Wrzucam któryś tam rozdział ze środka bo na początku flaki z olejem i w ogóle. Chodzi o to że taką planetę głównego bohatera niszczy Vegeta jedna z najważniejszych postaci. Zabił on dziewczynę tego bohatera i on się wkurzył.
Blask w jej oczach zniknął. To koniec. Wszyscy których kochałem. Nie żyją. Ogarneło mnie dziwne uczucie. Gniew, jednak kilkaset razy silniejszy. Nawet o tym nie wiedziałem, ale moje ciało spowiła najpierw biała, następnie płonąca, w końcu złota aura. Moje włosy przybrały złoto-czerwony kolor, aż utraciły czerwień i były tylko złote. Poczułem się jak po 20 BlackHawkach*, nie... jak po 20 zgrzewkach.
-Co!?! Niemożliwe, najpierw Kakarotto, potem ten dzieciak a teraz ty! Czy wszyscy mogą być Super Saiyanami tylko nie ja!?- Wykrzyczał. W trakcie jego ,,mowy” platforma cała się trzęsła. Nie bardzo rozumiałem jego słowa: jakiś karot? Super sejan? O co wogóle chodzi. Przyskoczyłem do najeźdcy, zdziwiłem się z mojej szybkości. Zebrałem energię w mojej silniejszej ręce. Wziąłem wielki zamach... i nie trafiłem, kosmita zrobił unik. Zamach był taki duży, że zachwiałem się i upadłem. Zaśmiał się z mojego upadku. Wkurzyłem się jeszcze bardziej, podskoczyłem na pięć metrów nad ziemię... i już tak zostałem. Latałem, naprawdę latałem. On też podleciał, wymienialiśmy się ciosami. Zaatakowałem z prawej, zrobił unik, przeszedł do ataku pięknym technicznie kopnięciem. Mój mistrz Ma Zhu* byłby w raju, choć pewnie kosmita zadbał o to żeby każdy trafił do raju. To dziwne, Najeźdca zniszczy (lub już to zrobił) całe życie na planecie, a ja sobie śmieszkuje. Prawy sierp; unik; kopnięcie; blok; sierp; prosty; blok podbródkowy i tak przez kilka minut. W końcu trafiłem go prosto w nos. Niczym kula armatnia uderzył w ziemię, przebił się przez kilka warstw platformy, uszkadzając ją. Miasto zaczeło spadać. Tak się ucieszyłem, że straciłem kontrolę nad lotem. Pikowałem w kierunku ziemi, starałem się zatrzymać. Latanie nie jest takie trudne, prawda? Dasz rade Gokken, dalej, przecież umie...JEB.
-Ku*wa, nie umiem.- Krzyknąłem z dziury. Gdy wyszedłem z dziury zacząłem chichotać. Ta sytuacja rozśmieszyła mnie tak bardzo, że śmiałem się jak szaleniec. Jestem ostatnim ze swojej rasy, to jasne że oszalałem. Dwie pięści w moim karku, przerwały atak wesołości. Powstałem, On dumny z założonymi rękami, tylko dziesięć metrów ode mnie. Jego nos przygominał mięso mielone, oberwał dosyć mocno. Chciałem zagadać, wiadomo trzeba poznawać nowych ludzi hihi. O Kaioshini, muszę się leczyć.
-Kim jesteś!- Krzyknąłem. -Co robisz na planecie Terra [Nie wiem jak odmienić Terze? Terzrze?]?! Dlaczego zabiłeś wszystkich!
-Słyszę cię dobrze, nie krzycz robaku.- Odrzekł cicho, ja też go słyszałem. –Chcesz odsunąć moment śmierci? Dobrze mam dużo czasu. Jestem Vegeta, Książe Wszystkich Saiyan! Po twoim wyglądzie sugeruję żebyś też tak do mnie mówił!
-Czemu? Jakim wyglądzie?
-Jesteś Super Saiyanem głupcze! Przybyłem na tą planetę by się nim stać i spotkałem ciebie.
-Super czym? Nie rozumiem...
-Koniec rozmów! Broń się!!!- Krzyknął i zatakował, przyjąłem kilka ciosów. Jednak znalazłem lukę w jego obronie i wykorzystałem to. Po potężnej serii ciosów (Ziemia się trzęsła! Czułem jak zębra pękają pod moimi pięściami. To było coś!) zebrałem energię w prawej ręcę, wykonałem pełny obrót i kopnięciem wybiłem Vegecie 4 zęby i żuchwę z zawiasów. Przeleciał pięćdziesiąt metrów i toczył się jeszcze dziesięć po ziemi. Byłem pewien że to koniec. Uspokoiłem się, moje włosy nabrały białego koloru.
-Tak się kończy zadzieranie z Gokkenem, pogromcą kosmitów! Je**ć Technokratów, zmiażdzyłbym wszystkich jedną ręką!- Wypełniła mnie ekstaza, najeźdca z kosmosu niszczy całe życie na planecie a ja zabijam go prawie bez uszczerbku na zdrowiu. Jedna myśl sprowadziła mnie na ziemie...-Wszyscy nie żyją, a ja nie wiem gdzie jest statek kosmity. Pięknie...- Myślałem naprawdę intensywnie. Wiem! Podszedłem do Księcia. Chciałem poszukać jakiegoś pilota czy czegoś do przywołania statku. Jego aura mnie odrzuciła. Cholera! Nie dobiłem go!
-Ty... ty. Zapłacisz mi za to! Ja elita elit, pokonany przez jakiegoś gówniarza! Jestem... jestem... KSIĘCIEM WSZYSTKICH SAIYAN!!!.- Jego włosy przybrały kolor złota, następnie aura
-Jestem... hmm... wiem SUPER VEGETA!!! - Zebrałem resztki męstwa i powiedziałem:
-Ja pie**olę.
Nie trzeba było długo czekać. Dwadzieścia pięć ciosów w korpu, pietnaście w twarz. Na chwilę przestał mnie katować. Gdy odzyskałem przytomność, spojrzał mi głeboko w oczy, chwycił mnie za rękę [zero yaoi obiecuje] i zamaszystym ruchem wyrwał ją z mojega ramienia. Na drugim końcu galaktyki usłyszano dziwne wycie. Gdy kosmicie skończyło krwawić z uszu, wzniosł się w powietrze złożył przed sobą ręce. Wysłał w moją stronę kulę energii. Zamknąłem oczy... coś za długo, rozglądam się. Dziura obok mnie, zobaczyłem swoją rękę, zdążyłem zwrócić śniadanie... z drugiej klasy.
-Masz minutę na rozmyślanie, po tym czasie planeta wybuchnie. Żegnaj.- Kliknął guzik na swoim pasie. Podleciała duża kapsuła.
-Vegeta!- Zatrzymał się w wejściu.- Jest...em Gokken!
-Nie obchodzi mnie jak się nazy...
-Znaj...dę cię! Przeżyje... i cię za..bije... Nawet na ... drugim koń...cu wszech...świa...ta.- Nie miałem siły utrzymywać przytomności. Najeźdca prychnął jeszcze i odleciał.
Umierałem. Czułem na przemian zimno i ciepło. Rana na moim boku piekła niemiłosiernie. Języki ognia wystrzeliwujące co chwilę w niebo nie były codziennością, w końcu planeta miała wybuchnąć. W miarę jak śmiertelny chłód i upał dogorywającej planety, się mieszały, przypominałem sobie swoje całe życie... Zamknąłem oczy. Nagle skończyłem czuć wahania temperatur. Zobaczyłem lekko fioletową skórę i włosy... nieskazitelnie białe takie jak moje. Straciłem przytomność, już na stałe.