[MOJE] Posterunek - Zima XII

Avatar MrocznyWilk
Poprzednie części:
www.grupy.jeja.pl/topic,37263,moje-marznacy-zima-i.html
www.grupy.jeja.pl/topic,37626,moje-rozprzestrzenienie-zima-ii.html
www.grupy.jeja.pl/topic,38006,moje-naplyw-zima-iii.html
www.grupy.jeja.pl/topic,39450,moje-zetkniecie-zima-iv.html
www.grupy.jeja.pl/topic,39614,moje-plan-zima-v.html
www.grupy.jeja.pl/topic,40169,moje-nowy-cel-zima-vi.html
www.grupy.jeja.pl/topic,40461,moje-ukrycie-zima-vii.html
www.grupy.jeja.pl/topic,41181,moje-wytchnienie-zima-viii.html
www.grupy.jeja.pl/topic,42058,moje-zamiec-zima-ix.html
www.grupy.jeja.pl/topic,42630,moje-szpital-zima-x.html
www.grupy.jeja.pl/topic,43594,moje-bezlad-zima-xi.html




Siedzieliśmy na podłodze w takim stanie przez jakąś godzinę. Kojący cierpienie dotyk Marcina zyskał jeszcze bardziej na mocy, gdy dołączyły do niego pocałunki. Były to początkowo przypadkowe zetknięcia naszych warg, ale nie trzeba było dużo czasu, by przerodziły się one w namiętną pieszczotę. Całkowicie uległam jego popękanym od zimna ustom. Udało mu się sprawić, że w końcu przestałam myśleć o czymkolwiek niezwiązanym z tą chwilą. Strach minął, a na jego miejsce przyszło straszne zmęczenie. Zamknęłam oczy i zaczęłam zasypiać, czując ciągłe głaskanie po plecach.

– Kocham… – wyszeptałam, zanim moja świadomość zaniknęła w świecie snów.


Gdy się obudziłam, do środka wpadały już poranne promienie słońca. Marcin wciąż trzymał mnie w swoim opiekuńczym objęciu. Niemalże od razu odwrócił spojrzenie w moją stronę.

– Co teraz? – spytałam. – Byłam pewna, że to już koniec naszych problemów… a jest jeszcze gorzej.

– Musimy iść dalej, kontynuować stary plan. Zaraza dopadła małą, ale ciebie jej nie oddam. Przetrwamy. Przyrzekam ci to.

– Trzymam cię za słowo.

– Do bunkra nie zostało już dużo drogi. Tam już nic nam nie zagrozi. Przeczekamy do końca tej całej apokalipsy.

Nagle na dworze rozległ się hałas. Zarażeni znowu kogoś gonili. Podeszliśmy do jednego z regałów i zrzuciliśmy medykamenty z półki, dającej nam widok na to, co działo się na zewnątrz. Od razu dostrzegliśmy grupę postaci, z których tylko jedna nie błyszczała w promieniach wschodzącego słońca. Biegnący chodnikiem mężczyzna z impetem roztrzaskał drewniane drzwi najbliższego domku. Z przerażeniem odskoczył na bok, kiedy ze środka wypadły dwa wielkie dobermany, czekające tylko na uwolnienie. Rzuciły się na zarażonych, którzy zablokowali im drogę do wolności. Właśnie wtedy zaczęłam się zastanawiać, dlaczego nie widzieliśmy do tej pory żadnych zwierząt poza tym dziwnym kotem.

Psy z odwagą czy też szaleństwem szarpały równie zaciekłych przeciwników. Padły dopiero po kilku minutach. Miałam już odejść od okna, nie chcąc dalej oglądać tego okropieństwa, ale zatrzymał mnie Marcin, łapiąc za ramię.

– Zaczekaj chwilę. Zobaczymy, co się stanie, czy to cholerstwo i w tym przypadku zadziała. Musimy wiedzieć, czego się spodziewać.

Przyglądaliśmy się truchłom przez parę minut, ale niezmiennie leżały na swoim miejscu. Tymczasem bestie zdążyły się już rozprawić z mężczyzną, który opuścił mieszkanie w sinej wersji.

– Widocznie zaraza nie dotyka zwierząt – stwierdziłam.

– To właśnie chciałem sprawdzić. W takim razie większość pewnie po prostu wymordowali, dlatego nie trafiliśmy jeszcze na żadną watahę zdziczałych psów. Nie ma na co czekać. Okolice szpitala zdążyły się trochę uspokoić po tej nocnej akcji. Musimy coś zjeść i ruszać w dalszą drogę.


***


Szliśmy za tą grupą przez jakiś kwadrans. Zatrzymali się przed bankiem. Najpierw wepchnęli do środka swoje ofiary, a sami weszli dopiero po rozejrzeniu się wokół. Jeden został na straży przy drzwiach. Co jakiś czas w środku rozlegały się strzały i krzyki zamarzniętych.

– Nie uważacie, że to dobra okazja, by się nimi zająć? – zapytał Kazimierz. – Są rozproszeni. Można ich łatwo załatwić.

– Nie jest to zła myśl – powiedziałem – ale ma jeden szkopuł. Jeśli nie wypali i zastrzelą tych ludzi, to nie dość, że stracimy potencjalne źródło informacji na temat rozpoczęcia zarazy, to w dodatku nie będziemy wiedzieli, jak trafić do ich bazy. Nie mamy też pewności, że zakładnicy już wcześniej tam byli. Może dopiero teraz złapali tę grupę.

– Racja, lepiej z tym poczekać. Przez nerwy przestaję racjonalnie myśleć.

Po kilkudziesięciu minutach wszyscy nieposiadający broni wyszli ze środka, trzymając w rękach po kilka sztabek złota. Widocznie banki nie zdążyły wywieźć swoich zasobów, no, przynajmniej w całości. Widocznie rabusie liczyli na to, że po zakończeniu zarazy będą mogli spokojnie rozporządzać skradzionymi rzeczami i nikt im niczego nie udowodni.

Staraliśmy się iść w miarę blisko, by grupa nie przepadła za żadnym zakrętem, jednak na tyle daleko, by nie zostać dostrzeżonym czy też usłyszanym. Mimo wszystko niewiele to dało, gdy usłyszeliśmy tętent kopyt. Wszyscy natychmiast odwróciliśmy się do tyłu z bronią gotową do strzału.

– To jest chyba, ku*wa, jakiś żart – prychną Marek.

Do tej pory nie widzieliśmy nawet zarażonego psa, a teraz pędził na nas ogromny, pokryty szronem łoś. Otworzyliśmy ogień, ale zwierz nawet nie zwolnił. Podjąłem szybką decyzję. I tak już wiedzieli o naszym istnieniu, ale przecież mogli wykryć tylko mnie. Nie sądziłem, by zwrócili uwagę na to, że strzały zostały wykonane z różnych broni, więc chłopaki mogłyby się skryć na ten moment i później ruszyć za nami. Przynajmniej wierzyłem, że nie postanowią mi od razu rozwalić łba. Wyciągnąłem z kieszeni szarą kulkę, którą wrzuciłem do ust. Była ona ważnym elementem planu, który przygotowałem sobie już podczas śledzenia grupy, przygotowując się na wszelkie ewentualności.

– Wycofajcie się! – nakazałem towarzyszom.

Przerzuciłem karabin przez ramię i przygotowałem się do skoku. Łoś biegł prosto na mnie. Złapałem go za śliskie poroże, odbijając się podkulonymi nogami od masywnego łba. Szybkim ruchem przełożyłem lewą nogę, przekręciłem się i z rozmachem wylądowałem na jego szyi. Wyciągnąłem zza pasa nóż. Łoś próbował mnie zrzucić, miotając się we wszystkie strony, lecz na nic mu się to zdało. Ostrze parokrotnie wbiło się w kryształowe oczy. Zeskoczyłem na ziemię, nie chcąc zostać przygniecionym przez wielkie ciało. Spodziewałem się widoku, który zastałem po obróceniu się. Kilku gości kierowało we mnie lufy karabinów.

– Proszę, proszę, co my tu mamy – odezwał się jeden. – Co tu robisz, żołnierzyku? Czyżbyś nas śledził? A może próbujesz uratować świat? – prychnął i splunął z pogardą. – Na co czekacie, idioci?! Rozbrójcie go!

Podeszło do mnie dwóch zbirów. Posłusznie oddałem broń, wiedząc, że próba jakiejkolwiek walki w tym momencie nie ma najmniejszego sensu. Na nic się zdają lata doświadczenia przy takiej przewadze.

– Załóżcie mu kajdanki. Szef jutro zdecyduje, co z nim zrobić.

Prowadzili mnie w samym środku na wypadek, gdybym jednak chciał czegoś spróbować. Nie oglądałem się do tyłu, nie chcąc nasuwać im czegoś na myśl, ale byłem pewien, że przyjaciele idą jakieś sto metrów za nami.

Doszliśmy do posterunku policji. Widocznie nie byli tak strasznie tępi, skoro wybrali to miejsce na swoją bazę… chociaż ta krztyna inteligencji mogła ograniczać się tylko do ich szefa. Mieli tutaj pomieszczenia przystosowane do przetrzymywania więźniów, mogli wykorzystać część asortymentu, a sam budynek był solidny.

Po złożeniu złota w jednym z pomieszczeń, nałożyli wszystkim kajdanki i zaprowadzili do cel. Zdjęli ze mnie resztę opancerzenia i odłożyli chwilowo na biurko w jednym z prywatnych pomieszczeń funkcjonariuszy. Pewnie stwierdzili, że są to rzeczy na tyle cenne, by to szef zadecydował o ich przeznaczeniu. Bali się go, to dawało się odczuć.

Zamknęli mnie z jakimś nastolatkiem i starszym dziadkiem. Tylko ja miałem ręce skrępowane za plecami. Parę minut po odejściu strażnika, spojrzałem na korytarz. Czysto.

– Młody? – szepnąłem.

– Tak?

– Znasz Arka?

– Syna policjanta? Znalazł go pan? – W jego oczach pojawiła się iskra nadziei.

– Liczyłem na to, że ty coś wiesz na temat jego lokalizacji.

– Chodzi o ten dom, prawda? Dlatego pan go szuka? Też to widziałem, wracaliśmy wtedy ze szkoły.

– Bystry z ciebie chłopak. Porozmawiamy o tym wszystkim później. Teraz musimy zająć się czym innym. Wyciągnij ręce.

– Po co? – spytał ze zdziwieniem.

– Zaraz się dowiesz, wyciągnij je.

Wyplułem mu na dłonie szarą maź. Zmarszczył brwi.

– Co to jest?

– Nieistotne. Włóż mi to do zamka, ale ukształtuj tak, żeby wystawał płaski uchwyt. Powinno wystarczająco stwardnieć w ciągu paru minut, ale przetrzymam to przez jakiś kwadrans. Chyba nie myślałeś, że mam zamiar tutaj gnić. Przygotowałem się na ucieczkę, zanim jeszcze mnie złapali.

Usiadłem w kącie, nie chcąc, by strażnik miał jakiekolwiek podejrzenia, gdyby tędy przechodził. Pomieszczenie miało małe wymiary, ideale do tego, by mój plan przeszedł bez zmian.

– Chciałby pan pomóc w ucieczce? – spytałem starszego współlokatora.

– W jaki sposób?

– Musicie odegrać scenkę, która sprawi, że strażnik wejdzie do środka. Zakładam, że nawet nie próbują was zapamiętać, czyż nie?

– Tym bardziej nie pamiętają, kogo z kim zamknęli – mruknął chłopak. – Ale o tym, gdzie zamknęli pana, na pewno nie zapomną.

– Wiem, dlatego ty przebierzesz się za mnie i zaczniesz udawać trupa. Twoje ubrania schowamy pod kocem. Musimy to zrobić szybko, żeby strażnik nie zwrócił uwagi.

– I co dalej? – odezwał się dziadek.

– Pan zacznie się tłuc i zawoła strażnika. Powiedzenie mu, że połknąłem jakąś kulkę i padłem na miejscu powinno być wystarczająco przekonujące, by tutaj wszedł. No chyba że się mylę co do ich poziomu inteligencji i tego, jak bardzo im może zależeć na tym, co mogę wiedzieć. Wtedy byłby mały problem. Jednak to raczej mało prawdopodobne. Będzie się bał podstępu, ale wejdzie do środka, tylko gotowy do obrony. Ale o ataku z góry nawet nie pomyśli. No to jak, wchodzicie w to?

– Lepiej próbować niż czekać na śmierć – stwierdził chłopak.

– No to zaczynamy. Młody, teraz ostrożnie otworzysz mi zamek, a pan niech stanie przy kratach i wygląda strażnika.

Po chwili usłyszałem pyknięcie. Z ulgą ściągnąłem krępujące ruchy kajdanki. Od razu oswobodziłem też ręce chłopaka, który lekko się uśmiechnął.

– Jeszcze się nie ciesz, przebierzesz się i zaraz znowu ci je nałożę. I to w jeszcze gorszy sposób, bo z tyłu.

Po rozebraniu się do bielizny poczułem panujący w pomieszczeniu chłód. Pewnie nie było o wiele cieplej niż na zewnątrz. Nikt nie fatygował się o włączenie „żywym tarczom” jakiegoś ogrzewania. Pocieszające było to, że wszystko miało się rozegrać w miarę szybko.

Gdy chłopak położył się przy prawej ścianie w wystarczająco realistycznej pozycji, założyłem mu z powrotem kajdanki.

– Jak przyjdzie strażnik, żadnego ruchu – nakazałem i odwróciłem się w stronę starca. – Gdy tylko znajdę się pod sufitem, woła pan strażnika. Nie wytrzymam zbyt długo w takiej pozycji.

Wspiąłem się po przeciwnych ścianach i kiwnąłem głową.

– Strażnik, strażnik!

– Czego chcesz, głupi staruchu?!

Odziany w płaszcz mężczyzna staną przed wejściem.

– Ten wojskowy, co go dzisiaj złapaliście, właśnie połknął jakąś kulkę i stracił przytomność. To chyba jakaś trucizna.

– ku*wa mać, szef mnie za je*ie, jak on teraz zdechnie! Nawet niczego nie próbuj – powiedział, mierząc prosto w jego pierś. – Cofnij się pod róg. Dobrze, a teraz siadaj. Jak tylko spróbujesz wstać, jesteś trupem.

Zbir wszedł do środka, bacznie obserwując dwie osoby. Pewnie nawet nie przeszło mu przez myśl, że brakuje jeszcze trzeciej. Puszczając ściany, przymierzyłem się do uderzenia złączonymi dłońmi w skroń. Ten jeden cios wystarczył, by zwalić go z nóg. Objąwszy głowę prawą ręką, skręciłem mu kark. Już nie stanowił żadnego zagrożenia. Staruszek aż westchnął na ten widok. Wciągnąłem ciało w głąb pomieszczenia. Rozkułem młodego i zacząłem ściągać ubrania ze zbira.

– Nie zakłada pan tego? – spytał chłopak, wskazując na nałożony strój.

– Jeszcze nie, mam trochę inny plan.

Odpowiedź

Pokaż znaczniki BBCode, np. pogrubienie tekstu

Dodaj zdjęcie z dysku

Dodaj nowy temat Dołącz do grupy +
Avatar Kubox123456
Właściciel: Kubox123456
Grupa posiada 8199 postów, 746 tematów i 709 członków

Opcje grupy Lubię się bać

Sortowanie grup

Grupy

Popularne

Wyszukiwarka tematów w grupie Lubię się bać