Hmm... No to mogę się bardziej popisać.
Ozymandias z Watchmen. W zasadzie ciężko nazwać go złoczyńcą. Owszem, zabił miliony niewinnych ludzi, ale każda jego akcja miała na celu chronienie ludzkości. Podczas gdy główni bohaterowie kierują się bliżej niesprecyzowanymi ideami i tak naprawdę tylko zabijają pomniejszych przestępców, Ozzy jako jedyny dba o interes ludzkości. Powodem, dla którego jest technicznie tym złym jest fakt, że interesował go szerszy obraz. I koniec końców wygrał. Przechytrzył swoich dawnych przyjaciół, współpracowników, najpotężniejszą istotę na Ziemi oraz niemal wszystkich ludzi świata. Biorąc pod uwagę fakt, że w komiksach bohaterowie niemal zawsze wychodzą zwycięsko, jest to godne podziwu.
A co do gier:
Lord Blackthorn z Ultimy V. Teoretycznie jest jedynie stereotypowym złoczyńcą, którego projekt składa się z zaledwie kilku pikseli. Uzurpator do tronu, podły dyktator, władca zła itd. Ale po głębszym namyśle, jego motywy są nawet zrozumiale. Chciał ustanowić porządek w Brytanii, poprzez przekształcanie cnót w prawa, za których przekroczenie groziły kary. To mogłoby się udać, gdyby nie znalazł się pod wpływem Władców Mroku. Nawet, gdy po kolei morduje twoich towarzyszy, chce tylko osiągnąć stopień Awatara, co było celem gracza przez całą poprzednią grę. Na plus można także zaliczyć fakt, że po wygnaniu zmienił ścieżkę i dołączył do klasztoru na Wyspie Węża.
Asriel Dreemurr z Undertale. Wiem, pikselowaty kwiatek też wydał mi się mało przerażającym wrogiem. Ale gdy przeszedłem grę, zmieniłem zdanie na przeciwne. Flowey to perfekcyjny złoczyńca, głównie ze względu na łamanie czwartej ściany od początku do końca gry. Jego walka w neutralnej wersji to szczerze jedna z najbardziej psychodelicznych sekwencji w grach wideo. Chwast usuwa twój zapis, napieprza w ciebie wszystkimi możliwymi atakami, demonstruje swoją moc przy każdej możliwej okazji, a kiedy już myślisz, że wygrałeś, regeneruje sobie cale zdrowie i nazywa cię idiotą. A mimo to, pod koniec, kiedy już ukończyłeś ścieżkę pacyfisty, autentycznie ci go żal. Jako jedyny potwór zostaje w podziemiu, zapomniany lub znienawidzony przez wszystkich, łącznie ze swoimi rodzicami. To perfekcyjny przykład antagonisty, do którego można żywić strach, gniew i współczucie niemalże jednocześnie.
Big Boss z Metal Gear. To jeden z nielicznych wrogów, który został przez graczy lepiej zapamiętany jako bohater. Co go czynie tak dobrym? Po pierwsze, gość jest ostatecznym kozakiem. W MGS 3 własnoręcznie rozwala grupę dziwadeł z supermocami przy pomocy podstawowej broni, a w MGS 5 (spoiler) cały czas stoi za kurtyną, obserwując poczynania swojego sobowtóra. Po drugie, jego obecność jest czuta w każdej grze z serii, gdyż jest ojcem zarówno głównego bohatera, jak i jego największego wroga. Po trzecie: jest wręcz archetypem upadłego bohatera. Został zdradzony praktycznie przez wszystkich, stracił niemal wszystko, widział niewiarygodną ilość przemocy i cierpienia a mimo to do końca walczył o coś, w co wierzył - świat, w którym żołnierze jak on będą coś znaczyli. Jego śmierć jest prawdopodobnie jednym z najsmutniejszych momentów w historii gier.
AM z I Have No Mouth And I Must Scream. Klasyczny koncept AI, które wymknęło się z pod kontroli i zniszczyło ludzkość, wykonany perfekcyjnie. Gra (bo o tej wersji tu piszę) robi świetną robotę w przekonywaniu gracza, że AM jest praktycznie bogiem, którego pokonać można co najwyżej moralnie. Żywi on niezmierną nienawiść do bohaterów gry i torturuje ich na wszelkie możliwe sposoby, zanim w końcu daje im szansę na śmierć. Zniszczenie go jest niezwykle trudne, a porażka... sugeruję zagrać :L