Coroczna tradycja zobowiązuje. Formalnie mamy już rok 2018, więc zachęcam wszystkich do rozważań na temat spełnionych oczekiwań i zawodów roku 2017. I jeśli nie masz nic do powiedzenia, to po prostu nie pisz "Najlepsza gra X, najgorsza gra Y", bo nie to ma na celu ta dyskusja.
Za najgorszą grę podam Mass Effect Andromeda, zapewne każdy, kto zna mnie trochę dłużej, się zdziwi, bo "Ale jak to, Wujek DD nie lubi ME Andromeda?! Koniec świata już jutro?!". No cóż... Tak. Zagrałem pierwszy raz niedługo po premierze, a że na ponad dwieście złotych sam zapracowałem, to wiem, ile mojej krwawicy to kosztowało... I się zawiodłem. Postacie jakieś takie nijakie, słynną" zmęczoną twarz" Anderson pomijam, może się zdążyć, BioWare pracowało na symulacjach SI, o ile mnie pamięć nie myli. Ale to, że dookoła mnie znajdowały się do bólu schematyczne manekiny... Nie dawno pisałem w temacie, że odgrywam ponownie Andromedę, już z patchem 1.10, który bardzo wiele poprawił. Podejście było już na chłodno, prawie po roku. I co odkryłem? Powtórkę ze "starej trylogii". Z uwagi na zaszłe wieki Star Wars fani pewnie odkryją analogię. I muszę się z nimi zgodzić. Bo co tu mamy? Tajemniczą, wymarłą rasę Porzuconych, którzy to są botami. No Proteanie we wcieleniu kremowym jak się patrzy. Na sam koniec pojawia się wątek z ich twórcami, ale jest tak minimalny, że go pomijam. Kettowie? Gethy z ME1, Zbieracze z ME2 i w końcu Żniwiarze z ME3. Angarowie? "Odkryta" rasa drelli i vorchów w ME2. Zagrożenie dla Helejosa z powodu Krypt i Kettów? Żniwiarze i ich poplecznicy z całej "starej trylogii". No cóż, na plus można uznać, że tutaj raptem Gromada Helejosa ma wielkość Drogi Mlecznej, ale to niewiele. Do dziś wspominam te ciężkie chwile z Wrexem na Virmirze, brudne wspominki Garrusa z czasów SOC, ksenofobię Ashley czy rozterki Kaidana nad mocą L2, a ich zgubnym wpływem na posiadaczy. A w Andromedzie? Liam, który jak zwykły dzieciak chce skupić na sobie uwagę, Vetra, która praktycznie się nie pojawia, Cora, która wciąż płacze, że to ona powinna zająć naszą rolę, Drack, co to wszystko widział, Peebee, która ucieka od wszelakich kontaktów, ale Pionierowi oczywiście "da" na zawołanie, Jaal, który wciąż rozprawia, że dwójka dzieci to wielki skutek, Gill, który ciągle narzeka, że nie może mieć dzieci, natchniona Suvi i opętany na punkcie "świętości" Tempesta Kallo. Największy potencjał mieli właśnie Drack, którego nie dało się powtórzyć od czasu "bardzo wulgarnej polonizacji" ME1, Jaal, mówiący o swej jakże, nomen omen, obcej kulturze, Suvi, która byłaby drugą Ashley z ME1, lecz z większym natchnieniem religijnym, do tego pomieszanym z dość przeciwstawnym nastawieniem mocno naukowym, konflikt postępowego Gilla i konserwatywnego Kallo, który kończy się strasznie płytko (nie ukrywam, że miałem nadzieję na drugiego Jokera). Kadara? Omega, ale na planecie. Nexus? Cytadela ale mniejsza. Voeld, Havarl, Aya? Planety macierzyste obcych z ME1. Elaaden? Taka Noveria albo Illium, wolna amerykanka. Ryder? No toż to Shepard!!! Z tym, że jakiś taki nijaki. Pancerz N7? Jest. Wie, co on oznacza dla osoby ją noszącej? NIE. Podejmowanie trudnych decyzji? Jest. Przymocowanie ich na klatę? Nie, Ryder ciągle mówi, że się na to nie pisał. Wielki tytuł N7, WiDMO i komandora Przymierza? Jest. Zapracowanie na to? Nie, swego rodzaju spadek, i to na dodatek POZA PROTOKOŁEM, co na standardy, jakie można uznać przez pryzmat Aleca, jest zachowaniem wręcz DEBILNYM (by nie obrażać osób dotkniętych straszną chorobą, jaką ona jest). Przecież ciągle mamy insynuacje, że Cora lepiej się nadaje do tej roli, a rodzeństwo Ryder zawdzięcza swoją pozycję tylko dzięki tatusiowi, to zresztą jest często obecne. Zero doświadczenia, wielkie nazwisko, może coś mi się skapnie z udziałów, jeśli to klepnę. Spore przestrzenie planet, które najczęściej są puste, wypełnione kolumnami Porzuconych lub rozbitymi promami kettów. Podsumowując, nadal wolę zagrać w "starą trylogię" ME1-3, nawet z jej mankamentami (dość archaiczne rozwiązania ME1, dubbing pierwszoplanowych ról ME2, gdzie drugoplanowe i trzecioplanowe często były świetne, dość naiwna fabuła ME3, która jednak chwytała za serce w ciężkich wyborach fabularnych, między lojalnością wobec towarzyszy z czasów "jedynki", a dobrem galaktyki w "trójce"), niż miałką Andromedę.
Najlepsza gra roku? Mass Effect Andromeda. Tak, tak, wiem, właśnie zrobiłem całe wypracowanie o błędach podane wyżej (jakbym ujął ją w rozprawkę, to miałbym piątkę z polskiego, nauczycielka jednak się myliła, potrafię to napisać!), ale zanim powiecie "Wujek DD w Sylwestra zalał się w trupa albo jest skończonym hipokrytą, to przeczytajcie to, co podam poniżej.
Owszem, wszystko już było, po przejściu każdej części ze "starej trylogii" po siedem, osiem razy (nie oceniajcie, zanim zacząłem pracować na dwie zmiany, miałem sporo czasu wolnego), ciągle miałem w głowie lampkę alarmową "No ale jak to? BioWare, przecież to już wszystko było!", to w tym także jest zaleta Andromedy. Kto kilka razy przeszedł "starą trylogię" jako heros, renegat i olewator na różne sposoby, niech pierwszy rzuci kamieniem, jeśli nie chciałby w nowej GALAKTYCE ruszyć na odkrywanie i podbój jako NOWY KOMANDOR SHEPARD, legenda Drogi Mlecznej, rozjemca, bohater, niszczyciel wrogów. Tutaj to mamy. Sporo rozwiązań przeczy samych sobie lub jest niedorzeczna, ale możemy przymrużyć na to oko. W końcu to ta słynna "Nowa trylogia" przez duże "N". Co prawda BioWare (a może EA?) nie sprostało wyzwaniu, które samo sobie rzuciło. Może poprzednia trylogia była tak podniosła, pracownicy się w nią tak zaangażowali, może przelali w nią tyle serca, może gracze wreszcie dostali to, na co od lat czekali, że nie mogli powielić swojego sukcesu? Raczej się nie dowiemy, po fali krytyki na Andromedę (mimo wszystko, raczej niesłusznej, autorzy mają swoją wizję rozpisaną na kilka kolejnych części, gracze tylko na tą swoją obecn), BioWare zaprzestało prac. Wrócą do tworzenia kolejnej części "nowej trylogii"? Oby, Star Wars to wyszło raczej na dobre. A skoro ostatnio Battlefront II przeżywa burzę medialną, może pora wrócić do świetnie stworzonej fabuły i nieagresywnych mikrotransakcji (co prawda, były one w ME3, ale po kupnie piątej skrzynki Ulepszonego WiDMO za 99 000 kredytów w multi ktoś już na to patrzył? Czy po codziennym rozdawaniu misji Grup APEX z poziomu kampanii ktoś zwracał na to uwagę?)? Możliwe, że Andromeda miała być dla "nowej trylogii" tym, czym dla "starej trylogii" było ME1? Co prawda, tam przeszła przemiana od RPG SF do strzelanki SF, to jednak była to piaskownica i poligon dla dalszego dopracowania gry i dawania graczom tego, czego chcieli. Możliwe, że ciągle kłótnie Kallo i Gilla będą mieć lepszy przebieg w Andromeda 2, może Tempest stanie się nam Normandią SR2, gdzie pokłady nie były połączone, ale były większe, może Kallo w końcu będzie uwielbianym przez wielu Jokerem, może Drack stanie się kochanym Wrexem? Może postacie w końcu będą miały własne życie, ciele, dążenia? Może przykładem ME2, okaże się, kto tak naprawdę stoi murem za naszym bohaterem? Jak wiadomo, w "starej trylogii" tylko cztery osoby nigdy nie porzuciła Sheparda - Garrus, Tali, Karin i Joker. W Andromeda 2 byłoby podobnie? Jakby nie ta fala krytyki po podejściu "na gorąco", a komentarz po głębszym zastanowieniu, może mielibyśmy całą Andromedę do dyspozycji i dowiedzieli się, o co chodzi z Porzuconymi, kettami i sztucznymi angarami?

Zaloguj się



