(Ben) -Nic nam nie jest. Spała i nie wiedziała nawet, co się dzieje.
Ben zakasłał.
Wstał i zaczął uciekać.
(Ben) -Chodź, ogień przyciąga sztywnych.
Zrobił krok do tyłu, podciągnął rękaw i zaczął grzebać w swoim Pip-Boy'u. Po chwili spojrzał na ciebie.
- No dobra, niech ci będzie. Co tu robisz?
- To co zwykły człowiek w tych czasach. Próbuje przeżyć.
Za wami jest dużo mutantów i zombie, a wy widzicie radiowóz, zero w nim trupów.
Ben wsadza ją na tylne siedzenia i sam wsiada do niego, na miejsce koło kierowcy.
(Ben) -Ruchy! Ty prowadzisz.
- Dziwne miejsce. Zwłaszcza z takim wyposażeniem. Gdzie dokładnie chcesz iść?
Wyłączył latarkę i zrobił kilka kroków, straciłeś orientację w jego położeniu względem ciebie.
- Dokładniej można? Nie mam czasu ani ochoty na żarty.
Jego głos zabrzmiał z lewej a potem dało się słyszeć stukot ciężkich butów, kiedy znowu gdzieś odszedł.
Odpala silnik i odjeżdża .
(Ben) -Ja wiem co mogło wywołać pożar. Jest pewna wioska tych co przeżyli i kiedy byłem w tej wiosce, osądzili mnie o morderstwo i gwałt pewnego dziecka, chociaż to nie ja to zrobiłem. Chcieli mnie zabić, ale ja im uciekłem i teraz mnie ścigają. Jest jeden sposób, by się od nas odku*wili - musimy ich pozabijać. Wchodzisz w to?
(Ben) -To jedź prosto, teraz w prawo [...]
Prowadzi cię jak do nich dojechać przez jakieś 3 godziny.
W końcu dojeżdżacie na miejsce, jest to miejscowość ogrodzona wielkim, ceglanym murem.
Widać wielkie dębowe drzwi.
(Ben) -Ty zapukaj, ja nie jestem tu mile widziany. Jak będą pytać o hasło, powiedz: "Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego".
//Dumasowi się łezka w oku zakręciła :v
- Ale ja mam, możesz iść ze mną.
Zapalił na powrót latarkę, kucnął kilkanaście centymetrów na prawo od ciebie. Broń ściągnął z paska i trzymał w rękach.
- Na stację Kitaj-Gorod wschód. Możliwe, że będzie trochę strzelania.
Poprawiając połę płaszcza dało się zauważyć, że na kawałku blachy, na wysokości serca, widniało "Д4". W kaburze po prawej tkwił jakiś duży pistolet.
Nagle odezwał się jakiś facet zza muru.
- Hasło!
- Tam mnie jeszcze nie było.
- No to ruchy bo nie mam całego dnia.
Od razu narzucił ostre tempo prąc pustymi tunelami.
Zgarnia torbe/plecak/czy co on tam miał i idzie za nim.
Po dwóch godzinach forsownego marszu zatrzymał się w pół kroku, uniósł rękę z zaciśniętą pięścią i wyłączył latarkę.
-Jeden za wszystkich,wszyscy za jednego.
(Obcy mężczyzna) -Wchodzisz.
Wielkie, dębowe drzwi się otwierają.
Ben szybko zastrzelił go i jakiegoś drugiego mężczyznę pistoletem z tłumikiem.
Schyla się po karabiny tych gości i daje ci jeden.
(Ben) -Teraz cicho, nie chcemy mieć jakiś mieszkańców na głowie.
W mroku nic nie mogłeś zauważyć, po chwili poczułeś, jak facet ciągnie cię za rękaw żebyś kucnął. Zaczął szeptać.
- Przed nami ze trzy, może cztery umarlaki. Przez to echo nie jestem w stanie rozróżnić kroków. Obyś miął nóż bo jesteśmy przed Krasnopierznieńską a na Barikadnej jest kilku typków spod ciemnej gwiazdy, lepiej żeby nie usłyszeli strzałów.
Kucnął. Wyjął dwa noże.
- Mam.
- No i dobrze. Teraz rzucę błyskowym, odwróć się plecami. Zaraz po wybuchu biegnij tak szybko jak się da i je załatw.
Wyjął z kieszeni granat.
Po chwili uderzył cię oślepiający blask, nawet mimo tego, że się odwróciłeś. Potem tupot ciężkich butów i ryki zombie.
Odwrócił się ponownie. Szukał wzrokiem zombiaków.
W świetle ponownie włączonej latarki widzisz dwa na prawo od siebie, z pozostałą dwójką walczy starszy facet.
Podchodzi do tych po lewo.
- Zajmij się tamtymi!
Facet kopniakiem odpycha jednego zombie i drugiemu wbija nóż w gardło po samą rękojeść.
Podbieg do nich.
// tak drugi raz.
Wbił nóż do filetowania w jednego.
Trafiłeś w sam środek klatki piersiowej, upada na ziemię w konwulsjach. Drugi już biegł w twoją stronę.
// ja zawsze coś odwale.
Wyjmuje nóż z tamtego.
W momencie wyjmowania ostrza zombie zbliżył się już na wyciągnięcie ramion.
Atakuje tym nożem, którym może.
Tylko rozciąłeś mu ramię, nóż się zaklinował.
Wyjmuje jakie kolwiek narzędzie z torby.
Wziął karabin i się skrył.
-Ja nie umiem strzelać.
(Ben) -To weź swoją maczetę...
Ben zabrał mu karabin, obudził Arinę i dał jej karabin.
-Dobra
wziął swoją maczetę.
(Arina) -Co się stało?
(Ben) -Opowiem ci później, na razie trzymaj ten karabin i jakby ktoś szedł - strzelaj.
Ben poszedł do miasta.
//przyjmijmy że młotek.
Uderza młotkiem zombiaka w głowe