Ostatnio nie robił nic poza staniem, ale w starciu z wściekłym drzewem nie wydawało się to być zbyt dobrą strategią. Postanowił więc naskoczyć na kulę jeszcze mocniej.
-Dzięki za radę!
Spróbował dosięgnąć jednego z mieczy wisząc w powietrzu.
- Po prostu nie wiem czy to było na prawdę czy tylko mi się to śniło.
Właściciel
///Nie rozumiem tylko co to ma niby wspólnego.///
- Niech ci będzie. - powiedziała elfka. - No dobrze, nic więcej od ciebie nie chcę. - wstała i ruszyła do pokoi na górze.
Po odejściu Elfki Walon pomyślał:
- Dobra, poszła. To co teraz?
Właściciel
- Nie mam pojęcia, to twoje życie, ja tu jestem tylko... Tylko sobą, po prostu przez jakiś czas ci potowarzyszę, jakbym miała jakiś wybór.
Nie mając nic więcej do powiedzenia Walon poprosił Karczmarza o jakieś ciepłe mięsiwo.
Postanowił, że przemyśli to potem. Zjadł w milczeniu. Sam nie wiedział co myśleć o całej sytuacji.
Właściciel
Zaczęło się już powoli ściemniać. Po nie długim posiedzeniu w pokoju z Aylą Elisif zabrała Vitę i poszła do swojego pokoju. Położyła córkę pod kołdrą a sama przebrała się w trochę zniszczone już ubranie którego używała do spania i położyła się jeszcze zanim zaszło słońce.
Zaczął ciąć zbliżające się konary, licząc że coś się wydarzy.
Walon po posiłku poszedł do swego pokoju. Zdjął buty, zbroje i jak martwy pad na łóżko.
Do trzech razy sztuka Osłaniając się ostrzami rzucił się do przodu.
-To zostały jeszcze... cztery? Chodźmy już do następnego.
Nie chciało mu się znowu opuszczać ciała, więc zdał się na swoisty radar.
-Chodź za mną. W razie czego ucierpi mniej wartościowa osoba.
Właściciel
Tymczasem w szpitalu asasynów Oghren wreszcie się obudził.
- Co je...
Właściciel
Krasnolud dopiero teraz ją zauważył i aż podskoczył.
- Co jest?! Kim ty jesteś?! - zawołał rozglądać się za swoim toporem.
Właściciel
- Co? Nie! Gdzie jest mój topór?! Czego ode mnie chcecie?!
Właściciel
- Jaką pomoc?! Czemu ja tu jestem?! Czego ode mnie chcecie?!
Właściciel
- Co?! Nic takiego nie pamiętam! Nie kłamcie! Chcę gadać z waszym szefem!
Właściciel
- Ty stracisz zęby jak nie oddasz mi mojego topora! - wrzasnął Oghren stając na łóżku.
Właściciel
- Musisz mieć! Ktoś z was go ma! Oddać go! Już! - Oghren wyglądał na naprawdę wściekłego.
Właściciel
Oghren zeskoczył z łóżka i rozejrzał się za czymś co mogło posłużyć mu za broń.
Właściciel
Oghren chwycił jeden ze skalpeli i pokazał w stronę jednego ze strażników.
- Nawet nie próbuj!
Właściciel
- Było mnie tutaj nie przyprowadzać su**nsyny! - krzyknął w jego stronę i rozejrzał się czy przypadkiem ktoś nie próbuje się do niego zbliżyć.
Właściciel
- Pieprzcie się wszyscy! Nikogo nie uratowaliście! Nie potrzebuję waszej pomocy! A zwłaszcza waszego więzienia mnie!
Właściciel
- Nie ruszę się stąd bez mojego topora! Oddawać go!
Właściciel
- Jaka Karczma?! Gdzie jest ta Karczma?! - po krasnoludzie widać było że nie pamięta w tym momencie praktycznie nic.
Właściciel
- Skąd mam wiedzieć że jak tylko odłożę broń to się na mnie nie rzucicie?!
Właściciel
Oghren rozejrzał się niepewnie po czym rzucił skalpel na ziemię.
- No dobra, ale niech tylko którymś mnie dotknie!