- Jakoś nie mam jakiejś histori w zanadrzu.
- Nadal nie bardzo wiem kim jesteś.
- Były żołmierz. Ranny i pozostawiony na śmierć przez towarzyszy broni. Łazi teraz po Moskwie i szuka rzeczy przydatnych do przetrwania. I to by było na tyle z mojej histori. Wcześniej to tylko spokojne życie z rodzinką, utrata jej i wstąpienie do wojska. Teraz to już wszystko.
- Ani to kolorowe, ani wesołe.
Burza na zewnątrz się nasiliła.
- A jakie niby miało być?
Zamilkł na chwile.
- Wygląda na to, że jeszcze tu sobie posiedzimy.
- Typowe dla tej pory roku.
Zaczął rozbierać broń.
Sprawdził ekwipunek. Powinny być trzy bronie palne //nie pamiętam jakie//, fiolki i strzykawka, butelka z jakimś kwasem czy czymś podobnym i noże. Powinien mieć na sobie kamizelke kulo odporną.
- Lepiej sprawdzić. Ktoś mógł się przewinąć i coś sobie wziąść.
Znalazłeś przy sobie tylko CZAKa z trzema kulami, kilka fiolek, strzykawkę i nóż motylkowy. Kamizelka była już w strzępach.
- Nie jestem złodziejem.
// * motylkowy lub do filetowania.
- Ja cię nie oskarżam. Chyba długo tam leżałem i mogło się więcej ludu przewinąć.
- W jakichś zaułkach? Raczej nie, pewnie zostawiłeś na stacji.
- Ja nie zostawiam niczego potrzebnego.
- Tak, jasne. Właśnie widać. Co to była za armia, że nawet o Triadzie nie wiedziałeś?
- Gówniana i idealna... Nie dawali pełnych informacji. Jeśli człowiek nie mógł iść sam to go zostawiali. Idealna dla ludzi, którzy żyją z przyzwyczajenia.
- Jakbym był stąd to miałbym rosyjskie nazwisko.
- Przysłały Cię resztki US Army?
- USA? Nie mam nic wspólnego z amrykańcami.
- Można powiedzieć że z Polski.
- Ach, tak, Polska... Kiedyś musiałbym się tam kiedyś wybrać.
Na zewnątrz ucichło
Topol spojrzał na Pip-Boy'a.
- Może i spokojnie ale i niebezpiecznie.
- To ile jeszcze mamy tu czekać?
- Ze dwie godziny, żeby deszcz zmył większość promieniowania. A potem będzie już ciemno i nigdzie się nie wybieram.
- A tak właściwie to jaki dzisiaj dzień?
- Dwudziestego ósmego czerwca.
- Po pewnym czsie w osamotnieniu człowkek nie liczy czasu.
- Nawet i we wspólnotach często tego nie robią.
Wyciągnął się na podłodze i owinął płaszczem.
- Jutro będzie dłuuuugi dzień.
Mruknął coś niewyraźne i zaraz usnął.
Wstał spojrzał czy Topol się obudził.
Nie było go w pomieszczeniu.
Wyjął pistolet i wyszedł.
Topol szamotał się na ziemi z jakimś zombie.
Wycelował w zombiaka i strzelił.
Kula przeszła przez ramię i wyszła między żebrami.
Zaczekał chwile. Patrzył czy nie trzeba strzelić jeszcze raz.
Po krótkiej chwili zombie leżał już obok całkiem rozpruty.
- Jeden mniej.
Podszedł do Topola.
- Pieprzone trupiaki...
Wstał z trudem.
- No to idziemy.
Poszedł powoli w strone metra.
Trzymał się kilka kroków za tobą.