę tam dojść, bo trochę się gubię w podziemiach//

Avatar Kuba1001
Gniotek7 pisze:
///Oryginalność kaszl kaszl, inkwizycja kaszl kaszl dragon age kaszl kaszl///
Walon dotarł za staruszką do niewielkiego pomieszczenia w jaskini w której było pełno szafek i skrzyń, na jednej z półek na ścianie Walon zobaczył swoją broń i wszystko inne co miał przy sobie.
- Proszę bardzo, przyjdź jak najszybciej z amuletem a ja zaopiekuję się twoim pieskiem. - uśmiechnęła się staruszka.

//Nigdy w to nie grałem ;-; Gniocie ;-; Zuy ;-;
Walon zabrał swoją broń i reszte rzeczy. Wyszedł z jaskini i poszedł do Karczmy.

Avatar Omeg12
Davis nie znał dróg do podziemi, ale miał zamiar jakąś poznać. Jego moc była wystarczająca, żeby spenetrować kolejny umysł i nie miał problemu z rozpoznaniem sygnatur osób, które niedawno podsłuchiwał. Jednej z nich brakowało, ale miał dostęp do pozostałych. Wniknął w umysł, który zdawał się mieć najsłabszą obronę i liczył, że bliskość kamienia nie wpłynie na rezultat.

Avatar Gniotek7
Właściciel
Co ciekawe tym razem wyjście z jaskini miało długość kilkudziesięciu metrów a nie wielu godzin drogi jak ostatnio, więc Walonowi wyjście z niej zajęło naprawdę krótko.

Avatar Kuba1001
Walon szybkim krokiem poszedł w kierunku Karczmy. Kiedy tam dotarł zabrał amulet i równie szybko ruszył w drogę powrotną.

Avatar Omeg12
Wiedziony wiarą w opatrzność boską Davis udał się porozmawiać z gnollem. Nie miał nic przeciwko innym humanoidom, ale mimo to zastanawiał się, jak to pójdzie.

Avatar Omeg12
-Przepraszam, chciałbym się o coś zapytać - powiedział dość głośno. Postanowił zachować jako taką kulturę.

Avatar Kuba1001
Na placu w Twierdzy Inkwizycji Światła grupa złożona z 20 silnie zbudowanych mężczyzn stała na placu. Rozmawiali na różne tematy. W końcu ktoś powiedział:
- Zbiórka!
Wojownicy ustawili się w równym szeregu. Przed nimi stał mężczyzna z zielonymi oczyma, krótkim zarostem na twarzy i z pewnym siebie uśmieszkiem. Miał na sobie białą zbroję płytową, która ozdobiona była żółtymi pasami.
- Jestem Amhiranta z Sanyburii. Wy jesteście rekrutami więc maci się do mnie zwracać Mistrzu lub Wielki Inkwizytorze. Jasne?
- Tak Wielki Inkwizytorze. - odpowiedzieli churem.
- Pewnie zastanawiacie sie po co zostaliście tutaj zebrani. Otóż każdy z Was ma predyspozycje do zostania Wojownikiem Inkwizycji Światła.
- A czym zajmuje się ta cała Inkwizycja? - zapytał ktoś z tłumu.
- To proste. Nasz świat doświadczył wielu strasznych rzeczy. Chodzi mi o Wal - Durra i nie tylko. Oprócz niego jest tutaj wiele innych sił nieczystych, jak demony, wampiry, wilkołaki i inne potwory. Naszym zadaniem jest tępić te stwory.
- Co za to dostaniemy? - zapytał kolejny.
- Chwałe. Dume. Honor. I tak dalej. Z rzeczy materialnych różną broń, a także nasze zbroje. Jakieś pytania?
- Tak. Co mamy robić?
- Przejdziecie mordercze szkolenie, a potem poddamy Was Rytuałowi Przejścia. Niech Pradawni będą z Wami.
Szkolenie oczywiście było trudne. Musieli uciec z pokoju napełniającego się wodą, doskonalić się w sztuce walki wręcz, opanować różne rodzaje broni. To i wiele innych ćwiczeń przetrwali wszyscy rekruci, co bardzo cieszyło Mistrza Amhirante.
Ostatnim wyzwaniem był Rytuał Przejścia. Każdy z mężczyzn miał udać się do kuźni, w której Zbrojmistrz Inkwizycji zadał mu wielki ból wypalając znak przedstawiający węża w szponach orła na prawym ramieniu. Potem rane polewano białym płynem. Był to największy dar Pradawnych zwany Esencją Światła. Miała ona moc, która mogła pokonać większość demonów i innych stworów. Na koniec każdy dostawał miecz z białego minerału i zbroje też z niego wykonaną. Pierwszy oddział Wojowików Inkwizycji Światła był gotowy. Niedługo wyruszy na pierwszą misję. Młodzi Wojownicy nie wiedzą jeszcze, że poza murami Twierdzy jest ktoś jeszcze. Zastępca Amhiranty. Drugi Wielki Inkwizytor.

Avatar Gniotek7
Właściciel
Elisif siedziała tymczasem w spokoju w ogrodzie wciąż obejmując swoją córkę, oddychając powoli i myślami pływając powoli po wszystkim co ostatnio się w jej życiu wydarzyło. Drzewo "przyglądało" się jej - jako iż w sumie twarzy nie miało. - z zaciekawieniem i również myśląc sobie w spokoju. Jednak cisza i spokój nie mogła trwać wiecznie.
- To wszystko wasza wina! Wy przeklęte długouche su**nsyny! - wybudził ją z namysłu krzyk.
- Nasza?! NASZA?! To nie my wysadziliśmy wasz pieprzony kraj! - Elisif słysząc kolejne krzyki wstała powoli z Vitą i ruszyła w stronę zamieszania, na środku ulicy zobaczyła trójkę krasnoludów oraz trójkę elfów stojących po dwóch różnych stronach, kłócili się, i wyglądało to tak jakby zapowiadało się na walkę.
- Mam w dupie to, co zrobili moi bracia waszym przeklętym lasom! Gdybyście zawsze chcieli współpracować prawdopodobnie nigdy by do tego nie doszło! Ale nie! Wy zawsze musicie postawić na swoim! Wy, i te wasze pie**olone drzewa! - wściekł się krasnolud stojący na przodzie gromadki.
- Co ty powiedziałeś?! Ty cholerny, niewychowany, niekulturalny barbaży...
- A idź ty pod kamień się schowaj z tymi swoimi lekkimi słówkami! Dz*wki są bardziej męskie od ciebie!
- Jak śmiesz obrażać nas, i nasz święty las! On jest warty więcej niż...
- W dupie mam wasz las! On już nie istnieje! Rozumiesz to?! Cały wyleciał w powietrze! Więc mam w dupie co ty myślisz o tym, o czym ja myślę na temat waszego pie**olonego, martwego lasu! Wasze pieprzone drzewa nie nadają się nawet na zrobienie z nich sracza!
- Teraz przesadziłeś! - krzyknął elf stojący na przodzie swojej bandy i wyjął długi elficki miecz, w odpowiedzi cała trójka krasnali wyjęli swoje ogromne dwuręczne topory.
- No dawaj! Pi**o z uszami! - wrzasnął krasnolud podnosząc topór w wojennym geście.
- Hej spokojnie! - zawołała Elisif która dopiero teraz dobiegła do źródła zajścia.
- Nie wtrącaj się babo! - krzyknął krasnolud stojący po lewej od swojego przywódcy.
- A niech robi co chce! - wrzasnął przywódca. - I tak ma pewnie większe jaja od tych małych pi**ek! - krzyknął krasnolud pokazując palcem na elfy.
- Mam cię dosyć! - zawołał elf i już miał ruszyć w stronę krasnoluda kiedy Elisif weszła między nich.
- Hej! - krzyknął krasnolud na Elisif. - Nie stawaj między mną, a tą ku*wą z długimi uszami!
- Spokojnie! Nie musi tutaj chyba dochodzić do rozlewu krwi?! - krzyknęła Elisif, wciąż trzymając Vitę na rękach.
- Nie mieszaj się kobieto w sprawy mężczyzn, które ciebie nie dotyczą. - powiedział jeden z elfów.
- MĘŻCZYZN?! - zawołał trzeci krasnolud. - Jeśli ktoś tu jest mężczyzną, to z pewnością nie wy! Ty ja, i moi ziomkowie!
- Zamknij się smarkaty kurduplu! - krzyknął przywódca elfów.
- Pie**ol się! - wrzasnął jeden z krasnoludów.
- Przestańcie! - krzyknęła jeszcze raz Elisif patrząc to na elfy to na krasnoludy.
- Czego ty w ogóle od nas chcesz co?! Nie potrzebujemy ludzkich kobiet do załatwiania swoich problemów! Wystarczą nam nasze topory!
- Właśnie o to chodzi! Nie dajecie w tym momencie żyć spokojnie ludziom w tym mieście hałasując i krzycząc najgłośniej jak potraficie! Ponadto jeszcze sobie wyrządzicie krzywdę co nikomu nie wyjdzie na dobre.
- Że co? Jedyne komu stanie się krzywda to tym szczurom z wielkimi uszami! - zawołał przywódca krasnoludów.
- Ciszej krasnoludzie, myślę że powinniśmy jej wysłuchać.
- Wiedziałem! Kapitan miękka pała ucieka przy najbliższej okazji! - zaśmiał się jeden z krasnali.
- Nigdzie nie uciekam! - krzyknął elf. - Po prostu zaczynam myśleć racjonalnie, myślę że zbyt poniosły nas emocje...
- Błagam was! Weź ktoś stąd tą kobietę żebym wreszcie mógł ściąć tą elficką spie**olinę! - krzyknął krasnolud w którego zaczynało ponosić tak bardzo że miało się wrażenie że rozniesie całe miasto.
- O co wy się właściwie kłócicie co?! - krzyknęła do krasnoluda Elisif po czym spojrzała w stronę elfów.
- Jak to o co?! Oczywiście że o... - zaczął się zastanawiać krasnolud. - O co to poszło? - spojrzał na jednego z swoich towarzyszy na co ten tylko wzruszył ramionami wpadając w zakłopotanie.
- I właśnie o to chodzi. - zaczęła Elisif. - Kłócicie się, a nawet nie wiecie o co, wykorzystujecie każdą możliwą okazję żeby zacząć warczeć na siebie praktycznie bez powodu.
- Warczeć?! Nie jestem żadnym...
- Daj jej dokończyć. - uciszył krasnoluda jeden z elfów.
- Wiem że bardzo dawno wasze rasy toczyły ze sobą wojny. Ale to było setki lat temu. Rasa elfów jest teraz praktycznie na krańcu życia i minie wiele setek lat zanim ich liczba wróci do normy. A wy krasnoludy? Wasi rodacy z jakiegoś powodu zamknęli się w swoim królestwie odcinając się od świata, nie wiadomo co się z nimi stało, być może zginęli. A wy co robicie? Cały czas kłócicie się między sobą sami nie wiedząc już o co! Gnoicie się nawzajem zamiast zrobić coś, co chociaż o jeden procent poprawiło by aktualny stan waszej rasy! Właściwie to nie robicie NIC poza kłóceniem się i szukaniem marnych powodów byleby móc sobie skoczyć do gardeł a po fakcie powiedzieć: "To on zaczął!". Zastanówcie się, co wam to da? Nic! Po prostu nic. - skończyła Elisif wzdychając powoli i nabierając powietrza w płuca, tak długa przemowa na kilku dechach mocno męczyła.
- No cóż... - mówił powoli przywódca krasnoludów. - Chyba jest w tym trochę racji...
- Nawet sporo... - odpowiedział jeden z jego towarzyszy.
- Masz rację... Jak ci na imię? - zapytał przywódca elfów.
- Elisif. - odparła od razu.
- Ahh Elisif, to ty jesteś siostrą... Jak mu to było... A tak, Darcusa. Widzę że nie jest on jedyną zdolną osobą w waszej rodzinie.
- Może i nie. - odpowiedziała mu krótko.
- No dobrze. - przywódca elfów spojrzał na przywódcę krasnoludów. - Dwaine? Myślę że chyba czas zakończyć nasze głupie spory.
- Hmm... No chyba tak... - odparł mu krasnolud.
- A więc? Uścisk na zgodę? - zapytał przywódca elfów. Krasnoludy w odpowiedzi schowały topory i zbliżyły się do elfów. Uścisnęli sobie dłonie.
- Ale i tak uważam że jesteście miękkie pały. - powiedział cicho Dwaine uśmiechając się.
- Jasne krasnoludzie, to się raczej nie zmieni. - odparł mu elf również uśmiechając się.
- No dobra, czas wrócić do swojej ambasady, od tego darcia mordy w gardle mi zaschło. - powiedział Dwaine po czym grupa krasnoludów odeszła.
- Dziękuję ci pani Elisif za zakończenie naszych sporów, jesteśmy ci wiele winni.
- Nie ma problemu. - odpowiedziała mu.
- A teraz, jeśli pozwolisz, my również wrócimy do swojej ambasady. - powiedział przywódca elfów po czym odszedł z swoimi ludźmi w stronę ambasady.
Elisif usiadła z Vitą w rękach na ławce która stała obok i westchnęła głośno, odpoczywając.
Po chwili usłyszała klaskanie, otwarła oczy i zobaczyła zbliżającego się Garrusa.
- Niezła robota, Elisif. - powiedział uśmiechając się do niej.
- Mówisz o tym przed chwilą? - zapytała. - E tam, po prostu nie mogłem tak stać i słuchać jak bluzgają na siebie.
- Dobrze o tym wiem, dlatego mam dla ciebie pewną propozycję.
- Ty? Do mnie? - zapytała zdziwiona Elisif.
- Owszem, proponuję ci... Stanowisko mojej lewej ręki.
- Mówisz poważnie? - zdziwiła się ponownie Elisif. - Wątpię żebym się do tego nadawała...
- Bzdura, dzisiejszymi działaniami udowodniłaś że nadajesz się do tego lepiej niż ktokolwiek kogo znam.
- Sama nie wiem, co miałabym tam robić?
- To nic zbyt zajmującego, po prostu od czasu do czasu będę pytał cię o radę w jakiejś kwestii, będziesz musiała uczęszczać na obradach. Ponadto będziesz miała pełną kontrolę nad lasem obok miasta, i żaden drwal czy myśliwy nie będzie mógł nawet trawki urwać bez twojego pozwolenia.
- Ten fragment oferty brzmi kusząco...
- Poza tym będziesz mogła spać w budynku mojej lewej ręki, a także dostaniesz swoją osobistą gwardię która zrobi wszystko co im rozkażesz.
- Wciąż nie jestem pewna... - zastanawiała się Elisif.
- Mam pomysł. Będziesz pełniła tę rolę przez tydzień, po tygodniu przyjdę do ciebie, a wtedy ty powiesz mi czy chcesz zostać jako moja lewa ręka czy może nie odpowiada ci ta praca i mam znaleźć sobie kogoś innego. Pasuje? - Elisif zastanowiła się chwilę po czym odpowiedziała mu.
- Pasuje.
- Świetnie. - uśmiechnął się. - Przyjdź jutro do mojej siedziby, tam ustalimy szczegóły. - powiedział Garrus po czym odszedł.
Elisif oparła się o ławkę i pogłaskała lekko Vitę wzdychając ciężko w zamyśleniu.

Kiedy Walon wrócił do jaskini staruszka siedziała właśnie na kamieniu i karmiła Mirda jakimś mięsem nieznanego pochodzenia.
- Już jesteś? - zapytała. - Pomyślałam że nakarmię twojego pupila bo wyglądał na głodnego.

Masil z Zarazą przemierzali właśnie sporej wielkości lasy deszczowe kiedy nagle usłyszeli krzyk.
- Nie ruszać się albo stanie się wam krzywda! - obaj spojrzeli w stronę skąd dochodził krzyk. Ujrzeli tam Ragesa trzymającego w swoich rękach swój dysk magiczny. W tej samej chwili z drugiej strony wyskoczyła elfka Araniel celując do nich z łuku.
- Hę? - spojrzał na nich Masil jednocześnie zaskoczony, jak i uradowany. - Spokojnie! Jesteśmy nastawieni pokojowo!
- Te paręset takich jak ty których spotkaliśmy mówili to samo. - powiedział Drazok wychodząc zza drzew trzymając w dłoni ogromną gałąź.
///Jakby ktoś nie pamiętał owe trzy postacie wyglądają tak: Rages, Araniel i Drazok ///
- To oni? - zapytał Zaraza przyglądając się całej trójce.
- Owszem, to oni. - odparł Masil i spojrzał na Ragesa. - potrzebujemy waszej pomocy.
- Wy naszej? - zapytał Rages. - Przecież to my zostaliśmy tutaj zamknięci i znając drogi wyjścia.
- Tak, i to właściwie moja wina...
- Twoja?! - krzyknął Drazok - Teraz już wiem kogo pierwszego mam zała...
- Zamknij się ogierze i daj mu dokończyć. - uciszyła go Araniel.
- I właśnie dlatego że to moja wina potrzebuję teraz waszej pomocy żeby to wszystko naprawić, i przy okazji was uwolnić.
- Skąd mamy wiedzieć że nie jesteś kolejnym klonem? - zapytał Rages.
- Bo tylko temu prawdziwemu towarzyszę ja, i tylko my mamy tą kulę. - podniósł kulę pokazując mu ją.
- Wyczuwam w niej sporą ilość energii...
- Serio? - przerwał mu Drazok. - Ja czuję tylko ten przeklęty bekon rosnący na tych drzewach.
- Racja, znajduje się w niej ogromna ilość energii, wręcz niewyobrażalna, na tyle duża by raz na zawszę naprawić ten wymiar... Lub go zniszczyć...
- Zniszczyć? - zapytała Araniel.
- Owszem, przy tworzeniu go doszło do pewnych błędów, do końca nie wiem czym spowodowanych, a z tego wszystkiego powstało to szaleństwo w którym aktualnie siedzimy. Ta kula jest jedynym artefaktem który jest wstanie naprawić ten wymiar, lub, jeśli okaże się to niemożliwe, zniszczyć ten wymiar.
- Jasne, masz artefakt, w takim razie do czego ci my? - zapytał nie rozumiejąc Rages.
- Po pierwsze, to szansa dla was żebyście mogli uciec. Po drugie, nie mogę tej kuli użyć w obojętnie jakim miejscu, jedyny sposób na to żeby zadziałała tak jak powinna to użycie jej w samym sercu tego wymiaru, tam gdzie jego powstawanie się zaczęło.
- To... Coś... Ma swój środek? - spytał zdziwiony Drazok rozglądając się dookoła.
- Owszem, ma. A przynajmniej miało kiedyś. Nie wiem właściwie czy ów środek dalej istnieje.
- Rozumiem, że chcesz, abyśmy pomogli ci go znaleźć?
- Dokładnie tak. Jesteście tu na tyle długo że powinniście zrozumieć pewne standardy, które dla kogoś nowego, nie istnieją.
- Parę rzeczy się zaobserwowało, na przykład, nigdy nie ufaj zielonym ptakom. - powiedziała śmiejąc się Araniel.
- O widzicie, już coś. Musimy zrozumieć te standardy wspólnie, i znaleźć serce tego wymiaru, żeby naprawić go, lub zniszczyć.
- To na pewno dobry pomysł? - zapytał Drazok.
- A masz lepszy? - odparł mu Rages. - Jeśli istnieje jakikolwiek sposób żeby się stąd wyrwać, to właśnie on. Nie zapominaj że mamy coś do zrobienia jeszcze w tym normalnym wymiarze, o ile jeszcze nie został pożarty.
- Jeszcze nie. - powiedział Zaraza. - A przynajmniej nie był, jak go opuszczaliśmy.
- Świetnie. - odparł Masil. - W takim razie lepiej zacząć od razu, znajdźmy ten przeklęty środek zanim będzie za późno dla wszystkich.

Tymczasem do Karczmy weszła pewna kobieta w lekkim skórzanym pancerzu, kapturem na głowie, chuście zasłaniającej nos i usta, oraz goglach z przyciemnionymi szybkami zasłaniającymi oczy. Po prostu nie było widać ani cienia jej ciała, samo ubranie. Podeszła powoli do lady i usiadła przy niej po czym bez słowa pokazała palcem na beczkę piwa. Od wejścia nie wydała żadnego głosu, czekając na piwo poprawiła tylko swoje czarne skórzane rękawiczki opierając ręce o ladę przyglądała się zastępcy Axa.

Temat zamknięty

Pokaż znaczniki BBCode, np. pogrubienie tekstu

Dodaj zdjęcie z dysku