Właściciel
Pięć minut później obok nich stało coś co przypominało zwęgloną tratwę. Wszystko było sklejone czymś co przypominało z wyglądu ślinę. Podbiegł do Gniotka i potrząsnął nim.
- Wsiądź!
- Co? - Karczmarz zdążył już prawie zasnąć. - Co to jest?
- Wsiądź, ja popychać!
Właściciel
- Sanie! - zawołał. Jeśli przyjrzeć się tratwie pod spodem miała dwie podłużne gałęzie służąca do wygodniejszego przesuwania "tratwy".
Właściciel
- Maruda! On źle chodzić! Sanie dobre! - zawołał po raz kolejny i podbiegł do Karczmarza. - Chodź chodź!
- Dam radę iść samemu... - w miarę udało mu się wstać kiedy jednak zrobił krok jego nogi zatrzęsły się a ten upadł na ziemię z krótkim jęknięciem. - Cholera...
Właściciel
- On ma rację. Nie dam rady sam dojść do miasta, to może pomóc. - powiedział siadając na ziemi.
Właściciel
- Chyba dam radę. - powiedział i na czworaka wczołgał się na sanie-tratwę. - Dobra... - westchnął. - Wracajmy do miasta.
- Tak jest! - zasalutował Skwarek i zaczął popychać sanie, był zbudowany tak że poruszał się zgarbiony więc nie przeszkadzało mu schylanie się tak nisko żeby przesuwać sanie.
Właściciel
Po krótkim czasie wydostali się z lasu i ujrzeli bramę miasta. Karczmarz spojrzał mocno zdziwiony.
- Trochę się tu zmieniło...
Właściciel
Po kilku minutach dotarli do bramy miasta. Strażnicy widząc Skwarka wyjęli miecze.
- Spokojnie, on jest ze mną. - powiedział Gniotek.
- A ty? Kim TY niby jesteś? - zapytał jeden ze strażników drwiąco. Karczmarz spojrzał na Maraliusa.
- Mógłbyś się tym zająć?
Właściciel
Strażnicy spojrzeli po sobie niepewnie.
- Niech będzie, ale będziemy was obserwować. - rzekł i przesunęli się z drogi. Skwarek pokręcił głową i ruszył dalej, kiedy przekroczyli bramę spojrzał to na Karczmarza to na Maraliusa.
- Gdzie teraz?
Właściciel
- Gdyby nie on ani bym nie dostał się do Marduka ani bym stamtąd nie wyszedł. Tak, ufam mu. - Na te słowa Skwarek spojrzał na Maraliusa i uśmiechnął się triumfalnie. - Swoją drogą, nie idziemy prosto do Karczmy? - zapytał niepewny.
Właściciel
- Że też nie mogę wejść do własnej Karczmy bo obawiamy się reakcji ludzi... - Gniotek nie wyglądał na zadowolonego tym pomysłem.
- To gdzie mam cię zawieźć? - zapytał Skwarek nie wiedząc już.
- Za nim. - powiedział Karczmarz i wskazał Maraliusa a demon zaczął popychać dalej sanie.
Właściciel
Skwarek ruszył w wskazane miejsce.
Właściciel
- Nie jestem na tyle ranny żeby musieć udawać się jeszcze do szpitala. Tylko mnie to dobije. Gdybyś czuł tak samo różnicę jak ja przez ten czas odkąd byłem w tamtym świecie to wiedziałbyś że tego nie potrzebuję. Teraz mam ochotę tylko położyć się w MOIM łóżku i odpocząć.
Właściciel
Karczmarz zastanowił się.
- Słuchaj, właściwie co za różnica, powiedz no, czy choć przez jeden dzień obeszło się w Karczmie bez jakichkolwiek problemów? Bo jakoś trudno mi uwierzyć że od tamtej pory żyjecie sobie spokojnie bez problemów.
Właściciel
- Też nie wiem, ale wątpię że takie wymijanie Karczmy nam w tym pomoże. Koleś, wlazłem i wylazłem z wymiaru demonów, przetrwałem opętanie przez kilka demonów na raz, w tym Marduka. Więc nie zastanawiaj się czy dam radę przetrawić kilka mniejszych czy większych zmian. Widzisz moją twarz? Moje ciało? Odrośnięcie wszystkich włosów które mi powypadały i się spaliły zajmą dobre kilka tygodni co najmniej. Więc i tak wszyscy będą patrzeć na mnie jak na wariata. A na pewno nie zamierzam się ukrywać przez ten czas.
Właściciel
- Tak już chyba dam radę iść. - powiedział Karczmarz i wstał powoli, nogi lekko mu się zatrzęsły ale nie wywrócił się. Zrobił powolny krok, udało mu się. Westchnął głęboko. - No dobra, pokaż mi co się zmieniło w mojej Karczmie.
Właściciel
Karczmarz szedł bardzo powoli zwłaszcza po schodach.
- Mam czas, na razie chcę po prostu się przespać. - odparł. - W ogóle zastanawiałem się czy nie dać sobie spokoju z tym wszystkim... To całe ganianie za przygodami i ratowanie świata, to chyba nie dla mnie.
Właściciel
- Dobra, daj mi wreszcie zobaczyć moją Karczmę. - powiedział i powoli wysunął się przed Maraliusa i wyszedł z zaplecza. Rozejrzał się i już miał coś powiedzieć kiedy kogoś zobaczył. - Elisif... - powiedział cicho. Ona wszędzie rozpoznałaby ten głos, spojrzała w jego stronę i otwarła szeroko oczy. - Cześć kochanie. - odezwał i uśmiechnął się lekko.
Elisif wstała od krzesła pobiegła do niego i objęła go z całej siły. Karczmarz musiał przygotować wszystkie swoje mięśnie żeby się nie wywrócić. Również ją objął, nareszcie czuł że jest w domu. Z oczu poleciał jej łzy i zaczęła płakać, płakać ze szczęścia.
- Gniotek... Ja... Zaczęłam myśleć że już nie wrócisz... Bałam się... Naprawdę... Czułam jakby... - starała się powiedzieć coś sensownego jednak zaczęła łkać i po chwili przestała próbować, po prostu wtuliła się w niego i pozwoliła płynąć swoim łzom.
- Spokojnie Elisif. Już tu jestem, nigdzie się nie wybieram. - starał się brzmieć spokojnie choć sam miał ochotę się rozpłakać, był zmęczony, bardziej niż kiedykolwiek w jego życiu, bolały go wszystkie mięśnie, chciał po prostu położyć się i zasnąć.
Stali tak przez dziesięć minut. Jeśli ktoś coś do nich mówił, nie zwracali na nich uwagi. Skwarek cały czas się przyglądał w zastanowieniu.
- Muszę odpocząć... - powiedział w którymś momencie i odsunął się od niej kładąc jej ręce na ramionach. Spojrzał jej w oczy.
- Witaj w domu. - powiedziała i uśmiechnęła się do niego.
Patrzyli tak jeszcze chwilę na siebie po czym ruszyli razem do swojego pokoju.
Właściciel
Skwarek uśmiechnął się dumnie po czym po zastanowieniu pobiegł za Abraxasem, widząc zamknięte drzwi od pokoju Karczmarza usiadł przy nich i zaczął rozmyślać.
Vitą tymczasem opiekował się Ebon i kołysał ją lekko siedząc w parku pod drzewem. Spojrzał teraz na nią i dotknął najlżej jak potrafił - co było dla niego trudne - swoim kamiennym palcem w jej brzuch żeby sprawdzić czy śpi.
W tym momencie postanowił obudzić się Aaron który od dłuższej chwili polerował twarzą blat. Zakapturzony łowca trofeów miał ciekawą strategię pozwalająca mu pić dużo bez bólu głowy... Pił a następnie walił ryjem w blat by podczas snu alkohol z niego odparował. Nie był pewien czy to działa w ten sposób ale.. Działało...
Łowca jęknął i przetarł oczy... -Jesteś tu panie karczmarz?- Mówiąc to zaczął rozglądać się za gnollem Zdzisławem który tymczasowo pełnił funkcję karczmarza...
//Swoją drogą sami chyba zapisaliście 2 strony... Szacun... ALE POSTANOWIŁEM PRZERWAĆ TEN... To... Wasze pisanie >:( ! //
Właściciel
///Koleś, my tak moglibyśmy zapisać i ze 100 stron - co zresztą widać, więc nie marudź.///
Ebon uśmiechnął się do niej i pokiwał lekko palcem. Tymczasem przylazł do niego Akryl.
- Dalej się opiekujesz tą małą? - zapytał zdziwiony.
- Elisif jeszcze nie przyszła, poza tym mali ludzie są fajni. - zaśmiał się jeszcze raz.
- A co z drzewem?
- Jeszcze nie gotowe.
- Jasna cholera, ile można! Nie po to pomagam Masilowi żeby teraz siedzieć w tym zapyziałym mieście i nic nie robić! A co jeśli Masil nas potrzebuje?
- Poradzi sobie, przecież ma te swoje gobliny.
- Jasne, już widzę jak wielkie i jakże wspaniałe gobliny ratują go i walczą honorowo. Koleś! One by nawet chrząszcza nie ubiły!
- Dobra dobra już nie krzycz, dzieci mają wrażliwe uszy. - odparł Ebon na co Akryl przewrócił oczami.
- A ty nie masz ich w ogóle! No i jak to wytłumaczysz?
- Emm... - zastanowił się Ebon.
- No właśnie! Więc skończ pierdzielić. - powiedział i usiadł na ziemi.
- A w ogóle... To na co czekamy?... - zapytało donośnym głosem drzewo.
- Na jajco, milcz spruchnialcu. - odparł szkielet.
Aaron spojrzał na gnolla. -Widzę że spodobała ci się ta zabawa w karczmarza- powiedział z lekkim uśmieszkiem na twarzy. Po chwili zaczął znów się rozglądać. - Oghren wyszedł czy może oślepłem? -
Właściciel
Oghren siedział obok niego i szturchnął go zamkniętą pięścią w ramię.
- Stary, musisz mniej pić.
Zakapturzony przetarł znów oczy. - Co to to nie! Mój łeb po obudzeniu się ma chyba wolniejszą reakcję... - Mówiąc to klepną się otwarta dłonią w bok głowy. - Swoją drogą długo spałem? I czy coś się działo w międzyczasie?
Właściciel
- Wrócił Karczmarz, przynajmniej tak mi się wydaje bo akurat zasypiałem. Mam na myśli tego prawdziwego, tego który stworzył tą Karczmę... Znaczy przed rozwaleniem jej na kawałki razem z miastem. Dawno nie widziałem dwóch tak szczęśliwych ludzi. Chociaż po Karczmarzu ledwo można rozpoznać jeszcze że to człowiek.
-Czekaj... A karczmarzem nie był czasem ten typ którego zamroziła tamta wiedźma?-
Właściciel
-A idź pan, serio myślisz że ktoś taki jak on byłby w stanie zajmować się Karczmą? To był tylko jakiś tępy zastępca, sam nie wiem skąd go asasyni wytrzasnęli ale od razu mi się nie podobał.
- Karczmarz jak karczmarz... Dla mnie ważne jest żeby to co podaje było warte swojej ceny... To co dają tutaj nawet ujdzie.. -
Właściciel
- Słuchaj, znam typa na dobrze żeby wiedzieć że jak on wróci do pracy, to będzie znacznie lepiej. Co jak co ale na byciu Karczmarzem to on się zna! - zawołał krasnolud.
- A na czym się tu znać? Powinno się umieć zrobić przyzwoitą strawę i piwo w miarę nierozwodnione nalewać. I ciekawi mnie co niby zmieni się na lepsze... -
Właściciel
///leprze, leprze, leprze///
- Słuchaj, choćby taka prosta sprawa, widziałeś żeby gdzieś było menu? No właśnie! Niema! Za czasów Gniotka zawsze było! Wtedy można było sobie spokojnie wybrać a nie kombinować i zgadywać co jest za czego niema! Poza tym cholera wie gdzie on się szlajał przez ten czas, można poznał jakieś nowe przepisy na świetny alkohol?
// O pierwszej w nocy mózg mi się wyłącza. Ale udało mi się to jeszcze edytować :v //
- Daleka wyprawa pełna niebezpieczeństw po przepis na piwsko?.. Brzmi świetnie. Mam tylko nadzieję że tak samo będzie smakować... -