Wojny i kataklizmy

Avatar Mijak
Właściciel
Czymże byłaby historia świata bez wielkich wojen, kataklizmów, upadku cywilizacji i nagłej śmierci milionów?
Jak przebiegały największe z tych wydarzeń w waszych światach i czym były spowodowane?

Avatar
Konto usunięte
Na jednej z planet w moim układzie planetarnym był glob, gdzie wydarzyła się POTĘŻNA wojna. Były trzy główne rasy Kolosów - Bogowie (samozwańczy, wszyscy byli mniej lub bardziej uzdolnieni magicznie), Olbrzymi (było ich więcej i skupiali się głównie na orężu i walce w zwarciu) oraz Demony, zamieszkujące jakieś podniebne wyspy w ogóle kto by się nimi ku*wa przejmował tak.

Przez pewien czas na planecie były dwa kontynenty. Jeden zamieszkany przez Bogów, a drugi przez Olbrzymów. Były jeszcze jakieś podniebne wyspy demonów ale kto by się nimi ku*wa przejmował tak. Na obu kontynentach znane były przepowiednie, że kiedyś Morze Iskier przestanie być przeszkodą, a dwa światy złączą się w jeden je**ny megakontynent. Było też coś tam o tym, że wcale nie będzie tak cool, bo zamiast godziny poznania będzie godzina pożegnania. Złożyło się tak, że na moment zbliżenia się kontynentów na obu odbyły się POTĘŻNE katastrofy, plagi, śmierci królów, upadki miast, rebelie. Oczywiście kapłani zrobili swoje, przerobili trochę przepowiednię i dwa ludy rzuciły się na siebie kilka dni po złączeniu kontynentów.

Obraz przedstawiający olbrzyma


Obraz przedstawiający boga


Obrazka demonów nie wstawię, bo w ogóle kto by się nimi ku*wa przejmował tak.

Wojna była przezajebiście brutalna, krwawa i tak dalej. Plagi i ogrom bitew zrobiły swoje. Kolosy w ogóle nie zwracały uwagi na mniejsze rasy i często jakieś ludzkie miasto zamieniało się w jedno wielkie pole bitwy.

Może kiedyś opiszę przebieg wojny, bo trwała ona wiele lat, całą epokę.

W każdym razie, zakończyło ją pojawienie się demonów. Do tej pory każdy miał ich w dupie, no bo kto... a ku*wa jednak nie. Zleciały sobie ze swoich wysp i okazało się, że w czasie gdy Bogowie i Olbrzymy się napi**dalali, to oni stali się najlepszymi wojownikami na planecie, w dodatku z o wiele lepszą technologią wykorzystującą maszyny parowe, co w porównaniu do kamiennych i drewnianych mieczy przechowywanych w chatkach gówna stawiało ich na pozycji cywilizacji z innego świata. Podbili oni megakontynent, zgładzili prawie wszystkich Bogów i Olbrzymów i dali mniejszym rasom cud technologii. Nastała era odbudowy cywilizacji i zdobywania wiedzy pod czujnym okiem Demonów, które okazały się jednymi normalnymi Kolosami.

No ale kto by się nimi ku*wa przejmował tak.

Obraz przedstawiający demona

Avatar Mijak
Właściciel
W Mizorugii wszystkie największe kataklizmy były bezpośrednio wywołane przez największe wojny. Są one także wyznacznikiem granic pomiędzy poszczególnymi erami w historii tego świata.
Takie wojny były cztery i opiszę ich historię w osobnych postach. Których chyba wyjdzie więcej niż cztery.

Pierwszą i chyba największą z nich została zapamiętana jako wojna bogów przeciwko tytanom, lecz tak naprawdę przeciwnikami bogów były cztery największe cywilizacje pierwszej ery. Były one definiowane przez rządzące nimi grupy – Elfy, Arcymagowie, Nekromanci i Kosmici.

Elfy wywodzą się z królestwa Verów. Przekształcali oni swoje ciała i umysły, dostosowując je do potrzeb różnych grup społecznych. Potrzeba zmian była czysto praktyczna, ale Verowie byli społeczeństwem mocno uduchowionym i to ta sfera duchowa była głównym czynnikiem zarówno napędzającym, jak i ograniczającym zmiany. Były one dość subtelne, ale jednocześnie niezwykle głębokie.
Najbogatsze elity społeczne przekształciły się w elfy. Zyskali oni zdolność kontrolowania swoich ruchów, myśli i postrzegania w sposób niedostępny ludziom. Stali się też znacznie bardziej długowieczni – pierwsze, bardzo delikatne oznaki fizycznego starzenia pojawiają się u nich średnio po czterystu latach, a dopiero w wieku dwa razy większym zaczynają gwałtownie przyspieszać, prowadząc do śmierci. Rzadko który elf dożywa starości, a nawet wtedy trwa ona krótko, więc stary elf to niezwykle rzadki widok.
Ceną tych zmian są nieco słabsze i delikatniejsze ciała, znaczne spowolnienie cyklów płodności oraz zanik wielu naturalnych dla ludzi odruchów i mechanizmów myślowych, co znacznie spowalnia naukę czegokolwiek. To ostatnie sprawia, że elfy przez pierwsze stulecie swojego życia są strasznie nieporadni i wymagający dużej opieki – za to gdy już się czegoś nauczą, mogą to opanować do perfekcji.
Krasnoludy są stworzone do pracy – ich niskie, krępe ciała pozwalają uzyskać maksymalną siłę minimalnym kosztem energii i, no... Budulca. Także ich umysły są niezwykle praktyczne i choć krasnoludy odczuwają emocje – czasem bardzo mocno – zazwyczaj nie są to emocje jakoś specjalnie złożone. Skutkiem ubocznym tego sposobu myślenia jest całkowita niezdolność do nauczenia się jakiejkolwiek formy magii z wyjątkiem magii runicznej, która działa na zasadzie stuprocentowo dosłownego i jednoznacznego programowania rzeczywistości. Krasnoludy także są długowieczne, ale nie aż tak jak elfy – dożywają maksymalnie 400 lat.
Orkowie to rasa wojowników. Mają nieco ponad dwa metry wzrostu i zazwyczaj ważą ponad 200 kilogramów. Są agresywni, nieustraszeni i kochają walczyć, ale nie są bezmyślnymi osiłkami. W czasach jedności królestwa Verów byli oni najlepiej wyszkoloną i najbardziej zdyscyplinowaną armią na świecie, a także niezwykle wydajną i świetnie dowodzoną. W przeciwieństwie do innych ras wywodzących się z Verów, orkowie żyją krócej od ludzi – dziesięcioletni ork jest już dorosły, 30 lat to granica starości, a rzadko który dożywa powyżej 50.
Najmocniej przekształconymi obywatelami królestwa Verów były trolle. Te niezwykle silne i wytrzymałe monstra z łatwością przekraczają trzy metry wzrostu, są porośnięte grubą i twardą skórą i posiadają niezwykłe zdolności regeneracyjne. Były one wykorzystywane do pracy w warunkach, których nie wytrzymałby nikt inny. Dobrze też sprawdzały się w roli wojowników, ale wykarmienie trolla i wyszkolenie go do walki jest znacznie trudniejsze, niż w przypadku orka. Większość z nich jest tępa, niezdarna, a także dość tchórzliwa – trollami najczęściej zostawali ci z Verów, którzy nie chcieli się bać, że ktokolwiek będzie w stanie ich skrzywdzić i byli w stanie sporo w tym celu poświęcić. Skóra i oczy trolli są niezwykle odporne na wiele czynników, ale źle znoszą jaskrawe światło. Dożywają 200 lat.
Kobiety krasnoludów, orków i trolli bynajmniej nie wyglądają jak mężczyźni, ale i tak mało kto spoza ich rasy uznałby je za atrakcyjne. Wśród tych ras kobiety rodzą się dwa-trzy razy rzadziej od mężczyzn.

Choć Verowie sporo zyskali na przekształceniu się w inne rasy, a elficcy magowie mogą podczas swojego długiego życia osiągnąć mistrzostwo w wielu trudnych szkołach magii, niektóre jej formy pozostają dostępne wyłącznie dla ludzi. Ich opanowanie wiąże się ze sporym ryzykiem i udaje się tylko nielicznym, ale pozwala wpływać na rzeczywistość w niesamowity, trudny do zrozumienia i dający ogromne możliwości sposób. Zjednoczone siły takich arcymagów mogą bez trudu podporządkować sobie znaczną część świata i stanowią siłę, z którą nawet największe imperia i sami bogowie muszą się liczyć.

Przez niemal całą historię świata ożywianie ciał zmarłych i zmuszanie ich do służby było postrzegane jako wyjątkowo niebezpieczna i jednoznacznie zła forma magii – i nie bez powodu. Jednak jedna z kultur istniejących w pierwszej erze rozwinęła się w sposób pozwalający całkowicie zniwelować negatywne skutki nekromancji i opanować tę sztukę do perfekcji.
To wyczyn, którego nie udało się powtórzyć nikomu spośród żyjących w późniejszych erach magów – a wielu próbowało. Kluczem do sukcesu jest dobrowolna współpraca całego narodu. Coś, do czego można ludzi wychować, ale absolutnie nie wolno ich zmuszać. Tylko ktoś, kto prawdziwie wierzy, że jego ciało powinno zostać po śmierci wykorzystane na korzyść żywych może stać się ożywieńcem, który nie wysysa energii życiowej z otoczenia i nie sprowadza szaleństwa czarnej magii na swojego stwórcę.
Zdecydowaną większość nieumarłych stanowią istoty pozbawione świadomości, puste skorupy zdolne wykonywać tylko dość proste czynności. Tacy ożywieńcy nie potrafią mówić ani władać magią. Pełnią rolę sługów i strażników królestwa, czyniąc życie jego mieszkańców znacznie łatwiejszym, bezpieczniejszym i przyjemniejszym.
Nekromanci opanowali jednak także skomplikowaną sztukę przenoszenia ludzkich dusz do magicznych kryształów, które stają się wtedy kamieniami duszy. Takie kamienie pozwalają tworzyć znacznie potężniejszych i samoświadomych ożywieńców, pozwalając najwybitniejszym członkom tej społeczności na nieśmiertelność... Przynajmniej teoretycznie.
Starożytni nekromanci zdawali sobie sprawę z koszmarnego niebezpieczeństwa płynącego z używania kamieni duszy, ale gdy ich cywilizacja upadła, ta wiedza zaginęła bezpowrotnie...

Kosmici zostali tak nazwani przez ludzi żyjących w późniejszych erach, którzy znaleźli pozostałości ich cywilizacji. Nazwa ta była wynikiem błędnej interpretacji znalezisk. Wcale nie przybyli z kosmosu. Zresztą w moim świecie byłoby to niemożliwe...
Ale po kolei.
Rozwój technologiczny w Mizorugii przebiegał w dziwnym rytmie – zupełnie innym niż na Ziemi. Rozwija się ona normalnie – do poziomu prostej broni palnej i silników parowych. Ale gdy już dotrze się do tego poziomu, bardziej zaawansowane urządzenia można wytworzyć zaskakująco łatwo. A jednocześnie zaskakująco ciężko jest je skopiować. Wynalazcy mogą dokładnie opisywać krok po kroku swoje postępowanie, ale gdy ktoś próbuje postępować według tych instrukcji – taki sprzęt najprawdopodobniej nie będzie działał. Bardzo długo nikt nie wiedział, dlaczego tak się dzieje. A nawet ci, którzy są na tropie do wyjaśnienia tego fenomenu, raczej nie mają szans i nawet nie próbują tego zmienić.
Aż niektórzy z arcymagów, coraz bardziej zgłębiających magiczną naturę rzeczywistości, natrafili na trop, który okazał się prawidłowy.
Wynalazcy byli swego rodzaju magami, a wszelkie techniczne błędy, jakie popełniali przy tworzeniu swoich urządzeń, łatał ich naturalny magiczny talent, z którego nawet nie zdawali sobie sprawy. Dokładne działanie magii, zwłaszcza takiej nieuświadomionej, jest sprawą bardzo indywidualną – dlatego to, co działało w wykonaniu jednej osoby, nie daje się skopiować przez kogoś innego i niemożliwa jest masowa produkcja.
Jednak nawet gdy wynalazcy się o tym dowiedzieli, nie byli w stanie powstrzymać tego odruchowego wspierania się magią. Prawdziwy i trwały rozwój technologiczny był więc praktycznie niemożliwy, a zaawansowana technologia pozostała rzadkością wytwarzaną przez geniuszy tylko dla najbogatszych.
Do czasu, aż znalazła się grupa zdolna poświęcić naprawdę wiele, by to zmienić. Z pomocą tych spośród Verów, którym nie podobały się narzucane przez ich kulturę ograniczenia, przekształcili się oni w istoty kruche, słabe i całkowicie pozbawione naturalnego dla ludzi talentu magicznego, za to niezwykle inteligentne. Brak magii powodował wiele nieznanych wcześniej w tym świecie problemów, ale ostatecznie przyczynił się do rozwoju ich cywilizacji w stopniu nie mniejszym, niż ich niezwykła inteligencja.
Takich kosmitów-wynalazców było jednak niewielu – ich populacja utrzymywała się poniżej tysiąca. Większość populacji nowo powstałego kraju tworzyły gobliny – małe, by mogło żyć ich więcej przy mniejszym zużyciu zasobów, z talentem do wynalazków niewiele ustępującym samym kosmitom, a przy tym niepozbawione zdolności magicznych, by mogły w pełni korzystać z dobrodziejstw postępu, nie tracąc nic w zamian. Ciekawą cechą goblinów jest mocno zmieniony zmysł estetyki, dzięki czemu mimo paskudnego z punktu widzenia innych humanoidów wyglądu, bardzo się podobają sobie nawzajem.
Innymi mieszkańcami imperium kosmitów były różne twory, na których stworzenie Verowie nie pozwoliliby u siebie – jak ogry, często dwu- lub trzygłowe, albo chimery powstałe z połączenia fragmentów ciał ludzi i zwierząt. Żyli wśród nich też ludzie i przedstawiciele innych ras, zwabieni wygodą i możliwościami wysoko rozwiniętych metropolii, a także respektem wobec rosnącej z roku na rok potęgi militarnej.

Uff, tyle czasu i miejsca zajął sam opis jednej ze stron konfliktu.

CDN

Avatar Mijak
Właściciel
Naród kosmitów w ciągu kilkuset lat przerodził się z grupki dziwaków w największe imperium na świecie.
Był to bardzo burzliwy okres w dziejach świata, a inne narody często zmieniały swoje nastawienie do nich, raz traktując ich jako zagrożenie, innym razem jako cennych sojuszników i partnerów handlowych. Wewnątrz czterech największych narodów tworzyły się różne stronnictwa ideologiczne, dochodziło do wojen domowych i niedomowych, opisuję tu skrótowo tylko główny nurt historii.

Popularyzacja nowoczesnych technologii wymagała ogromnej ilości surowców, ogromne kopalnie i fabryki okropnie niszczyły środowisko naturalne, a mimo wysokiego stopnia automatyzacji, wiele osób było zmuszanych do pracy w koszmarnych warunkach, by obywatele rozrastającego się imperium mogli się cieszyć wygodnym, bezpiecznym i obfitującym w rozrywkę życiem.
W szczytowym stadium rozwoju imperium, wszystkie inne narody były do niego nastawione wrogo lub co najmniej niechętnie.

W opozycji do kosmitów popularność zyskiwały religie oddające cześć trzem prawdziwym bogom.
Sami bogowie funkcjonują na zupełnie innych płaszczyznach niż śmiertelnicy, myślący zupełnie innymi kategoriami. Moralność i emocje nie są częścią ich natury, a raczej tego, w jaki sposób ludzie ich postrzegają. Dla boga z odpowiednio dużą liczbą wyznawców nie ma więc nic trudnego w ukazywaniu się jednocześnie na przeciwległych krańcach świata pod zupełnie różnymi postaciami, przekazując różnym grupom wiernych różne, często wzajemnie sprzeczne nauki.
Postępująca globalizacja i wspólny wróg – te czynniki doprowadziły do coraz większego jednoczenia się ruchów religijnych. Wiara zdesperowanych wyznawców ukształtowała postacie bogów w srogich przywódców, ale mieli oni także inne powody niechęci do goblinów, powody pochodzące z najgłębszej i niezmiennej części ich boskiej natury.

Imperium niszczyło planetę, duchowe siły natury, będąc brutalnie gw**cone, pogrążyły się w agonii i furii.
Jego mieszkańcy w pełni zdawali sobie sprawę, że w końcu doprowadzą do całkowitej zagłady, ale byli zbyt uzależnieni od technologii, by się tym przejmować.
Nie był to jednak czysty hedonizm. To podejście miało oparcie w nowych hipotezach naukowych, na których opierała się cała filozofia, a także sztuka tego narodu.
Głównym motywem był podbój kosmosu. Wszyscy fantazjowali o przyszłości, w której statki kosmiczne umożliwiają kolonizację odległych światów, umożliwiając ludzkości przetrwanie bez potrzeby dbania o ojczystą planetę.
Choć były to tylko fantazje, wielu ludzi żyjących w późniejszych erach błędnie uznało znalezione pozostałości za kroniki opowiadające część prawdziwej historii. Nazwano ich kosmitami i wierzono że przybyli statkami kosmicznymi z innych światów, choć tak naprawdę pochodzili z Mizorugii i dopiero zamierzali tam wyruszyć.

Takie podejście oczywiście przysporzyło temu krajowi wielu wrogów. Tym więcej, że sama hipoteza o istnieniu zdatnych do zamieszkania planet w kosmosie, a nawet o samym rozmiarze kosmosu, nie była dobrze udowodniona obserwacjami i opierała się na dość mglistych przesłankach – było to raczej myślenie życzeniowe oparte na mglistych przesłankach, coś co naukowcy dopiero chcieli udowodnić.

Bogowie i wszyscy ich wyznawcy zdecydowanie sprzeciwiali się wszelkim próbom udowodnienia tej hipotezy, w ich oczach było to gorszą zbrodnią od niszczenia środowiska czy okrutnego traktowania podbitych ludów. Agresywne, antypostępowe i fanatyczne nastawienie religijnych ludów, sabotaż, zamachy i otwarte wojny – bogowie mówili, że mają dobre powody, by tak traktować tę sprawę, że robią to dla dobra ludzi, ale nie mogą zdradzić szczegółów.
A to budziło podejrzliwość nie tylko wśród samych kosmitów, ale także wśród innych narodów. Wyobrażenie wszechświata było więc oparte raczej na heretyckich teoriach spiskowych, niż na prawdziwych obserwacjach i badaniach. Uznano, że bogowie mają coś do ukrycia, że boją się ukazać ludziom prawdę, bo chcą zachować władzę i ich wyzyskiwać. W końcu nawet niechętne kosmitom narody musiały opowiedzieć się po ich stronie w tym konflikcie – trzeba przeprowadzić dokładniejsze obserwacje kosmosu i dopiero znając wyniki będzie można zastanowić się co dalej. Na początek postanowiono stworzyć obserwatorium na księżycu i porównać wyniki tamtejszych obserwacji z tymi prowadzonymi z powierzchni planety, żeby móc jednoznacznie określić, czy gwiazdy są małe i bliskie, jak zakładali przeciwnicy planów podboju kosmosu, czy ogromne i odległe, jak twierdzili zwolennicy.

Populacja Mizorugii liczyła wtedy około 100 milionów osób różnych ras żyjących na dwóch kontynentach o łącznej powierzchni około 5 milionów kilometrów kwadratowych.
Jeden z kontynentów był zamieszkiwany głównie przez przez teokratów, na drugim znajdowało się większość terenów pozostałych wielkich narodów.
Gdy plany budowy obserwatorium na księżycu wyszły na jaw, rozpoczęła się wojna totalna. Bogowie przekonali swoich wiernych, że powstrzymanie tego jest najważniejszą rzeczą w historii Mizorugii, że jest warte absolutnie każdego poświęcenia, że pozwolenie kosmitom na działanie doprowadziłoby do katastrofy gorszej, niż można sobie wyobrazić. Gorszej nawet, niż kompletna ekologiczna zagłada planety.
No i może się to wydawać dziwne, ale bogowie mieli rację. A także bardzo dobre powody, żeby nikomu nie zdradzać, jakie dokładnie zagrożenie wiąże się z próbą podboju kosmosu.
A także z magicznymi siłami, z jakimi igrał naród Arcymagów.

Dodatkowym skutkiem ubocznym tych nałożonych przez Stwórcę ograniczeń jest to, że cała Mizorugia stała się miejscem nieco bardziej nierzeczywistym, a przez to też niestabilnym. Gdyby ktoś poznał boskie sekrety, groziłoby to czymś znacznie groźniejszym od przemiany rzeczywistości w bardziej prawdopodobną i okrutną wersję. Groziłoby jej całkowitym załamaniem i zniknięciem.


Była to najbardziej niszczycielska wojna w historii Mizorugii, nikt nigdy wcześniej ani nigdy później nie osiągnął poziomu mocy porównywalnego do ówczesnych cywilizacji. Sami bogowie też właśnie wtedy byli u szczytu swojej potęgi, by nigdy już na ten szczyt nie powrócić.
Zaczęło się niewinnie... Jeśli można tak nazwać stworzenie przez imperium kilkudziesięciu bojowych robotów ważących po kilkaset ton i tysięcy innych wyspecjalizowanych machin. Miały one za zadanie chronić wszystko, co wiązało się z projektem wysłania misji na księżyc.
Ale nikt nie spodziewał się, jak zdeterminowani będą bogowie i ich wyznawcy. Byli gotowi poświęcić miliony żyć, wymordowywać cywilów, sprowadzać zagładę na całe miasta – byle tylko zmusić kosmitów do zaprzestania planu.
I bardzo wiele osób chciało się poddać. Ale na władcach czterech narodów te ataki wywarły skutek odwrotny od zamierzonego – przekonały ich, że mimo różnych marzeń dotyczących przyszłości świata, bogowie to podłe kreatury stojące na przeszkodzie do każdego z nich.
Nikt nie znał prawdziwego potencjału boskiej mocy, ale taka agresja świadczyła o skrajnej desperacji. Uznano, że bogowie boją się porażki. A to oznacza, że da się ich pokonać. I że zbudowanie wolnej od nich przyszłości jest warte każdego ryzyka w teraźniejszości.

Atuty czterech wielkich narodów wymieniłem w poprzednim poście, z kolei atutami wyróżniającymi boskie oddziały były:
Dla boga kosmosu – dostęp do niewyczerpującej się magicznej mocy oraz praktycznie niezniszczalnego metalu, a także zsyłanie na wrogów składających się z niego meteorów.
Dla bogini człowieczeństwa – zdolność ograniczenia naturalnej magicznej bariery ochronnej ludzkiego organizmu, co pozwala skutecznie używać broni chemicznej i biologicznej na masową skalę.
Dla boga czasu – zdolność przewidywania przyszłości, podróży w czasie i zmieniania przeszłości – co prawda w stopniu mocno ograniczonym, ale i tak dającym olbrzymią przewagę. Wspólnie z bogiem kosmosu stworzył też w czasie wojny trwały portal łączący oba kontynenty.
Wojna w ciągu zaledwie kilku lat zdziesiątkowała populację całego świata.
W końcowym stadium Arcymagowie dzięki pomocy Nekromantów przerodzili się w najpotężniejszą istotę w historii Mizorugii – stworzyli wielkiego golema wykonanego w całości z najwyższej jakości kamieni dusz i przenieśli swoje dusze wewnątrz nich. Dzięki temu nie tylko zniwelowali groźbę śmierci pojedynczych Arcymagów, ale też znacznie zwiększyli zdolność łączenia swoich zaklęć.
Kryształowy Strażnik stworzył ostrze, które jest w stanie przeciąć dosłownie wszystko i z pomocą jego i innych ciekawych sztuczek bez trudu odpierał meteory i wszystkie inne ataki boskiej armii.

Bogowie długo myśleli nad atakiem, który mógłby być skuteczny w walce z takim wrogiem.

I postanowili zrzucić na planetę księżyc.

Kryształowy Strażnik szukał różnych możliwości obrony przed tym atakiem.

Wypróbował wiele.

Ale szczegóły ataku były dobrze przygotowane.

A czas uciekał.

Strażnik znalazł tylko jeden sposób, który dawał jakiekolwiek szanse przetrwania i był wykonalny na tym poziomie mocy.

Wpompował w swoje ostrze taką ilość energii, że rozrosło się do niewyobrażalnych rozmiarów.

I odciął z planety całkiem spory fragment, zawierający kontynent zamieszkiwany przez teokratów.

I wyrzucił ten fragment w stronę nadlatującego księżyca.

Uwolniona z wnętrza planety energia przetoczyła się po powierzchni, pustosząc ją w sposób uniemożliwiający przetrwanie nie tylko cywilizacji, ale w ogóle jakiegokolwiek życia.
Chmury duszących gazów na wiele dekad spowiły niebo.
Oceany niemal całkowicie wyparowały.
Lądy pękały, tańczyły i wędrowały, gdy planeta stopniowo wracała do kulistego kształtu.

A jednak życie przetrwało. I to nie tylko w głównej części planety (zwanej od teraz Mizugeą), ale także na kontynencie, który zderzył się z księżycem (tworząc Fenroę).
Jak to możliwe?
Cóż, magia. Wyjaśnienie często nadużywane w fantastyce, ale w tej sytuacji jak najbardziej na miejscu.
Jeśli istnieją istoty dysponujące magiczną mocą pozwalającą miotać ciałami niebieskimi i przecinać planety, to istnieją też istoty dysponujące wystarczającą mocą, by móc ochronić choć niewielkie obszary przed skutkami takich akcji – przynajmniej na tyle, by umożliwić na tych obszarach życie.
A z tych niewielkich oaz życia będzie mogło się ono ponownie rozprzestrzenić po świecie, gdy klimat się trochę uspokoi.
Życie poza strefami ochronnymi stało się możliwe po kilkudziesięciu latach. Na Ziemi trwałoby to o wiele dłużej, ale Mizorugia była jednak dużo mniejszą planetą, a proces uzdatniania do życia był wspierany przez cały szereg nadprzyrodzonych czynników, dla których było to oczywistym priorytetem.
Klimat mocnego postapo utrzymywał się jednak jeszcze przez wiele wieków. Cywilizacje upadły, wiele ras wyginęło, pamięć o wydarzeniach sprzed wojny została w znacznym stopniu utracona, a to co zostało uległo zniekształceniu.

Kryształowy Strażnik przetrwał. Podobnie jak bogowie. A także portal łączący oba kontynenty, mimo że odległość między nimi zwiększyła się astronomicznie.
Ostrze, które przecięło świat, nie wytrzymało tego wyczynu - rozbiło się na kilkanaście części, wciąż pełnych starożytnej mocy...
Ale to już temat na inną opowieść.

Avatar Mijak
Właściciel
Od czasu podziału musiało minąć kilkanaście lat, zanim życie poza magicznymi strefami ochronnymi stało się w ogóle możliwe. Wyrwa po odcięciu sporego fragmentu planety wciąż się zasklepiała, wysyłając w powietrze mnóstwo wulkanicznego pyłu, żaru i powodując gwałtowne ruchy tektoniczne. Atmosfera była więc pełna toksyn, światło słoneczne tylko miejscami się przebijało przez grubą warstwę zanieczyszczeń, a nieustające gorące wichry z siłą huraganu smagały nagie skały, rozdzierane i zgniatane w niszczycielskich trzęsieniach ziemi. Przetrwać w takim świecie mogły wyłącznie najmniej wymagające organizmy, tylko gdzieniegdzie, a i tak wymagało to sporo szczęścia. Ludzie i inne rozumne rasy oczywiście się do tej kategorii nie zaliczali – minęło ponad pół wieku zanim pierwsi śmiałkowie mogli opuścić swoje kryjówki, a wielu czekało znacznie dłużej.
Na drugim świecie, zwanym Fenroą, działały jeszcze potężniejsze siły - bogowie musieli użyć całej mocy jaka im została, by pokierować stworzeniem nowej planety ze zderzenia dwóch ciał niebieskich w taki sposób, by mógł przetrwać choć drobny ułamek ich wyznawców.
Warunki na obu globach przez większość czasu pozostawały na podobnym poziomie i zmieniały się w podobnym tempie.

Mizugeę zamieszkiwały w większości nieludzkie rasy, a Fenroę niemal wyłącznie ludzie wyznający bogów – Kryształowy Strażnik odciął część świata zamieszkiwaną przez swoich wrogów.
Podczas wydarzeń w pierwszym okresie tej ery wiele rozumnych ras całkowicie wyginęło – byli wśród nich „kosmici” oraz ludzie zamieszkujący zdominowaną przez inne istoty Mizugeę, z wyjątkiem tych żyjących na dalekim wschodzie, odizolowanych od reszty świata z jednej strony oceanem, z drugiej wyrwą po cięciu.
Minęło jeszcze wiele wieków, nim postapokaliptyczny krajobraz zaczął ustępować odradzającej się przyrodzie, a nieliczne grupy ocalałych dały początek zupełnie nowym cywilizacjom. Świat sprzed kataklizmu został zapomniany, krążyły o nim legendy i wyobrażenia nie mające zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością.
Początkowo wiele osób bezkrytycznie wierzyło w opowieści najstarszych przedstawicieli długowiecznych ras, którzy na własne oczy widzieli tamte czasy. Krasnoludy, elfy, licze, a nawet sami bogowie i Kryształowy Strażnik – oni wszyscy borykali się jednak z problemem, z którego nawet nie zdawali sobie sprawy.
Niektórzy po prostu okłamywali napotkane przez siebie istoty, by przedstawić siebie i swoją rasę w jak najkorzystniejszym świetle. Ale nawet ci uczciwi często mówili nieprawdę. Ich wspomnienia z czasem stawały się zniekształcone. W czasach pierwszej ery zdawano sobie sprawę z tej niedoskonałości długowiecznych umysłów i znano wiele sposobów na niwelowanie jej skutków, ale po wojnie, gdy liczyło się tylko przetrwanie, stały się one zbyt wymagające by je stosować i w efekcie pamięć o nich przepadła.
Wobec tak różnych, często wzajemnie sprzecznych relacji, wśród mieszkańców tego świata narastała nieufność i ksenofobia, osoby spoza swojej grupy najczęściej postrzegano jako niebezpiecznych i kłamliwych. Przedstawiciele różnych ras Mizugei instynktownie byli bardziej skłonni zaufać podobnym sobie, a różniących się traktować wrogo, co było głównym czynnikiem kształtującym podział narodowościowy. Na Fenroi analogiczna sytuacja miała miejsce z wyznawcami różnych bogów.

Pora omówić, co stało się z najważniejszymi reliktami starożytnego świata.

Większość dawnych miast została niemal całkowicie zniszczona, niektóre dosłownie zapadły się pod ziemię w wyniku potężnych ruchów tektonicznych przeciętej planety usiłującej na powrót przybrać kształt kuli. Największe metropolie cywilizacji kosmitów były jednak zbyt rozległe, by ulec zniszczeniu w pełni i pozostały po nich wielkie skupiska ruin, pełne zaawansowanej technologii – zbrojeniowej i nie tylko. Ruiny te pozostawały jednak niedostępne, na wyspie chronionej przez ocalałych z wojny Tytanów – ogromne roboty bojowe, z którymi żadna siła w tej erze nie była w stanie się równać. Choć nikt nie mógł ich pokonać, zdarzali się śmiałkowie, którzy zapuszczali się do ruin z nadzieją na wykradnięcie starożytnej technologii i ucieczkę, nim potężni strażnicy zdążą wykryć ich obecność i zareagować.

Miecz użyty przez Kryształowego Strażnika do przecięcia świata na pół, w wyniku przeciążenia magiczną mocą rozpadł się na kilkanaście fragmentów, które, wystrzelone z ogromną siłą, rozproszyły się i wbiły w powierzchnię obu globów. Promieniująca z nich magia w znacznym stopniu wpływała na ekosystemy w okolicy miejsc ich upadku.

Stworzony w czasach wojny portal łączący kontynenty wciąż funkcjonował, mimo znaczącego wzrostu dzielącej ich odległości. Teraz stanowił on jedyne przejście łączące światy. Jednak bardzo długo pozostawał on na obu z nich odcięty ze wszystkich stron przez ocean magmy, co całkowicie uniemożliwiało dotarcie do niego jakimkolwiek istotom żywym. Nawet drogą powietrzną – choć w ten sposób ominie się samą lawę, trzeba by było się jeszcze przebić przez masy powietrza rozgrzanego przez nią do zabójczych temperatur.
Był jednak ktoś zdolny do przetrwania w takich warunkach, ponieważ nie był już istotą żywą. I to właśnie on jako pierwszy dotarł do portalu i przez wiele wieków był jego jedynym użytkownikiem. Mowa oczywiście o Kryształowym Strażniku.
Jednak także on dotkliwie ucierpiał przez upływ czasu. Bo czym jest Kryształowy Strażnik? To ponad dwudziestu magów zamkniętych w jednym ciele. Choć początkowo, podczas wojny, jednoczył ich wspólny cel, to po tak wielu latach różnice w charakterach i światopoglądach doprowadziły do wewnętrznego konfliktu, który ludzi o przeciętnej psychice doprowadziłby do szaleństwa.
Arcymagowie tworzący Strażnika nie byli jednak ludźmi o przeciętnej psychice. Jeśli chodzi o zdolności samokontroli i zachowywania spokoju, stanowili oni niedoścignioną elitę.
Nie potrafili dojść do zgody w wielu kwestiach. Nie potrafili stwierdzić, kto ma rację i komu należy pomagać. Większość wciąż była pełna nienawiści do bogów i obwiniała ich o cały ten kataklizm, ale inni twierdzili, że to walka przeciwko bogom była błędem i powinni byli zaakceptować ich żądania.
W obliczu tej niezgody Kryształowy Strażnik mógł zrobić tylko jedno – zachować neutralność. Jedynym, w czym tworzący go magowie byli zgodni było to, że nie można dopuścić do kolejnej tak niszczycielskiej wojny.

Mijały wieki. Cywilizacje i przyroda zaczęły się odradzać, oceany magmy zasklepiły się, portal w końcu stał się dostępny dla istot żywych.
To znaczy, stałby się dostępny, gdyby nie pilnowała go najpotężniejsza istota wszech czasów. Przez wiele wieków jedynym zadaniem, jakie wyznaczył sobie Strażnik, było nie dopuścić, by ktokolwiek przedostał się przez portal. Dwa światy musiały pozostać odizolowane, by nie doszło między nimi do konfliktu.
Po stronie Mizugei pilnował on przejścia osobiście. Portal na Fenroi został przez niego zasłonięty sztucznie stworzoną górą.
Mijały kolejne wieki. Około roku 1500 od podziału cywilizacje stały się na tyle rozwinięte, że ich władcy rozważali możliwość wojny z samym Kryształowym Strażnikiem o kontrolę nad portalem. Wojna, w której musiałby ponownie użyć pełni swojej niszczycielskiej potęgi, wisiała na włosku. By do niej nie dopuścić, Strażnik poszedł na kompromis. Wiedział, że nic nie odciągnie władców od walki o kontrolę nad portalem, ale mógł sprawić, by ucierpiało w nich jak najmniej osób.
Zorganizował turniej, początkowo mający się odbywać co dziesięć lat, z upływem wieków jednak coraz częściej – w końcowym okresie tej ery odbywał się on co rok.
Każde odpowiednio bogate stronnictwo mogło wystawić drużynę złożoną z od jednego do sześciu elitarnych wojowników. Koszt wystawienia większej drużyny był wielokrotnie większy niż mniejszej, co miało na celu w realistyczny sposób odzwierciedlać szanse różnych stronnictw na zwycięstwo w prawdziwej wojnie. Zwycięskie stronnictwo zyskiwało tymczasową kontrolę nad portalem – ale nie pełną. Kryształowy Strażnik pozwalał przejść tylko ściśle określonej ilości osób, według ściśle określonych zasad, które na przestrzeni wieków nieco się zmieniały.

I tak to funkcjonowało. Wojny oczywiście wybuchały, kontrola nad portalem nie była jedynym, o co można było między sobą walczyć – ale żadna z nich nie zbliżyła się do apokaliptycznej skali.
Mimo to, był to okrutny i ponury okres historii świata. Po jednej stronie portalu najważniejszą rzeczą była przynależność rasowa, po drugiej – posłuszeństwo swojemu bogu. Indywidualizm był mocno ograniczany, a przyjazne stosunki ponad podziałami należały do rzadkości.

Powodów do międzyrasowej nienawiści było wiele.
Dumne i długowieczne elfy, z których wiele pamiętało czasy przed wielką wojną, przedstawiały siebie jako najwyższą rasę władców, stworzoną do dominacji nad pozostałymi. W ciężkich czasach wielokrotnie poświęcali życia przedstawicieli „niższych” ras, by samemu móc przeżyć, co w końcu doprowadziło do buntów i rewolucji. Wtedy też pojawił się wśród elfów podział na stronnictwa elfów leśnych, wysokich i mrocznych – jedni chcieli żyć w zgodzie z innymi rasami, drudzy dominować nad nimi, trzeci eksterminować je. Różne układy i porozumienia między tymi stronnictwami sprawiły, że młode elfy miały pełną wolność w dołączeniu do każdego z nich, choć większość wybierała te, z których pochodzili.
Orkowie, jako rasa wojowników, ochoczo dążyli do wojny z każdym. Najczęściej walczyli między sobą, ale i tak z takim charakterem narobili sobie mnóstwo wrogów.
Gdy krasnoludy uwolniły się spod władzy elfów, ich wrodzona pracowitość i solidność uczyniły z nich cennych sprzymierzeńców dla innych ras, co szybko nauczyły się wykorzystywać na swoją korzyść, zyskując przy tym łatkę chciwych i chytrych. Zamieszkali w wysokich górach i rozciągających się pod nimi jaskiniach oraz tunelach, a niezwykła siła, odporność i dostęp do najlepszych surowców uczyniły z nich groźnych przeciwników w boju.
Gobliny od samego początku były pogardzane przez inne rasy. Małe i słabe, nigdy nie wchodziły w skład narodu Verów, z którego pochodziły inne główne rasy. Niegdyś żyjące w nowoczesnych metropoliach pełnych wygód, po apokalipsie były przeganiane przez silniejsze rasy w miejsca, w których nie chciał żyć nikt inny. Walczyły o przetrwanie, żywiąc się szczurami i robactwem, a ich skrywające wielki potencjał umysły działały na niższych obrotach, by oszczędzać energię.
Ludzie w Mizugei żyli tylko w odizolowanej części świata na dalekim wschodzie – od terenów zamieszkiwanych przez inne rasy dzielił ich najpierw ocean płynnej lawy, a później, po połączeniu się kontynentów – masyw górski zamieszkiwany przez smoki oraz niespokojne morza, także pełne potworów. Rozwijali się oni i toczyli wojny we własnym zakresie, o innych częściach świata wiedząc bardzo niewiele. Nie wyznawali bogów – ich duchowość opierała się na naukach starożytnego mędrca Addusa o równowadze kosmicznej energii, wielu z nich oddawało też cześć smokom, zwierzoludziom i pomniejszym duchom.

Po drugiej stronie portalu bogowie toczyli między sobą wojny, w których życie pojedynczego człowieka nie miało dużego znaczenia. Walczyli między sobą o dominację i nieśmiertelną chwałę. Po co to robili, skoro przed apokalipsą stali po tej samej stronie?
Trzeba pamiętać, że bogowie byli istotami niemyślącymi w tych samych kategoriach, co śmiertelnicy. Ich charakter był kształtowany bardziej przez wierzenia wyznawców i nauki swoich kapłanów, niż ich własne wspomnienia. Był jednak dobry powód, by pchnąć ludzi na ten wojenny tor.
Chcieli po prostu ludzi czymś zająć. Trzymać ich w szachu, by nie mieli okazji ponownie rozwinąć się do poziomu zagrażającemu bezpieczeństwu boskich sekretów. Bogowie założyli, że ludzie z natury mają potrzebę walki z kimś – więc żeby nie obrócili się przeciwko bogom, lepiej zająć ich walką z sobą nawzajem.

Organizowany przez Kryształowego Strażnika Turniej Światów szybko stał się jednym z najważniejszych wydarzeń politycznych tej ery – a także jedną z najbardziej emocjonujących rozrywek, przyciągającą dziesiątki tysięcy widzów z nawet najdalszych zakątków obu globów. Sam Strażnik zgromadził ogromny majątek i wykorzystał go do stworzenia sobie małej lecz potężnej armii popleczników z obu światów. Tych spośród nich, którzy złożyli mu przysięgę wierności – przysięgę magiczną, której nie mogliby złamać nawet gdyby chcieli – uczył tajników starożytnej magii. Dzięki temu nawet gdy cały świat stale się rozwijał i rósł w siłę, jemu nadal nikt nie był w stanie zagrozić.
Po stronie Mizugei ziemie otaczające portal stały się terenem neutralnym, gdzie przedstawiciele różnych ras żyli ze sobą w pokoju. Wokół portalu wyrosło miasto, które szybko stało się największą i najbogatszą metropolią obu światów. Po stronie Fenroi zaś, chroniąca portal góra wypełniła się tunelami prowadzącymi na szczyt, gdzie znajdowała się arena – przez portal przechodzili więc nie tylko zwycięzcy turnieju, ale też wszyscy uczestnicy i widzowie z Mizugei. Strażnik zorganizował to w ten sposób, ponieważ nieludzkim rasom ufał znacznie bardziej, niż bogom i ich wyznawcom.

Neutralne miasto było dokładnie tym, czego do rozwoju swojej cywilizacji potrzebowała rasa goblinów. Nie musząc się obawiać agresji ze strony innych ras, wykorzystywały naturalny dla siebie spryt do bogacenia się w zatrważającym tempie i rozwoju technologii zarówno użytkowej, jak i zbrojeniowej – jak ich przodkowie przed apokalipsą.
Ze względu na swoją historię – ponad tysiąc lat prześladowań – gobliny dobrze dogadywały się z najmniejszym i najsłabszym stronnictwem zza portalu – ludźmi buntującymi się przeciwko bogom. Goblinów zasadniczo nie interesowała perspektywa podróży do świata ludzi i bogów. Zamiast tego zapewniały buntownikom wsparcie finansowe podczas turniejów, by – jeśli zwyciężą – móc ramię w ramię z nimi walczyć o wspólne cele.
Układ ten był niezwykle korzystny dla obu stron. Gobliny miały majątek, który ciężko było im wykorzystać w turnieju ze względu na niską użytecznosć pojedynczego goblina w boju i rosnący wykładniczo koszt wystawiania kolejnych uczestników. Buntownicy byli za to nieliczni, ale niezwykle potężni. Byli to ludzie, którzy chwytali się każdego sposobu, by zdobyć potęgę mogącą przewyższyć bogów. Stosowanie czarnej magii było wśród nich normą, ale mieli przy tym swoje zasady i byli bardzo oddani sprawie.
Wiedzieli oni, że używanie czarnej magii nieuchronnie prowadzi do szaleństwa w ciągu kilku-kilkunastu lat. Ci z nich, którzy zaczynali jej używać, składali wcześniej przysięgę – gdy szaleństwo, które na siebie sprowadzili w imię wyższej sprawy opanuje ich na tyle, że uniemożliwi działanie dla dobra tej sprawy – inni buntownicy mają ich zabić.

Głównym celem, dla którego buntownicy chcieli się przedostać przez portal bardziej niż ktokolwiek inny, było odnalezienie i ponowne połączenie wszystkich fragmentów legendarnego Ostrza Światów – miecza, którym Kryształowy Strażnik przeciął świat na pół. Miał on stać się ich głównym atutem w wojnie przeciw bogom.
Sam Kryształowy Strażnik ani nie wspierał ich w tych działaniach, ani im nie przeszkadzał. Niektórzy z magów tworzących jego osobowość obawiali się nadchodzącej wojny, ale inni sami najchętniej obaliliby tyranię bogów – więc wciąż przestrzegał wewnętrznego porozumienia o zachowaniu neutralności.

W końcu buntownikom udało się odtworzyć najpotężniejszą broń starożytności. I wykorzystali ją w sposób, o którym nawet jej pierwotni twórcy nie wiedzieli, że jest możliwy.
Sprowadzili na świat demony.
Historia demonów w tym świecie w pewnym sensie zaczęła się właśnie wtedy. A w innym sensie znacznie dawniej, jeszcze przed jego stworzeniem. Stwórca powołał bogów, by strzegli tajemnic, których śmiertelnicy dla własnego dobra nie powinni znać, lecz były też rzeczy dużo gorsze od tych sekretów. Okropieństwa i cierpienia zdolne odebrać ludziom wolną wolę i zmusić ich do czynienia zła. Stwórca nie mógł ich zniszczyć, gdyż stanowiły one bezpośrednią manifestację świata idei, niepodlegającemu niczyjej władzy. Odizolował je jednak od świata w taki sposób, by nawet bogowie nie mogli się domyślać ich istnienia – lecz żadne zabezpieczenie nie jest ideale. Idee od początku czasu stopniowo przenikały do świata, aż wreszcie mogły przybrać fizyczną postać.
Ostrze Światów mogło przeciąć wszystko. Nawet niewidzialną powłokę odgradzającą świat od tych okropieństw. Nie było to proste, ale buntownicy to zrobili, nie zdając sobie sprawy z tego, co czynią. Wierzyli, że po prostu przedostają się do mocy pozwalającą przewyższyć i obalić bogów.
Cóż, nie mylili się...

Jednak do uwolnienia demonów nie wystarczył błąd płynący z niewiedzy. Rozcięcie pozwoliło im przeniknąć do świata, lecz by mogły zyskać fizyczną postać i realną siłę, trzeba było czegoś więcej. Ludzie musieli oddać im swoje ciała, zatracając człowieczeństwo w najobrzydliwszy z możliwych sposobów – mordując bezlitośnie każdego na swojej drodze, nikomu nie okazując litości. Spora część buntowników była jednak zdolna do takiego „poświęcenia”...
Przeistaczając się w demony, zyskali nie tylko siłę i mistrzostwo w czarnej magii, ale także prawdziwą nieśmiertelność i możliwość szybkiego zwiększania swojej mocy potencjalnie w nieskończoność – kosztem żywych istot.
Fenroę błyskawicznie ogarnęła wojna. Bogowie mogliby ją wygrać, gdyby od początku wiedzieli z czym mają do czynienia i uderzyli wszystkimi siłami – tak się jednak nie stało. Demony pokonywały wysyłane na nich coraz większe oddziały, a ich przeciwnikom nawet nie przyszło do głowy, że mogą tak rosnąć w siłę bez końca – bo choć użytkownicy czarnej magii często korzystali z mocy wykradzionej swoim ofiarom, to nigdy wcześniej nie było to możliwe bez ograniczeń. Gdy zdali sobie sprawę ze swojego błędu, było już za późno. Demony w ciągu kilku lat spustoszyły Fenroę do tego stopnia, że jedynym wyjściem była ewakuacja całego świata przez portal. Kryształowy Strażnik musiał na to pozwolić – w tym momencie nie mógł już dłużej zachowywać neutralności. On sam jednak też został zmuszony do odwrotu przez demoniczny legion.
Demony przedostały się na Mizugeę, by wyssać całą życiową energię także z niej. Gdy niszczyły neutralne tereny otaczające portal, reszta świata mobilizowała przeciw nim zjednoczoną armię do ostatecznej bitwy. Bitwy, w której demony zdawały się wygrywać.
Kryształowy Strażnik został rozbity na setki fragmentów w ogromnej eksplozji, która rozrzuciła je po świecie – tak, jak wieki wcześniej stało się to z Ostrzem Światów.
Nagle znikąd zjawili się potężni sojusznicy, aby wesprzeć zjednoczoną armię w walce z piekielnymi siłami – aniołowie. Z ich pomocą demony udało się przepędzić za portal i go zamknąć.

Tak zakończyła się druga era. Była ona znacznie krótsza od pierwszej, bo wielu osobom bardzo zależało na jak najszybszym jej zakończeniu.
Zniszczenia dokonane przez wojnę nie były aż tak ekstremalne, niemniej jednak straty były dotkliwe, a świat pogrążył się w chaosie, w którym wiele cywilizacji upadło i spora część historii została zapomniana lub obróciła się w legendy niemożliwe do odróżnienia od fikcji.

Ludzie i bogowie musieli jakoś się odnaleźć w nowym świecie.
Buntownicy w pewnym sensie dopięli swego – bogowie po tych wydarzeniach stracili na znaczeniu, ludzka duchowość w nowym świecie stała się znacznie bardziej zróżnicowana.

Tereny otaczające portal na wieki stały się przedsionkiem piekła – pustkowiem nieodwracalnie skażonym czarną magią, gdzie z powodu grubej warstwy ciemnych chmur panowała wieczna noc.

Wraz z ciałem Kryształowego Strażnika, rozbiciu uległa także osobowość tworzących go magów. Małe, odizolowane od siebie fragmenty świadomości i wspomnień – to los jeszcze gorszy, niż wcześniejsze przymusowe zjednoczenie.
Kryształowego Strażnika spotkało dokładnie to, czego obawiali się jego twórcy. Fragmenty jego duszy wciąż były uwięzione w tym świecie, przez co nie mogły zaznać spokoju w zaświatach. Rozbici Arcymagowie nie mieli pojęcia kim są. Ludzie znajdujący te fragmenty nie zdawali sobie sprawy z ich pochodzenia. Zamieszkujące je fragmenty duszy rozpaczliwie poszukiwały czegoś, co nada spójność ich chaotycznie rozbitym wspomnieniom. Dzięki temu stały się niezwykle cennymi kamieniami duszy – tak łatwymi w użyciu, że ludzie mogli je wykorzystywać przy poziomie wiedzy nawet nie zbliżającym się do starożytnych Nekromantów. Fragmenty dusz arcymagów nie mogły już być sobą – ale dzięki wgrywaniu w siebie cudzej osobowości i wspomnień mogły przynajmniej w ogóle kimkolwiek być.

Aniołowie po bitwie zdawkowo odpowiedzieli na pytania zadziwionych tłumów, że są tylko skromnymi sługami Stwórcy – i odeszli. W ten sposób dali początek nowej religii, która szybko zyskiwała popularność – Kościołowi Stwórcy. Wojownicy tego Kościoła starali się upodobnić do aniołów, a kapłani i wierni byli przekonani, że sam Stwórca musi przewyższać owe wcielenia szlachetności pod każdym możliwym względem, także moralnym. Stworzyli obraz istoty doskonałej – wszechpotężnej, sprawiedliwej i miłosiernej.

Avatar stepson
Gdy istoty zwane ,,architektami'' stworzyli życie na ziemi, posiłkowali się mocami wywodzącymi się z międzyświata. Kontrolowane były niezbędnym narzędziem by przekształcić pusty skalisty świat w to co znamy obecnie. Ale puszczone samopas, były w stanie go zniszczyć. Aby zapewnić bezpieczeństwu temu światu stworzyli potężne jednostki zwane tytanami, zdolne do utrzymanie pod kontrolą dziur w czasoprzestrzeni, rozsianych po świecie. Tytani przez długi czas wędrowali po świecie, nauczając ludzi jak korzystać z tych energii, nazwanych później magią. Oczekiwali że ludzie będą używać jej w dobrych celach. Cóż, byli dosyć naiwni, a jeden z nich przypłacił to życiem. Jego krew została zamknięta w koronie pierwszego władcy Imperium Zir, znacząco zwiększając jego możliwości i wydłużając jego życie. Jest to jednak zupełnie inna historia.

Jeden z tytanów postanowił zbadać międzyświat. Jego energie były dla niego fascynujące. Pewnego razu usłyszał głos istoty wywodzącej się z tej domeny. Przeprowadzili wiele rozmów. Nie mniej istota doprowadziła go do szaleństwa. Tytan stał się marionetką w rękach nieznanych sił. Podszepty istoty przekonały go że dzieła architektów były bluźnierstwem wobec naturalnego porządku, jaki reprezentuje międzyświat. Postanowił zniszczyć ich dzieła, a przede wszystkim tytanów, którzy ograniczali samym swoim istnieniem rozszalałe energie magiczne. Siłą rzeczy koniec końców zamierzał zabić też siebie, ale dopiero gdy jego zadanie zostanie wykonane.

Sam jeden był w stanie walczyć z innymi tytanami, ale do wyniszczenia ludzi, których było wiele, a za sprawą ingerencji jego braci i sióstr magia nie była im obca, szalony tytan potrzebował armii. Wyruszył w odmęty najgłębszych puszcz na Południu, które znalazły się poza wzrokiem jego rodzeństwa. Tam odnalazł plemię łowców i zbieraczy. Nauczył ich wszystkiego od podstaw, tworząc cywilizację i wielkie miasto w środku niedostępnej puszczy. Ogłosił się bogiem śmierci, to właśnie śmierć miała być czczona przez ludzi, którzy mają ją zanieść wszystkim swoim braciom. Następnie wysłał ich na podbój innych plemion im podobnych. Rozkazał mordować wszystkich mężczyzn, kobiety czynić niewolnicami, a słabych, chorych, oraz dzieci, mordować w krwawych rytuałach ku jego czci. Po przejściu kilku pokoleń, posiadał wielką armię, fanatycznie mu oddaną i gotową by spalić cały świat dla swego Boga.

Hordy wojowników pod czarnymi sztandarami, wspierane przez wynaturzone bestie sprowadzone z międzyświata wyszły z lasów i skierowały się na północ ku imperium Zir, targanemu konfliktami z dzikimi plemionami Skiveryjskimi. Do stolicy Imperium przychodziły meldunki o rzeziach których dokonywali wcześniej nigdy nie napotkani najeźdźcy. Kasty magów, urzędników i żołnierzy, które dzieliły się władzą nad Imperium, gdyż już wówczas dynastia sułtanów była izolowana od władzy w ich wielkim zakazanym pałacu, długo nad tym debatowały. Magowie, wiedzący o tym czym są bestie międzyświata, uznawali że trzeba natychmiast podpisać pokój z chanami Skiverii, choćby za cenę nadań i trybutów, oraz skierować całą potęgę na Południe. Dowódcy armii uważali że trzy legiony zdyscyplinowanych żołnierzy bez problemu rozprawią się z hordami półnagich dzikusów.

Cóż okazało się później że magowie mieli więcej racji, ale wojskowi w czasach wojny sprawowali większą władzę. Legiony były dobrze dowodzone i zajęły pozycję w wąwozie na południu, wiedząc że to jedyna droga, by przekroczyć góry czerwone. Zdyscyplinowani i skryci za tarczami odpierali hordy przez 3 dni, zginęło wielu najeźdźców, ale ataki były nieustanne, a każdy człowiek się męczy. W końcu do ataku ruszyły spaczone bestie. Szyki obrońców poszły w rozsypkę. Następnie wojownicy czarnego imperium wyrżnęli ich wszystkich. Przeżył tylko jeden człowiek. Szalony tytan wysłał go do miasta Zir, aby powiedział że sama śmierć wkroczyła w granice ich imperium, a jakikolwiek opór jest daremny. Że to od ich wyboru zależy czy będą zabijani litościwie, czy wręcz przeciwnie.

Szczerość tytana okazała się jego wielkim błędem. Wszystkie kasty widząc perspektywę nieuchronnej śmierci z rąk wroga, uznały że trzeba walczyć z nimi za wszelką cenę. Jeden z magów, zbyt młody i niedoświadczony by należeć do rady, miał sen w którym olbrzymy z żelaza powiedziały mu, że został on wybrany, aby ocalić świat przed kroczącym cieniem i płomieniem. Młody mag był zszokowany. W końcu jak mógł pokonać siły, które zmiażdżyły całe zastępy wojsk imperium, kiedy jego umiejętności nie dorównywały nawet jego mistrzom? Żelazne olbrzymy wyjaśniły mu istnieją moce większe nawet, niż tytanów. Rozkazali mu stworzyć pas który nada jego użytkownikowi moce magiczne, które uczynią go najpotężniejszą istotą na świecie. Zastrzegli jednak że jego istnienie w momencie pokonania zagrożenia, zaburzy naturalną równowagę świata. Po tym wszystkim jego części składowe mają zostać pozostawione tam gdzie ich ich miejsce, a pas zniszczony. W jego skład wchodziły pradawne nasączone mocą kamienie: kamień nieba, kamień ziemi, niebios, życia i śmierci. Pamiętał słowa olbrzymów doskonale, co utwierdziło go w przekonaniu, że spotkało go coś więcej niż zwykły sen.

Młody mag wyruszył w podróż kolejno do czarnej puszczy, krain ognia, wysp końca świata i do samych lasów południa, które stały się domeną potężnego boga śmierci. Następnie, razem z najlepszymi kowalami z dalekiego imperium Ping wykuł pas który pozwolił korzystać mu z energii wszystkich czterech kamieni. Wówczas wyruszył na ogromnym Smoku Pai'fenghuanie ponownie do ojczyzny, by powstrzymać marsz śmierci.

W miedzy czasie hordy rozbiły kolejną armię obrońców. Cały kraj Zir został przez nich doszczętnie zniszczony i jedynie stolica wciąż opierała się hordom. Jej wielkie mury miały wytrzymać wiele, nie mniej nawet one zdawały się jedynie opóźniać dzień nieuchronnej klęski. Jakąś nadzieją było to że Skiverczycy zdążyli skrzyżować miecze z wojownikami Południa, co doprowadziło do ich przejścia na stronę Zir. Prowadzona przez nich wojna partyzancka na równinach dawała jakieś rezultaty, ale nie wystarczające. W końcu pojawiła się nadzieja. Miasta Szabada zostało odbite i to przez jednego człowieka na jednej z bestii z których znane były krainy wschodu. Gdy mag zobaczył co się stało z miastem które wyzwolił oraz stojące na ulicach piramidy czaszek, wpadł w gniew i zabił każdego okupanta którego napotkał na wyspie.

Nie mniej oblężenie trwało, a wrogów tam było znacznie więcej niż w Szabadzie, mówiono o setkach tysięcy, oraz o licznych potworach przywleczonych przez najeźdźcę. Ruszył więc do plemion Skiverii, które zebrał w jedną armię celem rozbicia hordy u bram starożytnego miasta. Gdy pojawiły się ich armie, i rozpoczęła się szarża legendarnych Skiveryjskich jeźdźców, oblegający znaleźli się w potrzasku. Smok palił szeregi wrogów torując drogą szarżującej jeździe, a liczni wrogowie, oraz ich przerażające bestie byli unicestwiani przez maga. Wtedy na pole bitwy przybył tytan. Zmierzył się w wielkim pojedynku z nieoczekiwanym zbawcą, przekształcając się w olbrzymiego węża, który jednak po długiej walce przegrał.

Mag początkowo chciał zabić szalonego tytana, ale smok wyjaśnił mu już wcześniej, że zbyt wielu tytanów zginęło i śmierć kolejnego zaburzy jeszcze bardziej bramy między tym światem, a międzyświatem. Korzystając z potęgi magicznej wyrwał mu duszę i umieścił w rzeźbie z kamienia. Smok zabrał ją do kraju Ping, gdzie jest do dziś przetrzymywana . Wybraniec został ochrzczony imieniem Sabbefet, co w języku Zirrańskim oznacza ,,miecz nadziei''. Po tych wydarzeniach wyruszył w podróż by zostawić kamienie tam gdzie ich miejsce, pas zaś, został zniszczony w smoczym ogniu.

Opowieść mniej więcej od czwartego akapitu została spisana w starożytnym eposie Zirrańskim, pod tytułem ,,Wojna ze Śmiercią''. Historycy z wysp Fraitlandzkich uznają tę historię za pół legendarną. Mimo iż prawdopodobnym jest że na ziemiach Południa powstało kiedyś jakieś państwo stanowiące zagrożenie dla imperium Zir, to jednak istnienie pasa i czterech kamieni jest uznawane za mit. Sabbefeta zaś uważa się za jakiegoś dowódcę legionów z tamtej epoki. Zastanawiającym się że opowieść o Sabbefecie jest znana także w dalekim Ping, na półwyspie Ertylskim i wśród ludów Skiveryjskich. Nie mniej zdaniem Fraitlandczyków to nic dziwnego że prymitywne ludy miały te same motywy mitologiczne. Czy jednak mają rację?

Avatar RayGuy_Player
W moim PBF-ie historia jest dość prosta. Ogólnie z bliżej niewiadomych przyczyn Ziemia wyleciała w powietrze. No i gracze będą musieli coś z tym zrobić.

Avatar Mijak
Właściciel
Wojna z demonami i przybycie ludzi oraz bogów mocno zmieniły oblicze Mizugei. Początek tej ery był okresem wojen i niepokojów, gdy nowi mieszkańcy świata musieli walczyć o miejsce do życia.

Najwięcej na upadku miasta Kryształowego Strażnika straciły gobliny. Było ono głównym ośrodkiem ich potęgi handlowej, a teraz obróciło się w ruinę. Poza tym były one przez wielu na nowo znienawidzone, obwiniane o całą katastrofę przez współpracę z buntownikami zza portalu.
Ich wielka cywilizacja stopniowo upadła, zmieniając przedsiębiorczy i kreatywny naród w pogardzanych dzikusów i bandytów, rozpaczliwie walczących o przetrwanie. Wciąż miały one swój spryt i inteligencję, ale bez dostępu do wiedzy te zalety dawały znacznie mniejsze owoce.

Kościół Stwórcy szybko rósł w siłę, wypierając starych bogów. Oni zawiedli, niewolili ludzkość przez wiele wieków i nie zdołali jej uchronić przed zagrożeniem ze strony demonów. Kulty boga czasu i bogini człowieczeństwa z potężnych teokracji stały się małymi sektami. Przy mniejszej ilości wyznawców bogowie ci bywali na tyle słabi, że dało się ich pokonać, a nawet uwięzić – ale nie zniewolić lub zabić. Zawsze znajdywali sposoby żeby powrócić, choć mogło to trwać dziesiątki lub nawet setki lat.

Jedynie bóg kosmosu, od tej pory znany głównie jako bóg słońca, zachował dawną potęgę. Jego wyznawcy wkrótce po przybyciu przez portal ruszyli na podbój terenów, które przez całą drugą erę pozostawały niezamieszkane – chronioną przez resztki armii robotów wyspę z ruinami miast „starożytnych kosmitów”.
Pod rządami boga słońca wyspa ta nadal pozostawała niedostępna dla osób z zewnątrz, a jej mieszkańcy rzadko mieszali się w sprawy reszty świata. Nikt więc nie wie, jakie sekrety się tam kryją – przez tysiące lat wielu próbowało je wydrzeć siłą lub podstępem, ale potęga słońca zatrzymywała ich wszystkich.

Kościół Stwórcy ma zasady zbliżone do katolicyzmu, ale bardziej liberalne. I choć szybko stał się najpopularniejszą religią na świecie, a trójca bogów została uznana za zło, religie wyznające pomniejsze bóstwa miały się dobrze, podobnie jak ludzie niereligijni, a wojny religijne należały do rzadkości.
We wczesnym etapie istnienia Kościoła doszło w nim jednak do pewnego rozłamu. Większość Kościoła uznawała Stwórcę za istotę idealną, którego wolą jest by ludzie dążyli do doskonałości, cnót reprezentowanych przez anioły. Część jednak stwierdziła, że ważniejsza jest ochrona tego, co Stwórca stworzył – czyli świata w jego naturalnej formie. Ten rozłam dał początek druidom.
Druidzi szybko doszli do wniosku, że dzieło Stwórcy nie jest idealne, a fakt istnienia zła na świecie dowodzi, że nie może on być jednocześnie nieskończenie dobry i nieskończenie potężny.
W przeciwieństwie do Kościoła Stwórcy, stanowiącego zwartą i jednolitą strukturę, druidzi pozwalają sobie na większą wolność i różnorodność poglądów, wyjaśniają więc sobie ten stan rzeczy na różne sposoby, a nawet postępują według różnych zasad moralnych – choć nie dowolnych.

Przez prawie tysiąc lat po wojnie z demonami wszystkie rasy żyły między sobą w różnych konfiguracjach, kraje i sojusze pojawiały się i upadały, jedynie na dalekim wschodzie wszystko toczyło się po staremu.
W drugiej połowie tego okresu narodził się naród, którego poczynania na zawsze zmieniły układ sił na świecie. Na razie nazwałem ich Awarami (Królestwo Awarii), ale ta nazwa jest trochę niepoważna. No i zajęta przez historyczny lud, z którym historia mojej Awarii nie wykazuje żadnego podobieństwa. Będę musiał w końcu wymyślić coś lepszego.
Ta nazwa wydała mi się jednak kusząca, gdyż było to królestwo technokratyczne. I doprowadziło do wielkiej katastrofy. Ale po kolei.

W jednym z większych, ale całkiem typowych ludzkich królestw w północno-wschodniej części kontynentu, do władzy doszedł król, który miał serdecznie dość religijnego mistycyzmu, zabobonów i ciemnogrodu, wierzył w naukę i postęp. Kazał wygnać kapłanów i stworzył silne państwo ateistyczne. Oczywiście nikt nie wątpił tam w prawdziwość bogów, aniołów, demonów i duchów – ale twierdzili, że te istoty da się poznać i lepiej jest chronić się przed nimi nie dzięki rytuałom, których zasady działania nikt nie rozumiał, lecz dzięki naukowej analizie.
Takie podejście początkowo prowadziło do wielu problemów i niepokojów, ale królestwo szybko zyskiwało potęgę i po kilku pokoleniach kontrolowało już całkiem sporą część kontynentu.

Jeszcze za panowania pierwszego króla, miała miejsce wojna, w której zwycięstwo stanowiło klucz do przyszłej potęgi Awarii.
Po wojnie z demonami, smoki szlachetne były uważane za wymarłe. Wcześniej średnio co 50 lat gdzieś na świecie pojawiała się jedna z tych potężnych, niemal boskich istot i czyniła spore zamieszanie, by po kilkunastu latach zniknąć bez śladu, jeśli nie zostanie wcześniej pokonana. Ale w tym okresie były nieobecne od wieków. Aż powróciły w wielkim stylu.
Wielki złoty smok nadleciał ze wschodu i zajął północną część kraju, gdzie znajdowało się większość kopalni, kluczowych dla technokratycznego państwa. Z różnych stron świata zjawiali się wyznawcy, chcący służyć smokowi i oddawać mu boską cześć – w tym z samej Awarii, gdyż wielu spośród jej mieszkańców cierpiało na egzystencjalną pustkę po zakazaniu religii, a wiara w wielkiego i jak najbardziej namacalnego jaszczura wydawała im się rozsądniejsza od jakiegoś mglistego bóstwa.
Choć stare podania donosiły, że smok sam powinien zniknąć po kilkunastu latach, król Awarii nie mógł tyle czekać, musiał odzyskać utracone kopalnie. Poza tym przeczekanie wcale nie rozwiązałoby wszystkich problemów, smok pozostawiłby po sobie kult i całkiem sporą część swej mocy.
Kraje nie przystąpiły jednak od razu do otwartej wojny, poprzedzał ją trzyletni okres zimnej wojny, w której oficjalnie panował pokój i wymiana handlowa, a w praktyce – zbrojenie i próby pozyskania sojuszników. Awarowie do walki ze smokiem przekonali plemiona orków i znienawidzony Kościół, do armii smoka dołączyli zaś wyznawcy z dalekiego wschodu i zamieszkujące tamtejsze kopalnie krasnoludy.
Jeden z królewskich magów ułożył plan pozwalający nie tylko pokonać smoka, ale też przejąć jego potęgę. Na pokładzie nowoczesnego pojazdu latającego umieszczono broń mającą zadać smokowi ostateczny cios i wyssać jego moc do wielkiego klejnotu – i tak też się stało.

W dalszym okresie istnienia Awarii, jej stolicą, symbolem potęgi i jednocześnie ostateczną bronią stało się wzniesione ogromnym kosztem Latające Miasto, utrzymywane w powietrzu dzięki nowoczesnej technologii i potężnej magii. Jak na miasto było ono raczej niewielkie, był to raczej skarbiec i dom największych elit, niż typowa stolica – nadal jednak utrzymywanie takiej struktury w przestworzach stanowiło nie lada wyzwanie.
Sercem tej konstrukcji był ów klejnot, w którym zapieczętowano moc złotego smoka. Ta bestia przy swoim rozmiarze nie byłaby w stanie wzbić się w powietrze bez pomocy magii. Choć jednak rodzaj mocy był odpowiedni do tego zadania, budowa Latającego Miasta wymagała znacznego jej zwiększenia i zajęła kilka pokoleń.

Awaria przez prawie tysiąc lat pozostawała supermocarstwem, a jej upadek na zawsze odmienił układ sił na świecie.
Wszystko zaczęło się od odkrycia ruin starożytnej cywilizacji nekromantów na pustyni. Awarscy magowie-naukowcy szybko doszli do wniosku, że ta szkoła magii – wcześniej uważana za jednoznacznie złą – wcale nie musi taka być, a wierzący w utylitaryzm ludzie powinni chcieć służyć żywym także po śmierci. Próbowali więc odtworzyć w swoim królestwie sukces starożytnych, lecz w pośpiechu popełnili wiele błędów.
Przez pierwsze kilkanaście lat wszystko działało świetnie, tysiące, później setki tysięcy szkieletów i innych ożywieńców pracowały i walczyły, odciążając żywych, by ci mogli pełniej cieszyć się życiem i mniejszym wysiłkiem budować większą potęgę państwa. Wszelkie oznaki niepokoju wywołanego obecnością żywych trupów ignorowano jako prymitywny zabobon, bo przecież „u starożytnych to działało przez tysiące lat”.
Później jednak wszystko zaczęło się coraz bardziej pieprzyć. Ziemia nie chciała dawać plonów, ludzie zaczęli chorować, podobnie jak zwierzęta, a kierowani dobrymi intencjami królewscy magowie z niezrozumiałych dla siebie przyczyn popadali w coraz większe szaleństwo. Które ukrywali, bo nie pasowało do królewskiej propagandy „wszystko jest w porządku, przecież musi tak być”. Aż szaleństwo urosło do takich rozmiarów, że nie dało się go już dłużej ukrywać.
Nekromanci zgodnie stwierdzili, że umarli są lepszymi obywatelami niż żywi – i milionowa armia zamiast służyć ludziom, zaczęła ich pochłaniać, zaczynając od obywateli Awarii, by później ruszyć na podbój reszty świata.

Cały świat zaangażował się i sporo wycierpiał w tej wojnie z armią umarłych. Królestwo Awarii przestało istnieć. Ten konflikt był jednak tylko wstępem do następnej, może nawet jeszcze gorszej wojny.
Wśród zamieszkujących Mizugeę rozumnych ras, popularny stawał się pogląd, że ci przybysze zza portalu, zwani ludźmi, są zbyt niebezpieczni, by pozwolić im istnieć. Najpierw demony, później ożywieńcy – to wszystko przybyło wraz z ludźmi. Między innymi rasami było wiele konfliktów, ale tylko i wyłącznie ludzie byli zdolni do aż tak niszczycielskiego zła.
Większość ras była w tej kwestii podzielona, ale generalnie ta teza najbardziej spodobała się orkom i goblinom, a elfy i krasnoludy uważały ją za zbyt radykalną. Tak narodziły się dwa stronnictwa – Horda i Przymierze.
Po kolejnej długiej i wyniszczającej wojnie, rasom Przymierza udało się ocalić ludzkość i zmusić Hordę do ucieczki za wielkie góry na północy, od tej pory znane jako Wielkie Góry Graniczne.

Przymierze szybko się rozpadło, ale Horda przetrwała i wciąż odbudowuje swoją potęgę na nieznanych terenach na północy, co jakiś czas podejmując się prób realizacji pierwotnego zamiaru, lub chociaż zemsty i odzyskania utraconych ziem.
Oczywiście nie wszyscy przedstawiciele ras wchodzących w skład Hordy należą do tego stronnictwa i nadal można je spotkać także na południe od tego łańcucha górskiego, ale od tej pory żyją oni raczej w cieniu ras dawnego Przymierza, nieliczni i słabo rozwinięci, często wręcz zdziczali.

Odpowiedź

Pokaż znaczniki BBCode, np. pogrubienie tekstu

Dodaj zdjęcie z dysku

Dodaj nowy temat Dołącz do grupy +
Avatar Mijak
Właściciel: Mijak
Grupa posiada 156 postów, 24 tematów i 34 członków

Opcje grupy Architekci Ś...

Sortowanie grup

Grupy

Popularne

Wyszukiwarka tematów w grupie Architekci Światów