Elisif siedziała tymczasem w spokoju w ogrodzie wciąż obejmując swoją córkę, oddychając powoli i myślami pływając powoli po wszystkim co ostatnio się w jej życiu wydarzyło. Drzewo "przyglądało" się jej - jako iż w sumie twarzy nie miało. - z zaciekawieniem i również myśląc sobie w spokoju. Jednak cisza i spokój nie mogła trwać wiecznie.
- To wszystko wasza wina! Wy przeklęte długouche su**nsyny! - wybudził ją z namysłu krzyk.
- Nasza?! NASZA?! To nie my wysadziliśmy wasz pieprzony kraj! - Elisif słysząc kolejne krzyki wstała powoli z Vitą i ruszyła w stronę zamieszania, na środku ulicy zobaczyła trójkę krasnoludów oraz trójkę elfów stojących po dwóch różnych stronach, kłócili się, i wyglądało to tak jakby zapowiadało się na walkę.
- Mam w dupie to, co zrobili moi bracia waszym przeklętym lasom! Gdybyście zawsze chcieli współpracować prawdopodobnie nigdy by do tego nie doszło! Ale nie! Wy zawsze musicie postawić na swoim! Wy, i te wasze pie**olone drzewa! - wściekł się krasnolud stojący na przodzie gromadki.
- Co ty powiedziałeś?! Ty cholerny, niewychowany, niekulturalny barbaży...
- A idź ty pod kamień się schowaj z tymi swoimi lekkimi słówkami! Dz*wki są bardziej męskie od ciebie!
- Jak śmiesz obrażać nas, i nasz święty las! On jest warty więcej niż...
- W dupie mam wasz las! On już nie istnieje! Rozumiesz to?! Cały wyleciał w powietrze! Więc mam w dupie co ty myślisz o tym, o czym ja myślę na temat waszego pie**olonego, martwego lasu! Wasze pieprzone drzewa nie nadają się nawet na zrobienie z nich sracza!
- Teraz przesadziłeś! - krzyknął elf stojący na przodzie swojej bandy i wyjął długi elficki miecz, w odpowiedzi cała trójka krasnali wyjęli swoje ogromne dwuręczne topory.
- No dawaj! Pi**o z uszami! - wrzasnął krasnolud podnosząc topór w wojennym geście.
- Hej spokojnie! - zawołała Elisif która dopiero teraz dobiegła do źródła zajścia.
- Nie wtrącaj się babo! - krzyknął krasnolud stojący po lewej od swojego przywódcy.
- A niech robi co chce! - wrzasnął przywódca. - I tak ma pewnie większe jaja od tych małych pi**ek! - krzyknął krasnolud pokazując palcem na elfy.
- Mam cię dosyć! - zawołał elf i już miał ruszyć w stronę krasnoluda kiedy Elisif weszła między nich.
- Hej! - krzyknął krasnolud na Elisif. - Nie stawaj między mną, a tą ku*wą z długimi uszami!
- Spokojnie! Nie musi tutaj chyba dochodzić do rozlewu krwi?! - krzyknęła Elisif, wciąż trzymając Vitę na rękach.
- Nie mieszaj się kobieto w sprawy mężczyzn, które ciebie nie dotyczą. - powiedział jeden z elfów.
- MĘŻCZYZN?! - zawołał trzeci krasnolud. - Jeśli ktoś tu jest mężczyzną, to z pewnością nie wy! Ty ja, i moi ziomkowie!
- Zamknij się smarkaty kurduplu! - krzyknął przywódca elfów.
- Pie**ol się! - wrzasnął jeden z krasnoludów.
- Przestańcie! - krzyknęła jeszcze raz Elisif patrząc to na elfy to na krasnoludy.
- Czego ty w ogóle od nas chcesz co?! Nie potrzebujemy ludzkich kobiet do załatwiania swoich problemów! Wystarczą nam nasze topory!
- Właśnie o to chodzi! Nie dajecie w tym momencie żyć spokojnie ludziom w tym mieście hałasując i krzycząc najgłośniej jak potraficie! Ponadto jeszcze sobie wyrządzicie krzywdę co nikomu nie wyjdzie na dobre.
- Że co? Jedyne komu stanie się krzywda to tym szczurom z wielkimi uszami! - zawołał przywódca krasnoludów.
- Ciszej krasnoludzie, myślę że powinniśmy jej wysłuchać.
- Wiedziałem! Kapitan miękka pała ucieka przy najbliższej okazji! - zaśmiał się jeden z krasnali.
- Nigdzie nie uciekam! - krzyknął elf. - Po prostu zaczynam myśleć racjonalnie, myślę że zbyt poniosły nas emocje...
- Błagam was! Weź ktoś stąd tą kobietę żebym wreszcie mógł ściąć tą elficką spie**olinę! - krzyknął krasnolud w którego zaczynało ponosić tak bardzo że miało się wrażenie że rozniesie całe miasto.
- O co wy się właściwie kłócicie co?! - krzyknęła do krasnoluda Elisif po czym spojrzała w stronę elfów.
- Jak to o co?! Oczywiście że o... - zaczął się zastanawiać krasnolud. - O co to poszło? - spojrzał na jednego z swoich towarzyszy na co ten tylko wzruszył ramionami wpadając w zakłopotanie.
- I właśnie o to chodzi. - zaczęła Elisif. - Kłócicie się, a nawet nie wiecie o co, wykorzystujecie każdą możliwą okazję żeby zacząć warczeć na siebie praktycznie bez powodu.
- Warczeć?! Nie jestem żadnym...
- Daj jej dokończyć. - uciszył krasnoluda jeden z elfów.
- Wiem że bardzo dawno wasze rasy toczyły ze sobą wojny. Ale to było setki lat temu. Rasa elfów jest teraz praktycznie na krańcu życia i minie wiele setek lat zanim ich liczba wróci do normy. A wy krasnoludy? Wasi rodacy z jakiegoś powodu zamknęli się w swoim królestwie odcinając się od świata, nie wiadomo co się z nimi stało, być może zginęli. A wy co robicie? Cały czas kłócicie się między sobą sami nie wiedząc już o co! Gnoicie się nawzajem zamiast zrobić coś, co chociaż o jeden procent poprawiło by aktualny stan waszej rasy! Właściwie to nie robicie NIC poza kłóceniem się i szukaniem marnych powodów byleby móc sobie skoczyć do gardeł a po fakcie powiedzieć: "To on zaczął!". Zastanówcie się, co wam to da? Nic! Po prostu nic. - skończyła Elisif wzdychając powoli i nabierając powietrza w płuca, tak długa przemowa na kilku dechach mocno męczyła.
- No cóż... - mówił powoli przywódca krasnoludów. - Chyba jest w tym trochę racji...
- Nawet sporo... - odpowiedział jeden z jego towarzyszy.
- Masz rację... Jak ci na imię? - zapytał przywódca elfów.
- Elisif. - odparła od razu.
- Ahh Elisif, to ty jesteś siostrą... Jak mu to było... A tak, Darcusa. Widzę że nie jest on jedyną zdolną osobą w waszej rodzinie.
- Może i nie. - odpowiedziała mu krótko.
- No dobrze. - przywódca elfów spojrzał na przywódcę krasnoludów. - Dwaine? Myślę że chyba czas zakończyć nasze głupie spory.
- Hmm... No chyba tak... - odparł mu krasnolud.
- A więc? Uścisk na zgodę? - zapytał przywódca elfów. Krasnoludy w odpowiedzi schowały topory i zbliżyły się do elfów. Uścisnęli sobie dłonie.
- Ale i tak uważam że jesteście miękkie pały. - powiedział cicho Dwaine uśmiechając się.
- Jasne krasnoludzie, to się raczej nie zmieni. - odparł mu elf również uśmiechając się.
- No dobra, czas wrócić do swojej ambasady, od tego darcia mordy w gardle mi zaschło. - powiedział Dwaine po czym grupa krasnoludów odeszła.
- Dziękuję ci pani Elisif za zakończenie naszych sporów, jesteśmy ci wiele winni.
- Nie ma problemu. - odpowiedziała mu.
- A teraz, jeśli pozwolisz, my również wrócimy do swojej ambasady. - powiedział przywódca elfów po czym odszedł z swoimi ludźmi w stronę ambasady.
Elisif usiadła z Vitą w rękach na ławce która stała obok i westchnęła głośno, odpoczywając.
Po chwili usłyszała klaskanie, otwarła oczy i zobaczyła zbliżającego się Garrusa.
- Niezła robota, Elisif. - powiedział uśmiechając się do niej.
- Mówisz o tym przed chwilą? - zapytała. - E tam, po prostu nie mogłem tak stać i słuchać jak bluzgają na siebie.
- Dobrze o tym wiem, dlatego mam dla ciebie pewną propozycję.
- Ty? Do mnie? - zapytała zdziwiona Elisif.
- Owszem, proponuję ci... Stanowisko mojej lewej ręki.
- Mówisz poważnie? - zdziwiła się ponownie Elisif. - Wątpię żebym się do tego nadawała...
- Bzdura, dzisiejszymi działaniami udowodniłaś że nadajesz się do tego lepiej niż ktokolwiek kogo znam.
- Sama nie wiem, co miałabym tam robić?
- To nic zbyt zajmującego, po prostu od czasu do czasu będę pytał cię o radę w jakiejś kwestii, będziesz musiała uczęszczać na obradach. Ponadto będziesz miała pełną kontrolę nad lasem obok miasta, i żaden drwal czy myśliwy nie będzie mógł nawet trawki urwać bez twojego pozwolenia.
- Ten fragment oferty brzmi kusząco...
- Poza tym będziesz mogła spać w budynku mojej lewej ręki, a także dostaniesz swoją osobistą gwardię która zrobi wszystko co im rozkażesz.
- Wciąż nie jestem pewna... - zastanawiała się Elisif.
- Mam pomysł. Będziesz pełniła tę rolę przez tydzień, po tygodniu przyjdę do ciebie, a wtedy ty powiesz mi czy chcesz zostać jako moja lewa ręka czy może nie odpowiada ci ta praca i mam znaleźć sobie kogoś innego. Pasuje? - Elisif zastanowiła się chwilę po czym odpowiedziała mu.
- Pasuje.
- Świetnie. - uśmiechnął się. - Przyjdź jutro do mojej siedziby, tam ustalimy szczegóły. - powiedział Garrus po czym odszedł.
Elisif oparła się o ławkę i pogłaskała lekko Vitę wzdychając ciężko w zamyśleniu.
Kiedy Walon wrócił do jaskini staruszka siedziała właśnie na kamieniu i karmiła Mirda jakimś mięsem nieznanego pochodzenia.
- Już jesteś? - zapytała. - Pomyślałam że nakarmię twojego pupila bo wyglądał na głodnego.
Masil z Zarazą przemierzali właśnie sporej wielkości lasy deszczowe kiedy nagle usłyszeli krzyk.
- Nie ruszać się albo stanie się wam krzywda! - obaj spojrzeli w stronę skąd dochodził krzyk. Ujrzeli tam Ragesa trzymającego w swoich rękach swój dysk magiczny. W tej samej chwili z drugiej strony wyskoczyła elfka Araniel celując do nich z łuku.
- Hę? - spojrzał na nich Masil jednocześnie zaskoczony, jak i uradowany. - Spokojnie! Jesteśmy nastawieni pokojowo!
- Te paręset takich jak ty których spotkaliśmy mówili to samo. - powiedział Drazok wychodząc zza drzew trzymając w dłoni ogromną gałąź.
///Jakby ktoś nie pamiętał owe trzy postacie wyglądają tak:
Rages,
Araniel i
Drazok ///
- To oni? - zapytał Zaraza przyglądając się całej trójce.
- Owszem, to oni. - odparł Masil i spojrzał na Ragesa. - potrzebujemy waszej pomocy.
- Wy naszej? - zapytał Rages. - Przecież to my zostaliśmy tutaj zamknięci i znając drogi wyjścia.
- Tak, i to właściwie moja wina...
- Twoja?! - krzyknął Drazok - Teraz już wiem kogo pierwszego mam zała...
- Zamknij się ogierze i daj mu dokończyć. - uciszyła go Araniel.
- I właśnie dlatego że to moja wina potrzebuję teraz waszej pomocy żeby to wszystko naprawić, i przy okazji was uwolnić.
- Skąd mamy wiedzieć że nie jesteś kolejnym klonem? - zapytał Rages.
- Bo tylko temu prawdziwemu towarzyszę ja, i tylko my mamy tą kulę. - podniósł kulę pokazując mu ją.
- Wyczuwam w niej sporą ilość energii...
- Serio? - przerwał mu Drazok. - Ja czuję tylko ten przeklęty bekon rosnący na tych drzewach.
- Racja, znajduje się w niej ogromna ilość energii, wręcz niewyobrażalna, na tyle duża by raz na zawszę naprawić ten wymiar... Lub go zniszczyć...
- Zniszczyć? - zapytała Araniel.
- Owszem, przy tworzeniu go doszło do pewnych błędów, do końca nie wiem czym spowodowanych, a z tego wszystkiego powstało to szaleństwo w którym aktualnie siedzimy. Ta kula jest jedynym artefaktem który jest wstanie naprawić ten wymiar, lub, jeśli okaże się to niemożliwe, zniszczyć ten wymiar.
- Jasne, masz artefakt, w takim razie do czego ci my? - zapytał nie rozumiejąc Rages.
- Po pierwsze, to szansa dla was żebyście mogli uciec. Po drugie, nie mogę tej kuli użyć w obojętnie jakim miejscu, jedyny sposób na to żeby zadziałała tak jak powinna to użycie jej w samym sercu tego wymiaru, tam gdzie jego powstawanie się zaczęło.
- To... Coś... Ma swój środek? - spytał zdziwiony Drazok rozglądając się dookoła.
- Owszem, ma. A przynajmniej miało kiedyś. Nie wiem właściwie czy ów środek dalej istnieje.
- Rozumiem, że chcesz, abyśmy pomogli ci go znaleźć?
- Dokładnie tak. Jesteście tu na tyle długo że powinniście zrozumieć pewne standardy, które dla kogoś nowego, nie istnieją.
- Parę rzeczy się zaobserwowało, na przykład, nigdy nie ufaj zielonym ptakom. - powiedziała śmiejąc się Araniel.
- O widzicie, już coś. Musimy zrozumieć te standardy wspólnie, i znaleźć serce tego wymiaru, żeby naprawić go, lub zniszczyć.
- To na pewno dobry pomysł? - zapytał Drazok.
- A masz lepszy? - odparł mu Rages. - Jeśli istnieje jakikolwiek sposób żeby się stąd wyrwać, to właśnie on. Nie zapominaj że mamy coś do zrobienia jeszcze w tym normalnym wymiarze, o ile jeszcze nie został pożarty.
- Jeszcze nie. - powiedział Zaraza. - A przynajmniej nie był, jak go opuszczaliśmy.
- Świetnie. - odparł Masil. - W takim razie lepiej zacząć od razu, znajdźmy ten przeklęty środek zanim będzie za późno dla wszystkich.
Tymczasem do Karczmy weszła pewna kobieta w lekkim skórzanym pancerzu, kapturem na głowie, chuście zasłaniającej nos i usta, oraz goglach z przyciemnionymi szybkami zasłaniającymi oczy. Po prostu nie było widać ani cienia jej ciała, samo ubranie. Podeszła powoli do lady i usiadła przy niej po czym bez słowa pokazała palcem na beczkę piwa. Od wejścia nie wydała żadnego głosu, czekając na piwo poprawiła tylko swoje czarne skórzane rękawiczki opierając ręce o ladę przyglądała się zastępcy Axa.