Założenia trójpodziału władzy znamy chyba wszyscy - władza ustawodawcza, wykonawcza i sądownicza muszą być niezależne od siebie nawzajem, bo pełnia władzy w rękach jednej osoby otwiera furtkę do ogromnych nadużyć.
Ale od dawna było dla mnie zagadką, jak to ma wyglądać w praktyce. Co ma sprawić, że te organy władzy będą od siebie niezależne? Jedna osoba nie może zajmować stanowisk w więcej niż jednym z tych organów władzy, ale przecież wiele osób może być ze sobą powiązanych wspólnymi interesami i umowami.
Ludzie narzekają, że Kaczyński pociąga za wszystkie sznurki, ale czy nie na tym w założeniu polegają partie polityczne? Rządzi grupa, która cieszy się największym poparciem społeczeństwa. A gdy wyborca popiera jakąś partię, to popiera ją w pełni, nie myśli raczej "PO będzie lepsze do władzy ustawodawczej, ale do wykonawczej wybrałbym PiS" - więc proporcjonalny udział różnych partii w różnych organach władzy siłą rzeczy będzie podobny.
Czy w polskim prawie istnieją jakiekolwiek przepisy mogące skutecznie przeciwdziałać takiej monopolizacji władzy? Szukałem czegoś na ten temat, ale nie znajduję nic konkretnego.
Już pominę kwestię tego, czy trójpodział władzy i demokracja faktycznie są korzystne - sam jestem wobec tych idei bardzo sceptyczny, ale na potrzeby tego tematu załóżmy, że są one naszym celem.
Moim zdaniem jedynym skutecznym sposobem byłyby powszechne wybory na przedstawicieli każdego rodzaju władzy przy czym każdy wyborca mógłby brać udział tylko w jednym z trzech głosowań.
Nie przychodzi mi do głowy żaden inny sposób, by skutecznie uniemożliwić jednej grupie przejęcia władzy we wszystkich organach, dopóki nie ma co najmniej 80% poparcia.

Zaloguj się




