Właściciel
- W takim razie nie odejdziesz w ogóle. - powiedział wyjmując łuk. - Radzę ci, nie chcesz ze mną walczyć. Widziałeś te kości po drodze? One należą do tych którzy też nie mogli odejść bez zobaczenia jej. - ciekawe było to, że w ogóle nie posiadał on strzał na plecach ani nigdzie przy sobie.
- Jak masz zamiar zastrzelić mnie z łuku skoro nie masz strzał?
Właściciel
- Jak długo zamierzasz zadawać pytania? Aż cię zabiję?
- Kto jak kto, ale ja mam czas.
Właściciel
- Co się znowu stało? - zapytała zdziwiona Elisif siedząc z Vitą na ławce w mieście.
Oghren tymczasem spał pod jednym ze stołów w Karczmie.
- Dużo czasu? Właśnie ci się skończył. - w tym momencie naciągnął szybko cięciwę łuku i puścił ją. Pojawiły się dwie magiczne zielone strzały które wbiły się w kolana Walona przebijając je na wylot. Ból był tak okropny że upadł nie ziemię a nóg nie mógł zgiąć.
- Inaczej wyobrażałem sobie moje ostatnie chwile. Dobijesz bezbronnego?
Właściciel
- Gdyby ktoś kto zabił moją rodzinę puścił broń, miałbym go nie zabić? Bezbronność nie jest usprawiedliwieniem. - mówiąc to podszedł do ściany, podniósł sporej wielkości gałąź, i z całej siły przyłożyć Walonowi w głowę. Stracił przytomność, a może umarł?
Walon obudził się niewiadomy czas później, pierwsze co poczuł, to piach w ustach. Kiedy otworzył oczy, dookoła niego była pustynia. Nie było widać ani jego ekwipunku, ani psa.
//Rozumiem, że zwierzak nadal jest w chacie, tak?
Walon ostrożnie podniósł się na łokciach i sprawdził obrażenia.
Właściciel
Elisif uśmiechnęła się i pogłaskała Vitę po włosach.
- Co?! Co jest kuźwa?! - Oghren wyskoczył spod stołu wywracają go na Darcusa.
///Dowiesz się później.///
Kolana miał poprzebijane, jednak po strzałach nie było śladu, nie był wstanie na nie wstać. Poza tym na głowie miał rozciętą skórę po uderzeniu gałęzią.
Właściciel
- Co? Ja? - wstał powoli. - Nawet pijany nie jestem! Po prostu spać mi się chciało! W czym ci niby taki brodacz jak ja może pomóc? Komu mam przywalić?
Walon sprawdził czy w okolicy coś jest. Cokolwiek.
//Darcus kiedy ruszamy z tą pomocą humanitarną? Pytam, bo Inkwizytorzy i Medycy to czekają, czekają i doczekać się nie mogą :V
Właściciel
Kiedy rozejrzał się nic nie zobaczył, poza piachem. Chociaż nie. W oddali zobaczył coś zbliżającego się, jakieś dwie sylwetki, szły w jego stronę jednak były na tyle daleko że nie widział kim lub czym są.
- Co? Oj nie nie nie. Mówiłem już, do Gordulum się nie dostaniesz. Nie ma opcji.
Walon nie mógł nic zrobić więc najzwyczajniej w świecie położył się na piasku i czekał aż postacie się zbliżą.
Właściciel
- Nie... To ty mnie nie rozumiesz. Nie da się tam dostać. - poprawił go Oghren.
Tymczasem do Elisif podszedł Garrus.
- Dogadałem się z moim zastępcą.
- I? - zapytała zaciekawiona Elisif.
- Do króla został wysłany list, tutaj w mieście mamy za mało ludzi, zwłaszcza że część wysyłam na wykopaliska. Odpowiedz powinna przyjść jutro. Jeśli król się zgodzi, razem z odpowiedzą przybędzie dwustu paladynów wraz z zapasami żywności i ubraniami.
- To świetnie! - zawołała Elisif.
- Póki co się tak nie ciesz, nie wiadomo czy król się zgodzi.
- A czemu miałby tego nie zrobić?
- Tak między nami, od naprawdę dawna nie mieliśmy takiego naprawdę dobrego króla.
- Rozumiem, w takim razie pójdę poinformować Darcusa o całej sytuacji...
- Poczekaj do powrotu listu, nie chcę nikomu więcej robić zbędnych nadziei.
- Ehh... - westchnęła Elisif. - Niech będzie.
Kiedy postacie zbliżyły się okazało się że są to dwaj orkowie, prawdopodobnie zwiadowcy.
- Powiedz no Koshnnok, co myślisz o tych całych Poświęconych? - zapytał jeden drugiego.
- A co mam myśleć? Jak dla mnie mogą sobie łazić, wydają się całkiem całkiem jak na mory.
- Taa, ciekawe czy uda im się spotkać z wielkim Bhor-gulem.
- Cholera, jeśli im się uda to sam zacznę im zazdrościć, to spory zaszczyt.
- Jasne, zwłaszcza że...
- Ej ty patrz! - przerwał mu, wskazał Walona palcem.
- Cholera, mora. - obaj podeszli bliżej.
- Ciekawe czy żyje. - zastanowił się pierwszy dotykając butem Walona.
- Uważaj Frotthok, one gryzą. - powiedział po czym obaj się roześmiali.
Właściciel
- Nic się nie da zrobić! Mówiłem ci psiakrew o tym co tam widziałem! Moi bracia poświęcili się żeby zamknąć tam coś, coś co musiało naprawdę być niebezpieczne skoro zamknęli samą główną bramę! Nie istnieje możliwość żebyś tam wszedł, a nawet jeśli jakimś cudem byś tam wlazł, prawdopodobnie zesłał byś na nas tylko śmierć!
- Oczywiście! - zawołał Rages. - bo oczywiście najlepiej zwalić na największego! Poza tym z fizycznego punktu widzenia nie mogę puszczać gazów! Jestem skałą!
Właściciel
Rages odskoczył szybko wyjmując swój dysk. Reszta również przygotowała się do walki.
- Po co właściwie chcesz tam wejść co? - zapytał Oghren.
Właściciel
- Niefortunnego porozumienia?! Chciałeś mnie zabić! - krzyknął Rages wkurzony wciąż nie opuszczając broni.
- Prastary zwój? Tam? Gdzie tam, skąd miałby się tam wziąć.
Właściciel
- Założę się że mi jest aktualnie bardziej potrzebna niż tobie. - odparł Masil. - Więc niby co? Mam uwierzyć że nagle zmieniłeś zdanie?
- Bomba, słuchaj no, nie wiem jak bardzo ważne jest to, do czego ci ten zwój, ale ja ci nie pomogę się tam dostać, tym bardziej że nie mam pojęcia jak się tam dostać.
Właściciel
- Słucham co? Haha, ty chyba przypadkiem nie pomyślałeś sobie że zamierzam tam wejść? Nie jestem szaleńcem, nie ma opcji.
- Zaraz zaraz, ty w ogóle wiesz co zamierzam zrobić? Nie wiadomo czy przypadkiem cały ten kamień nie przepadnie razem z tym wymiarem jeśli okaże się że nie da się go naprawić.
Walon popatrzył na orków.
- Możecie powiedzieć mi gdzie ja do cholery jestem?! Co to za miejsce?
Właściciel
- To żyje! - wrzasnął jeden z nich.
- Cholera, co ty robisz w Varancie w takim stanie mora?
- Plotki?! To nie są do psiej kutfy żadne plotki! Sam na własnie oczy widziałem tam to coś! Jestem tylko krasnoludem! Nie zamierzam sam siebie wpakować do grobu.
- Żebym ja to wiedział. Jakieś bydle, człowiek z głową jelenia, przestrzelił mi kolana, ogłuszył, zabrał broń i jakimś cudem zostawił tutaj. Nie ukrywam, że mam zamiar zabić gnoja.
Właściciel
Orkowie spojrzeli po sobie.
- Że co? Wiedziałem że mory lubią popić, ale żeby tyle...
- Ehh no... Opowiadałem ci już kiedyś o tym, mogę jeszcze raz, ale tak na sucho to nie dam rady.
- Czyli rozumiem że mam zrobić to co chcę i ci go oddać? Skąd mam wiedzieć jak zamierzasz go wykorzystać? - zapytał Masil pełen podejrzliwości.
- Nieważne. A w ogóle to co ze mną zrobicie?
Właściciel
Oghren wziął alkohol i usiadł na krześle po czym zaczął powoli pić.
- Niby komu? - zapytał Zaraza. - Kto niby potrafi się tym posługiwać?
- Zupa odpada, rozgotowane mory są niedobre... - zamyślił się.
- Zupa to tylko z elfa. - odparł drugi.
- Więc co z nim zrobimy?
- No nie wiem, skąd ty w ogóle jesteś ludziu?
- Cóż... Nie lubię rozmawiać o tym skąd pochodzę, ani kim byłem, ale skoro chcecie wiedzieć to pochodzę z północy Myrthany. Mieszkałem ostatnio w Anubel.
Właściciel
- Myrthańczyk! - krzyknął jeden z nich wyjmując broń.
- Spokojnie Koshnnok, weźmy go do Poświęconych niech oni się nim zajmą.
- Właściwie niezły pomysł. - powiedział ork biorąc go za nogi i zaczynając taszczyć w stronę z której przyszli.
- Spokojnie Darcus, daj mi się chwilę nacieszyć drinkiem.
- Darcus? - zdziwił się Zaraza. - Na cholerę mu niby ta kula?
- Jakich Poświęconych? Co Wy gadacie?
Właściciel
- Świetnie, najpierw zrobiłem wszystko co mogłem żeby Xardas nie miał tej kuli, a teraz mam ją oddać Darcusowi. Dobra, kula będzie twoja, pod warunkiem że jak już zajmiecie się tym balvornem wyniesiecie ją z naszego świata. Na zawsze.
- Ha! Nie dziwię się że wynieśli się z Myrthany skoro nawet nie wiecie kto to. - powiedział ork który go tarzał po ziemi.
Oghren westchnął powoli.
- No dobra, od czego by tu zacząć... Tak jak mówiłem... - w tym momencie ujrzeć można było tylko szybki świt dobiegający z otwartego okna a następnie Oghren runął na ziemię niczym kamień.
Właściciel
- W takim razie się dowiedz, nie pozwolę żeby ta kula tam została. Widziałem co jest wstanie z nią zrobić Xardas. Nie zamierzam ryzykować. Póki on nie obieca że pozbędzie się go po tym wszystkim ten artefakt nie opuści tego miejsca póki ja żyję.
Krasnolud miał wbitą jakąś strzałką w szyję, żył, ale był nieprzytomny. Osoba która wystrzeliła strzałkę, zakapturzona z maską i skórzaną zbroją zwiała od razu po zajściu. Co ciekawe jeśli ktoś go widział, zorientował się że był to krasnolud.
Właściciel
- Sam znajdź. - pokazał rękami okolicę. - Masz dużo miejsca, coś pewnie znajdziesz.
Krasnolud mimo iż był krasnoludem biegał dość szybko, wybiegł za róg po czym nagle zniknął we mgle która pojawiła się znikąd. Kiedy się rozmyła nie było po nim śladu.
Właściciel
Krasnolud użył czegoś w rodzaju teleportacji, kiedy wbiegł w mgłę po prostu się gdzieś przeniósł. Magia ta była dość znana u zabójców. Między innymi także u Zentry.
- Musimy dostać się do samego środka wymiaru, stamtąd będę mógł spróbować przetransformować siłę kamienia tak żeby naprawiał, nie niszczył. Oczywiście tylko na moment naprawiania.