piotrkacz opowiadania i zaczątki powieści

Temat edytowany przez piotrkacz - 1 lutego, 20:58

Avatar piotrkacz
Nie wiem czy ten temat się nadaje, ale chcę zapytać co sądzicie o krótkim opowiadaniu jakie napisałem, kończy się smutno, dlatego nie wiem czy się nadaje na tą stronę:

Podczas walk z Persami, pod wodzą Aleksandra, służyłem jako falangita. Przechodziliśmy przez Azję Mniejszą. Byłem uzbrojony dość lekko w porównaniu z oddziałami bezpośrednio pod wodzą Aleksandra. Posiadałem tylko sarisę i tarczę. Na głowie miałem hełm a ubrany byłem jedynie w lekką skórzaną zbroję.
W centrum Bitynii zatrzymaliśmy się na noc. Każda syntagma obozowała oddzielnie, w końcu 256 ludzi zajmuje trochę miejsca. Zatrzymaliśmy się na płaskowyżu, okrążonym przez bujny zielony las, w którym było słychać wiele różnej zwierzyny. W taborze znajdowała się nasza żywność, gdy zatrzymaliśmy się, wszyscy zmęczeni wędrówką rzucili się na należące do nas wozy. Po pobudce w oddali zauważyliśmy perską armię, więc zaraz zaczęliśmy się ustawiać w formację bojową. Nasza armia składała się z blisko 10000 falangitów, 5000 żołnierzy miotających i 2000 konnych, dowodzonych bezpośrednio przez Aleksandra. Oprócz tych głównych sił, uczestniczyły jeszcze mniejsze oddziały hoplitów zrekrutowane w Grecji. Ustawiony zostałem w 4 rzędzie 1 kolumny naszej syntagmy, a syntagma była na lewej flance. Po lewej miałem oddział najemny z Tracji który miał chronić nasze lewe skrzydło.
Nagle zauważyliśmy jak jedzie perska lekka kawaleria, poleciały strzały z za naszych pleców. Kawaleria nagle skręca w prawo (nasze lewo), jest już na naszym skrzydle. Szarżuje na Traków, a oni wpadają w rozsypkę, cała moja kolumna obraca się i teraz jestem w pierwszym szeregu naprzeciw jazdy perskiej, pochylamy sarisy. Pierwsze rzędy kawalerii nie nadążają zawrócić, są wepchnięte prosto na nasze sarisy. W tym momencie przybiegają oddziały najemne z Grecji. Persowie są w potrzasku, z jednej strony naciskani przez Greków, z drugiej my zaczęliśmy poruszać się w ich stronę. Ich atak zakończył się śmiercią wszystkich szarżujących.
Po rozprawieniu się z kawaleria perską , otrzymaliśmy rozkaz aby nasze taxis stworzyło coś na kształt litery “L” z główną linią i zaczęło poruszać się w stronę centrum. Zauważyłem, że przeciwległe taxis zaczęła robić to samo. W centrum było widać wielu nieśmiertelnych próbujących przebić się przez nasze szyki, a za nimi łuczników strzelających w główną linię. Poruszaliśmy się nieprzerwanie w stronę zgrupowanych nieśmiertelnych, łucznicy zdołali uciec, lecz nasza kawaleria ich wybiła. Gdy między atakującymi taxis było nie więcej jak 10 metrów odstępu, między nami były już same trupy. Rozkazano wrócić nam jak najszybiej na pozycję początkową. Lecz nagle zauważyliśmy wielkie zwierzęta.
- Słonie! – rozległ się wokół krzyk z tysięcy gardeł
Dowódca naszego taxis zrozumiał, że nie zdążymy wrócić. Zanim obróciliśmy się w stronę nadciągającego zagrożenia zauważyłem ludzi z pochodniami biegających między łucznikami, zrozumiałem, że będą używać podpalonych strzał.
Ustawiliśmy się w linii nacierało na nas 5 słoni. Nasze sarisy pod ich naporem popękały nasze taxis poszło w rozsypkę. Wtedy łucznicy strzelili po raz pierwszy, słonie wpadły w szał. Ostatnią rzeczą jaką widziałem była spadająca na mnie noga słonia i zginąłem.


Jak chciało się wam przeczytać, napiszcie co sądzicie
dodam jeszcze wytłumaczenie kilku pojęć:
syntagma-najmniejszy oddział falangitów w starożytnej Macedonii liczył 256 żołnierzy
sarisa-długa pika, długość różniła się zależnie od okresu, mogła mieć nawet 6 metrów długości
taxis-chyba kilka syntagm (tak zrozumiałem z rysunku na wikipedii)

pik123.firebaseapp.com/opowiadania/falangita

Avatar Zacmiony
Moderator
Dużo opowiadań tutejszych jest smutne więc się nadaje

Avatar Jejak4627
Według mnie jest bardzo fajne

Avatar cristofer6
Moderator
Świetne

Avatar piotrkacz
Myślę jeszcze, żeby w przyszłości opisać z punktu widzenia legionisty

Avatar Jejak4627
Mógłbyś to zrobić i tu wrzucić

Avatar piotrkacz
no właśnie tak myślę, ale jeszcze nie zacząłem pisać

Avatar Jejak4627
No to możemy poczekać :D

Avatar piotrkacz
Obiecane przez mnie z punktu widzenia legionisty, ale najpierw kilka koniecznych pojęć:
onager-machina oblężnicza (coś na kształt katapulty)
hastati-najmłodsi żołnierze w legionie
triari-najstarsi żołnierze w legionie
principes-pomiędzy triari i hastati
leves-rzymscy oszczepnicy
Centuria-oddział liczący 60 hastati lub principes lub 30 triari
Gladius-miecz obosieczny używany przez legionistów
Pila-oszczep którym posługiwali się legioniści
Scutum-charakterystyczna rzymska tarcza

pik123.firebaseapp.com/opowiadania/legionista

a teraz opowiadanie:
Służyłem w legionie pod znakiem wilka. Walczyliśmy w Galii pod wodzą Juliusza Cezara. Drogi przez które przechodziliśmy byłe opustoszałe, a naokoło były tylko bujne lasy, mógłby okryć się tam cały oddział wroga, a byśmy nawet go nie zauważyli. Było nas 10 centuri hastati, 3 centurie principes i 1 centuria triarii, oprócz głownych sił szły z nami oddziały pomocnicze liczące około 500 leves i 100 nagich wojowników zrekrutowanych z plemion które mijaliśmy, a nie były zbyt wrogo nastawione, a w za sowitą opłatą nawet chętne do współpracy. A dowódca był w jedynym naszy oddziale kwalerii liczącym 30 konnych.
Po 6 godzinnym marszu dotarliśmy do pierwszej wioski jaką widzieliśmy od rana. Lecz jej widok nas zdziwił, nikogo w niej nie było, tak nam się przynajmniej zdawało przez panującą wokoło ciszę i bezruch. W centrum wioski zauważyliśmy obszerny plac, z miejscem na ognisko, a nieopodal ogniska znajdował się dom zebrań (wnioskowałem to po tym, że był to największy budynek w całej wiosce). Dom zebrań został zajęty przez oddział dowódcy i triarii – ze względu na ich rangę powinni zająć najlepsze miejsce. Principes rozłożyli namioty okrążając dom zebrań, my (hastati) natomiast rozłożyliśmy skóry, które służyły nam za posłania, wokół principes. Leves i tubylcy zajęli pomniejsze domy, lecz i tak wiele pozostało wolnych, widocznie to nie była jakaś mała wioska, lecz całe miasto. Wolne domy były głównie na krańcach wioski. Przez noc 1 centuria hastati miała stać na straży rodzielona na każdą bramę prowadzącą, a były 3, więc 20 żołnierzy pilnowało każdej. Każdy ze strażników był w pełnym uzbrojeniu, tzn. scutum, dwie pile i gladius. Centuria do której należałem miała wartę jako pierwsza. Podczas nasze warty nic się nie działo, lecz podczas zmiany usłyszałem odgłosy walki dobiegające z tyłu, byliśmy gdzieś w połowie drogi między bramą a centrum obozowiska, za 100 metrów bylibyśmy już między swiomi. Zostałem wysłany aby obudzić naszą armię. Pozostała część mojego oddziału ustawiła się tak, że zupełnie blokowała główną drogę. Ustawili tak równą ścianę z tarcz, że niektózi architekci mogliby żałować, że nie potrafią takiej postawić. Nie zdążyłem przebiec nawet połowy drogi, a wyskoczyłe na mnie jeden z nagich mieczy, ku przerażeniu poznałem go, to był jeden z tych których zrekrutowaliśmy.
Zamachnął się mieczem, odparowałem cios tarczą, w ręce miałem pilę, nie miałem czasu wyciągnąć miecza, uderzyłem go tarczą w twarz i wbiłem mu oszczep trafiając w szyję, krew polała się naokoło. Wyrwałem oszczep z nieruchomego ciała i z jeszcze większym pośpiechem popędziłem do obozu. Po około minucie byłem już w obozie i budziłem wszystkich co mijałem. Po około 5 minutach wszyscy hastati zostali obudzeni przez krzyki, jeszcze pobiegłem do domu zebrań aby obudzić wodza. Rozkazał ustawić po 1 centurii na każdej drodze prowadzącej do bramy, reszta miała ustawić się w czworoboki. Po 10 minutach zauważyłem wycofujących się żołnierzy z mojej centurii zostało nas około 40, ustawiliśmy się według rozkazu. Słysząc krzyki przybyli również leves, którzy ustawili się w większości za hastati broniącymi drogi, lecz reszta dostała rozkaz aby ustawić się w środku czworoboków. Po kolejnych 5 minutach oczekiwania i nie pojawiających się wrogach, zauważyliśmy uciekające niedobitki, tych co mieli mieć teraz wartę.
Byliśmy okropnie zmęczeni, czekaliśmy w takim ustawieniu około 2 godzin, aż w końcu przybyli wrogowie. Biegli nadzy prosto na nasze oddziały. Hastati wyrzucili pile dalekie, a następnie pile bliskie, mocno przerzedzając szeregi wroga. Natychmiast po wyrzuceniu swoich oszczepów hastati zwarli szyk i ustawili się murem. Teraz oszczepy poleciały w ich stronę, większość wbiła się w tarcze, lecz kilka trafiło w cel, od razu nastąpiło przesunięcie się, uzupełniające ścianę. Leves cały czas rzucali swoimi oszczepami. Galowie w końcu wpadli w rozsypkę i zaczęli uciekać.
Wtedy nastąpiła rzecz niesłychana, okropna wręcz. Zauważyliśmy płonący pocisk rozdzierający niebo lecący prosto na jedną centurię principes. Prawie nikt z nich nie przeżył. Zrozumieliśmy - wróg ma onagery. Wódz stwierdził, że nie ma co zostawać w miejscu, jest to zbyt niebezpieczne.
- Żółw! – usłyszeliśmy jego rozkaz
W ciągu może 10 sekund byliśmy ustawieni w odpowiedni szyk. Centuria które blokowała drogę rozsunęła się przepuszczając nas, po przejściu przez utworzone przez nich przejście, rozszerzyliśmy szyki, aby zająć całą ulicę. Tamci ustawili się za nami przedłużając naszego “żółwia”. U bramy zauważyliśmy zwarty szyk barbarzyńców, oni również nas zauważyli, bo w naszą stronę poleciały oszczepy, strzały i kamienie z proc. Nie narobili nam za wiele szkód, szliśmy niezmordowanie dalej. Dotarliśmy w pobliże linii wroga (jakieś 15 metrów od nich byliśmy) leves idący za nami, dostali od strzał i kamieni, ale już zaczęli rzucać we wrogów oszczepami. My również wyjęliśmy oszczeby i zaczeliśmy biec w stronę wroga, nie trzymając już szyku, w odległości 10 metrów rzuciliśmy nasze pierwsze pile (ci co jeszcze je mieli, czyli nie bronili ulicy tylko stali w czworoboku), w odległości 5 metrów rzuciliśmy drugie, tak przerzedzając ich szyki dotarliśmy do nich.
Jeden z wrogów na mnie skoczył, przerzuciłem go tarczą do tyłu, mój kolega za mną go dobił. Przebijaliśmy się dalej, skoczył na mnie drugi lecz nabił się na wystawiony przeze mnie miecz. Zauważyłem onager, krzykiem oznajmiłem reszcie o znalezisku. Skupiliśmy się aby przebić się do niego, kiedy do niego dotarliśmy, walczyliśmy już z obrońcami onagera dotarli do nas hastati którzy przebili sie przez pozostałe bramy. Onager został przejęty, a wróg albo był martwy, albo uciekał.
Po przeliczeniu strat okazało się, że zostało nas 6 centurii hastatich, 2 centurie principes i około 10 ludzi z większości poległej, natomiast trarii i eskorta wodza nie odniosła żadnych strat. Pozostało nam około 300 leves. Wódz stwierdził, że trzeba powrócić do Italii aby uzupełnić oddziały.

Avatar Jejak4627
No według mnie bardzo fajne

Avatar piotrkacz
Jejak4627 pisze:
No według mnie bardzo fajne

dzięki

Avatar Panzwierz
Ja bym powiedział 7/10 pog ale nie arcydzieło.

Avatar piotrkacz
tak mniej więcej wygląda "żółw", dla tych którzy mogli się nie domyślićZdjęcie użytkownika piotrkacz w temacie piotrkacz  opowiadania i zaczątki powieści

Avatar piotrkacz
Panzwierz pisze:
Ja bym powiedział 7/10 pog ale nie arcydzieło.

również dzięki, za uczciwą ocenę

Avatar Tajnyifajny
piotrkacz pisze:
tak mniej więcej wygląda "żółw", dla tych którzy mogli się nie domyślićZdjęcie użytkownika Tajnyifajny w temacie piotrkacz  opowiadania i zaczątki powieści


Nie wiem skąd
Ale wiedziałem co to żółe
Chyba z asterixa i obeliksa

Avatar piotrkacz
Tajnyifajny pisze:
Nie wiem skąd
Ale wiedziałem co to żółe
Chyba z asterixa i obeliksa

No tak, bo tam z zasady legiony były ustawione w żółwia

Avatar Zacmiony
Moderator
Jejak4627 pisze:
No według mnie bardzo fajne

No niezłe

Avatar mkiuytfdsxcvbnk
Ano, złe nie jest
Tylko czytać się nie chce, długie

Avatar piotrkacz
po dość długiej przerwie zamieszczę jeszcze jedno, może nie ostatnie


Przybyłem do Krakowa razem z moją służbą. W niedługim czasie mieliśmy wyruszyć w stronę Wiednia, czekaliśmy jedynie na oddziały z Litwy. Kolejnego dnia, ku zaskoczeniu większości oficerów, król Jan III Sobieski wydał rozkaz do wymarszu. W Tulln połączyliśmy się z siłami austriackimi i osłabionym konfliktem z Francją, wojskami niemieckimi. Na szczęście dowództwo otrzymał nasz król, a nie jakiś pruski książę. Po przeprawie Sobieski zostawił siły sojusznicze z rozkazem nacierania na Tureckie umocnienia poprzez pagórkowaty teren.
Nasze siły przeprawiły się w ciągu 2 dni przez Las Wiedeński, ciury rozstawiły armaty i rozpoczął się ostrzał. Każdy z Polaków założył słomiane opaski na ramię, aby przypadkiem swojego nie trafić. Po jedenastu godzinach zaczęliśmy przygotowywać się do szarży. Służba pomagała ubrać pancerze, przynosiła kopie z królewskich wozów. Miałem ubrany szyszak przystrojony piórami, zwykły pancerz husarski, a do tego na ramieniu (oprócz słomianej opaski) lamparcią skórę. Wsiadłem na konia, po chwili jeden z ciurów przyszedł i przymocował skrzydło z jastrzębich piór do siodła. Za pasem miałem pistolet oraz szablę. W ręku trzymałem pikę długą na 5 i pół metra z proporcem zaledwie o połowę krótszym . Król poprowadził nas, ruszyliśmy kłusem w rozciągniętym szyku, następnie przeszliśmy w cwał. Sobieski przesunął się na tyły, zaczęły latać kule, pierwsza salwa nic nam nie zrobiła, prawie nikt nie spadł z konia, jechaliśmy dalej. Nastąpiła kolejna salwa tym razem trochę koni padło z połamanymi nogami lub martwe. Pachołkowie szybko doprowadzili nowe konie dla tych co spadli i już po chwili podążali za resztą. Szybko ściaśniliśmy szyk, lewym kolanem dotykałem boku konia, prawym dotykałem drugiego husarza. Wpadliśmy jak burza w środek muzułmańskiej piechoty, nie byli w stanie nic zrobić. Dwóch nabiłem na kopię, nie mogłem jej wyciągnąć, to ją porzuciłem. Wyrwałem pistolet zza pasa strzeliłem z bliska, rozwalając głowę Turkowi zamierzającego się na mnie piką. Chowam pistolet i wyjmuję szablę. Zauważam, że chorąży zawraca, więc toruję sobie drogę z powrotem, tnąc na prawo i lewo. Trochę głów spod mojej ręki pospadało. Wróciliśmy do obozu, tam zaraz nasze niedobitki otrzymały nowe kopie i ruszyliśmy co koń wyskoczy dobijać uciekających nieprzyjaciół. Całość nie trwała więcej niż godzinę. Weszliśmy triumfalnie do głównego obozu. Na ziemi leżało wiele pięknych szabli i tarcz osmańskich oraz tatarskich. Zauważyliśmy również wozy pełne pięknych materiałów i wiele worków z kawą. Nasz miłościwy król wysłał do Polski 80 wozów tych dóbr. Zanim jeszcze wróciliśmy mogliśmy się przekonać o braku wdzięczności cesarza Leopolda. Nie mogliśmy nawet wchodzić do uratowanego miasta, bo mogli nas zastrzelić. Jak najszybciej zaczęliśmy wracać do Polski.
W Krakowie zostaliśmy przywitani radośnie. Wjazd naszych husarskich chorągwi przystrojonych w skrzydła, lamparcie skóry, bogato zdobione uzdy i siodła, a oprócz tego również piki z powiewającymi proporcami. Widok był przepiękny, wzbudzał zazdrość przedstawicieli innych państw europejskich oraz zachwyt tłumu.

ciura- ciura obozowy(służący)

pik123.firebaseapp.com/opowiadania/husarz

Avatar Alfa7
Właściciel
Pog

Avatar piotrkacz
Alfa7 pisze:
Pog

dzięki

Avatar Ozywiony_Ciasteczek
Moderator
Guns Gore i Cannoli się przypomina

Avatar piotrkacz
czyli tutaj linków do moderacji nie wysyła, ciekawe

Avatar cristofer6
Moderator
Nie, tutaj nie
I też pod innymi działami nie wysyła takich, które są do zaufanych witryn, np. YouTube, Wikipedia, no i przede wszystkim Jeja.

Avatar piotrkacz
nie no, wiedziałem, że youtube'a, wikipedii i linków z jeja nie wysyła
ale chyba ostatnio trochę poprawili działanie wysyłania do moderacji, bo próbowałem wysłać zmieniając "." na spację i też wysyłało do moderacji
ta strona na telefonie jest trochę zbugowana, muszę to jakoś naprawić

Avatar cristofer6
Moderator
O, ja ostatnio dałem ze spacją i się nie wysłało. Albo poprawili, albo w dalszej części linku było coś, co wykrył algorytm i wysłał.

Avatar piotrkacz
piotrkacz pisze:
pik123.firebaseapp.com/opowiadania/chessclub

na tej stronie zamieściłem swoje opowiadania

Avatar piotrkacz
cristofer6 pisze:
O, ja ostatnio dałem ze spacją i się nie wysłało. Albo poprawili, albo w dalszej części linku było coś, co wykrył algorytm i wysłał.

no jak to w komach pod pogadajcem próbowałem wysłać tak jak kiedyś się dało, to teraz się nie udało

Avatar cristofer6
Moderator
Poprawili widocznie.

Avatar piotrkacz
Powieść I


Germania, starożytność, okolice lasu Teutotoborskiego

Rozdział 1

Trzymałem łuk, obserwowałem uważnie jelenia. Celuje, strzelam, jeleń pada na ziemię. Wołam drugiego myśliwego, razem podchodzimy do martwego zwierzęcia. Łapiemy go za tylne nogi i ciągniemy do wioski, jest bardzo ciężki, to dobrze, bo będzie więcej jedzenia dla mieszkańców naszej wioski. Kiedy dotarliśmy do wioski, mój ojciec bardzo ucieszył się na mój widok – przyniosłem zdobycz z mojej drugiej wyprawy myśliwskiej.
Miałem 15 lat, byłem drugim od najstarszego synem naszego wodza, byliśmy plemieniem germańskim. Mój starszy brat miał 17 lat. Utrzymywaliśmy się głównie z polowania w okolicznych lasach, nasze kobiety często chodziły również zbierać różne owoce, a nawet polować na dziką zwierzynę. Mieliśmy również kilka krów, a w całej naszej wiosce było bardzo dużo psów. Natomiast w naszej wiosce żyło około 500 ludzi, licząc kobiety i dzieci.
Ja i mój starszy brat (który był tym drugim myśliwym) wymieniliśmy skórę naszego jelenia na garniec masła z krowiego mleka. Kiedy wracaliśmy do naszej chaty zauważyliśmy konie, było to dziwne, bo w naszej wiosce nikt konia nie miał, oznaczało, to że przybyli jacyś handlarze lub posłańcy, od głównego wodza germańskich plemion, nie mogło to oznaczać zbyt wiele dobrego.
Gdy byliśmy jakieś dziesięć metrów od wejścia do naszej chaty, wyszedł z niej nasz ojciec, widać było że jest bardzo zmartwiony, oprócz niego wyszło jeszcze dwóch mężczyzn, których nie poznałem. Ojciec zatrzymał się w wejściu, oni natomiast wsiedli na konie i odjechali. Mogło to oznaczać tylko jedno – po ostatnich posiłkach jakie zapewniliśmy w wojnie z Rzymem, przybyli po kolejne.
Ojciec nas zauważył i powiedział do nas, że musi wysłać jeszcze 100 ludzi na wojnę. Ze względu na to, że nie mógł zostawić samych kobiet i starców, zdecydował, że weźmie 80 mężczyzn i 20 kobiet. Kazał wszystkim zebrać się na placu i ustawić według wieku, a następnie rozpoczął przemowę:
- W związku z wezwaniem związku plemion germańskich, musimy wystawić 100 wojowników gotowych na wiele wyrzeczeń. Zostanie wybrane 80 mężczyzn i 20 kobiet. Proszę o zgłoszenie się ochotników.
Zgłosiłem się, chcąc zdobyć sławę i bogactwo, aby założyć rodzinę. Oprócz mnie zgłosił się również mój brat. Ojciec mnie przyjął do oddziału, lecz jemu odmówił i powierzył obowiązki przewodniczenia wiosce na czas jego nieobecności. Wieczorem już mieliśmy skompletowany oddział, którym dowodził nasz wódz. Przykazał nam się przygotować i wziąć miecz lub włócznie, tarczę, łuk i strzały, a jeżeli ktoś posiada, to również zbroję.
Następnego dnia wyruszyliśmy w stronę Lupfurdum. Szliśmy blisko 3 dni, po drodze polując na zwierzynę.


Jeśli coś zmienić, albo dodać to chętnie przyjmę sugestie

pik123.firebaseapp.com/powiesci/rozdzial1-wit
link do mojej strony z opowiadaniem

Avatar piotrkacz
przydałby mi się również tytuł oraz imię dla głównego bohatera, bo nie podoba mi się które mu na razie dałem

Avatar Ozywiony_Ciasteczek
Moderator
Bezimienny

Avatar piotrkacz
Powieść I

Rozdział 2

Rozdział II
“Warusie, gdzie są moje legiony?”
W Lupfurdum zauważyliśmy wiele innych oddziałów podobnych do naszego. Ilość zbrojnych liczyła pewnie nawet blisko 20 tysięcy. Zostaliśmy oddani pod komendę Arminiusza, który przejął dowództwo nad wszystkimi przybyłymi. Kazał nam odpocząć przed wyruszeniem na drogę z której wielu z nas nie wróci.
Kolejnego dnia, bo po naszym przybyciu już słońce zachodziło, zostały sprawdzone nasze umiejętności, ja trafiłem do oddziału łuczników, mój ojciec zaś trafił do elitarnej piechoty, lecz kazano mu wymienić łuk na 3 oszczepy. Tak minął nasz pierwszy i ostatni dzień w mieście, bo kolejnego dnia wyruszyliśmy, jak ogłoszono tam gdzie ostatnio widziano legiony rzymskie. Ku mojemu przerażeniu wyruszyliśmy w kierunku z którego przybyliśmy.
Po 5 dniach byliśmy już w pobliżu naszej wioski, na szczęście jeszcze żadnych Rzymian nie spotkaliśmy. Mieszkańcy poinformowani przez posłańców, których wysłaliśmy na koniach 2 dni wcześniej, mieli przygotowaną dla nas zwierzynę upolowaną w okolicznych lasach. Po załadowaniu zapasów natychmiast wyruszyliśmy dalej.
Szliśmy dalej na południe, cały czas podróżowaliśmy między gęstwinami leśnymi, kawaleria podróżowała po wydeptanych ścieżkach, my natomiast szliśmy między drzewami. Dostaliśmy przykaz, aby w razie zobaczenia jakiegokolwiek zwierzęcia ustrzelić je i wziąć do taboru. Nie miał on wielkiego znaczenia, bo i tak w żadne zwierzęta się do nas nie zbliżały.
Pewnego dnia, przestałem liczyć mijany czas, nasze oddziały zwiadowcze przekazały, że idzie wielka armia Rzymian. Powiedzieli również, że ciągnie się na długości 15 kilometrów. Na tą wiadomość zatrzymaliśmy się, rozłożyliśmy obozem na noc.
Otrzymaliśmy rozkaz, aby uzbroić się, nie zdążyliśmy nawet się rozłożyć, więc za wiele czasu to nie zajęło. Założyłem tarczę na plecy, włożyłem miecz za pas i wziąłem łuk do ręki, kołczan ze strzałami miałem zawieszony na plecach niżej niż tarczę. Będąc tak wyruszyliśmy pod wodzą Prateksersa. Szliśmy w skupionym oddziale, jak już byliśmy w pobliżu i było słychać hałas idących żołnierzy: szczęk zbroi, rozmowy i śmiechy. Zbliżaliśmy się po cichu.
Gdy się już zbliżyliśmy, zobaczyliśmy, że rozpoczęli rozstawiać ufortyfikowany obóz. Nasz generał rozkazał od razu rozpocząć atak. Najpierw w stronę wroga zaczęliśmy strzelać z łuków, po wystrzeleniu pierwszy raz, Rzymianie ustawili się w kółka, obróceni tarczami do zewnątrz z wystawionymi mieczami pomiędzy nimi. Próbowali się przesunąć do swojego obozu. Po wystrzeleniu usłyszałem rozkaz:
-Naprzód!-zawołał generał.
Zdjąłem tarczę z pleców, odrzuciłem łuk i wyjąłem miecz. Kawaleria wroga była już poza naszym zasięgiem – w swoim obozie. Zaczęliśmy biec w stronę wroga. Skoczyłem w stronę jednego z kółek jakie utworzyli Rzymianie. Zaatakowałem wściekle, uderzając mieczem w tarczę jednego z nich, nagle obok mnie przeleciała strzała i wbiła się w nogę jednemu z nich, przewrócił się, a ja wbiłem mu mój miecz, szybko go wyrwałem i już zasłoniłem się tarczą, przed ciosem od innego legionisty, teraz szybko wyciągnęłem rękę uzbrojoną w miecz wbijając drugiemu w brzuch, pozostali z nich walczyli z moimi towarzyszami z oddziału, też ginęli pozostał jeden, którego oderzyłem tarczą w twarz i padł na ziemię ogłuszony. Nasze starcie zajęło tyle czasu, że już reszta Rzymian schowała się za obwarowaniami.
Po pierwszy dniu walk, w nocy zaczęliśmy ustawiać umocnienia. My ustawiliśmy z jednej strony, natomiast ci co dzisiaj zostali w obozie z drugiej, jeszcze na środku ustawiliśmy mniejszy oddział, bo Ariminiusz stwierdził, że legiony nie potrafią walczyć w gęstwinie. Czekaliśmy zmieniając się co godzinę przy prowizorycznym murze, aż w koncu rankiem zauważyliśmy ruch w obozie rzymskim. Wyszli i zawracali, więc zdążali w naszą stronę, byliśmy za zakrętem, a te informacje otrzymywaliśmy od zwiadowców. Gdy minęli zakręt i byli gdzieś w odległości 100 metrów od nas zaczęliśmy strzelać. Rzymianie padali jak muchy, widocznie postanowili nas szybko zaatakować zanim stracą więcej ludzi, bo zaczęli biec w naszą stronę. Mieli tarcze uniesione, aby ochronić się przed strzałami, my w tym czasie strzelaliśmy dalej, kolejni Rzymianie ginęli. Zauważyliśmy również, że za nimi są nasze oddziały. Rzymianie zostali okrążeni. Widoczne było, że ich generał jest w środku swoich legionów.
Nagle ku mojemu zdziwieniu skończyły mi się strzały, tak samo części innych wojowników. Ale akurat Rzymianie już byli blisko, ustawiliśmy się na szczycie naszych umocnień i zrzucaliśmy wspinających się Rzymian. Nagle dostaliśmy rozkaz aby zaatakować. Zaczęliśmy biec w ich stronę, każdy Rzymianin którego mijaliśmy padał martwy lub ranny. Wielu wrogów biegło w naszą stronę, lecz nie na wiele im się to zdawało. Kiedy zbliżało się południe, zobaczyłem, że Rzymscy generałowie popełniają samobójstwo, byliśmy i tak już pewni zwycięstwa.
Dobiliśmy resztki ich niby potężnej armii, wzięliśmy blisko 1000 jeńców, którzy zostali wzięci jako niewolnicy do większych miast naszych plemion. Nasz generał stwierdził, że czas teraz przejść do ataku, rozdzielił nas na mniejsze zgrupowania, aby gnębić więcej rzymskich miejscowości naraz. Natychmiast wyruszyliśmy dalej, przebyliśmy rzekę bez większych problemów i znowu byliśmy na drodze prowadzącej do walk. Oddziały tym razem zostały podzielone według wiosek z których przybyto, wysłaliśmy łupy wraz z 20 kobietami (żadna nie zginęła podczas walki w lesie). Żadna z kobiet nie zginęła, ale nasza wioska miała straty liczące 20 mężczyzn, tak więc nasz oddział liczący 60 ludzi wyruszył aby ograbić inne rzymskie wioski.

Avatar piotrkacz
Na razie ostatni rozdział

Rozdział 3


Rozdział III
Ci co nie mieli pancerzy, wzięli je z ciał poległych rzymskich legionistów, ten który wziąłem był trochę za duży lecz lepszy taki niż żaden, wymieniłem również mój miecz na gladius jakiegoś legionisty, ponieważ był wytrzymalszy od mojego, który po ostatniej walce był dość wyszczerbiony.
Dotarliśmy do wioski oddalonej o jakieś 15 kilometrów od Renu. Okolona była przez gęste lasy w centrum znajdowało się kilka większych budynków. Miasto nie miało bram ale była palisada, przy przerwach w niej stali strażnicy, widać było, że to nie miejscowi. Poczekaliśmy, aż wokół zapadł zmrok. Rozdzieliliśmy się po 5 szło do jednego domostwa. Po rozdzieleniu ról natychmiast przystąpiliśmy do akcji. Zabiliśmy obu strażników stojących przy bramie od wschodu i postawiliśmy tam pięciu naszych, a nastepnie skradając się weszliśmy do pierwszego budynku, weszliśmy po cichu przez frontowe drzwi, usłyszeliśmy w oddali szczekanie psa, nie zmartwiliśmy się nim, to normalne w każdej wiosce. Zostawiliśmy jednego przy drzwiach, skierowaliśmy się do pierwszego pomieszczenia na lewo, zobaczyliśmy małych ludzi leżących na ziemi, kilku na skórach, to było pomieszczenie w którym sypiały dzieci, stwierdziliśmy, że lepiej będzie najpierw złapać dorosłych. Otworzyliśmy drzwi z prawej strony wejścia, zobaczyliśmy dobrze wyposażoną kuchnię. Postanowiliśmy to wziąć, lecz najpierw trzeba wyłapać mieszkańców zanim się zorientują, że grozi im niebezpieczeństwo.
Otworzyliśmy po cichu drzwi do ostatniego pomieszczenie, i zobaczyliśmy blisko 10 dorosłych, zrozumieliśmy, że nie są to Rzymianie tylko Celtowie, Rzymianie nie mieszkaliby razem w tyle osób. No ale cóż niewolnik to niewolnik. Zauważyliśmy 5 osób nadających się na niewolników – 3 mężczyzn i 2 kobiety. Poszedłem po tego co stał przy drzwiach i razem zabiliśmy pięciu starców którzy byli w tym pomieszczeniu, a następnie zakneblowaliśmy i związaliśmy pozostałych, byli tak zaskoczeni, że nie stawiali oporu.
Wróciliśmy do pokoju dzieci, zobaczyliśmy trójkę dzieci, które nadawałyby się, reszta była jeszcze za mała, szybko ich związaliśmy i zakneblowaliśmy, zostali wyprowadzeni na zewnątrz do pozostałych złapanych. Wzięliśmy również do worków wyposażenie kuchni – przyda się u nas w wiosce. Wychodząc zauważyłem wielki budynek z którego słyszałem wiele rozmów, pomyślałem, że to kwatera wodza lub może mieszkanie niewolników, jeśli tak należałoby ich uwolnić. Wróciliśmy na punkt zbiórki, reszta również wróciła, mieli złapane wielu niewolników. Łącznie chyba złapaliśmy z trzydziestu młodych i silnych ludzi. Powiedziałem im o wielkim budynku, jednogłośnie stwierdziliśmy, że ktoś powinien iść sprawdzić co się tam mieści, do tego zadania zostałem wybrany ja.
Kiedy zbliżałem się do celu zauważyłem, strażnika, lecz nie był to legionista był uzbrojony jak celt – miał topór i tarcze średniej wielkości, a stojąc przed wejściem opierał się na włóczni, ale miał inny hełm, zwątpiłem: “Skąd on może być?”. Obszedłem budynek sprawdzając czy nie ma drugiego, zauważyłem go przy drugich drzwiach. Stwierdziłem, że to mieszkanie niewolników i wróciłem do współplemieńców, powiedziałem im co widziałem. Ustaliliśmy plan, dwóch pójdzie i zastrzeli strażników.
Jak postanowiliśmy tak zrobiliśmy, ja i mój ojciec podeszliśmy na jakieś 10 metrów od każdego strażnika obydwoje mieli zapalone pochodnie, więc byli dobrze widoczni, strzelamy. Wśród nocnej ciszy rozległo się charczenie. Podeszliśmy do trupów i wzięliśmy ich uzbrojenie, mieli ładne hełmy z rogami po bokach, nie widziałem jeszcze takich w okolicy, po cichu przeszukaliśmy najpierw pierwszego, tego który stał przy frontowych drzwiach, znalazłem u niego naszyjnik zrobiony tak jakby z ości ryb, a w kieszeni miał pękaty mieszek złota i srebra. Nie płaci się tyle zwykłym żołnierzom, więc stwierdziłem, że był najemnikiem, pochodzącym z brzegu jakiegoś morza, o którym słyszałem, że pełne jest przerażających stworów. Drugi miał identyczne wyposażenie, wzięliśmy ich hełmy, topory, tarcze i oczywiście pieniądze, lecz kolczug nie braliśmy, za bardzo by nas obciążały. Ojciec pozostał na straży jakby ktoś zbliżał się od strony wioski to miał mnie zawiadomić i mileibyśmy coś na to poradzić.
Otworzyłem drzwi, zobaczyłem blisko 50 ludzi leżących bezładnie na ziemi, wziąłem pochodnię i zacząłem ich budzić, ku mojemu zdziweniu zauważyłe Zilata mojego znajomego, który uczestniczył w pierwszej wyprawie wysłanej z naszej wioski, rozkazałem mu:
-Weź pancerz jednego ze strażników i wyprowadź resztę do naszego obozu, który znajduje się dwieście metrów od wschodniej bramy. Trzymaj również ten miecz, jest rzymski więc powinien długo wytrzymać, ja mam topór jednego ze strażników.
-Dziękuję, za uratowanie nas z niewoli, oczywiscie wypełnię to zadanie.
Obszedłem jeszcze pomieszczenie, lecz nie znalazłem nic wartościowego.
Wyszedłem, postanowiliśmy jednak wziąć kolczugę z drugiego strażnika, nagle zauważyliśmy zbliżającą się zmianę warty. Ukryliśmy ciała w środku budynku, a następnie sami ukryliśmy się w krzakach w pobliżu wejścia do budynku, zbliżali się widać było, że są weseli, chociaż nie bardzo pewnie im pasuje nocna warta. Wziąłem do ręki łuk, tak samo jak mój ojciec wymierzyliśmy i czekaliśmy, zbliżali się, kiedy już byli obok drzwi, zwolniliśmy cięciwy ponownie rozległo się charczenie umierających tej nocy. Podeszliśmy do ich ciał, jeden jeszcze zipał, odrąbałem mu łeb siekierą zdobytą od jego kolegów, z nich również zdjęliśmy uzbrojenie i wzięliśmy zawartość kieszeni, ci również byli najemnikami, więc mieli dużo złota. Jeśli wioska mogła sobie pozwolić na najemników, to znaczy, że była bogata, stwierdziliśmy, że nie ma co pozostawać bo jest to zbyt niebezpieczne. Wzięliśmy łupy i wyruszyliśmy do obozu. Zostaliśmy gorąco powitani przez uwolnionych niewolników.
Rozpoczęliśmy drogę powrotną, aby rano nas nie znaleziono w miejscu w którym byliśmy. Nasi niewolnicy posmutnieli, bo oznaczało to zmniejszenie szans na uratowanie przez mieszkańców wioski, której okolice właśnie opuszczaliśmy. Kiedy zaczynało świtać byliśmy już dobre 10 kilometrów oddaleni od tamtej miejscowości. Szliśmy poprzez gęsty las mając nadzieję, że nie trafimy na żadną armię Rzymską. Nagle usłyszeliśmy śpiewy i śmiechy, pomyśleliśmy, że to legion Rzymski. Zatrzymaliśmy się na skraju drogi i zobaczyliśmy dziesięciu młodzieńców kierujących się w przeciwną stronę. Kiedy zbliżyli się nagle wyszliśmy zza drzew i kazaliśmy im się poddać, byli tak przerażeni, że w większości usłuchali, lecz jeden sięgał po łuk, nie dosięgnał, strzała wystrzelona przeze mnie przeszyła mu gardło, a w tym czasie reszta została rozbrojona i związane zostały ich ręce. Wieczorem dotarlismy do Renu, trzeba było się jakoś przeprawić, tak więc rozpoczęliśmy budowę tratw, zmienialiśmy się część budowała i ścinała drzewa reszta odpoczywała po 5 godzinach zmiana. Rano tratwy były już gotowe, zrobiliśmy ich naprawdę dużo i przeprawiliśmy się za jednym podejściem, chociaż przeprawa zajęła nam i tak blisko 2 godziny, rzeka była bardzo szeroka w tym miejscu. Zatrzymaliśmy się po drugiej stronie i rozłożyliśmy obozowisko. Spostrzegłem, że zaczyna nam brakować żywności. Rozłożyliśmy się na dwie grupy, jedna miała pilnować więźniów i rozłożyć obozowisko, druga miała wyruszyć na polowanie i wrócić wieczorem ze zdobyczą.
Byłem w grupie polującej, zawołałem Zilata aby szedł ze mną i w dwójkę wyruszyliśmy. Szliśmy na południe, wypatrywaliśmy śladów zwierząt. Około 4 po południu, minęliśmy wielki dąb, gdy usłyszeliśmy pomruk. Powiedziałem do Zilata:
-Burza pewnie idzie, trzeba będzie wracać aby zdążyć przed wieczorem. Może w drodze powrotnej coś upolujemy.
-To raczej nie burza, spójrz na ślady które są przed nam, to niedźwiedź! Lepiej miej przygotowany łuk.
Nałożyłem strzałę na łuk i szedłem gotowy do strzału, Zilat wyciągnął topór, następnie podążaliśmy cicho po śladach, chwilę później słyszeliśmy mlaskanie, przeszliśmy między krzewy, i skradaliśmy się między nimi w stronę źródła dźwięku. Nagle linia krzaków się skończyła i przed nami rozpościerała się polana, a na środku niedźwiedź. Był odwrócony tyłem, nie zauważył nas, powiedziałem do Zilata aby czekał i wyszedł z krzaków gdy będzie to absolutnie konieczne, ruszyłem wzdłuż krzaków, przekradałem się, polana nie była duża więc już po pięciu minutach, może nawet szybciej byłem po przeciwległej stronie polany. Teraz widziałem co jadł, to był człowiek, na drzewie które stało około 2 metrów od zwierzęcia siedziała również dwójka ludzi. Nagle jakby wietrząc czychające niebezpieczeństwo, bestia podniosła głowę, nie musiała długo czekać, od razu wypuściłem strzałę, lecz nie trafiłem w oko, tylko w nos, to rozwścieczyło niedźwiedzia, zaczął na mnie biec, naciągnąłem łuk ponownie strzelam, trafiam w otwarty pysk, krew polała się strugami, lecz on biegł nadal. Zwierz jest już za blisko aby próbować strzelać, rzucam łuk na ziemię wyciągam zza pasa topór, zamierza się na mnie łapą, robię unik i szybko tne toporem wprost w otwartą paszczę, szybko wyciągam topór z rany i zanim się spostrzegł uderzyłem ponownie, celując w szyję, trafiłem w jakąś główną żyłę, bo krew mocno siknęła, odskakuję na bok poza zasięg łap. Bestia jeszcze odwraca się w moją stronę, lecz nagle pada na bok, widocznie upływ krwi okropnie ją wykończył. Walka nie trwała długo, dopiero teraz Zilat do mnie dobiegł, ale było już po niedźwiedziu, podszedłem do martwego zwierzęcia, nagle w ostatnim odruchu machnął łapą rozrywając mi kawał ramienia, od razu zrozumiałem, czemu to zwierzę jest symbolem nieposkromionej siły. Przewróciłem się, Zilat szybko do mnie podbiegł. Uderzył mieczem mocno zwierza w szyję, a ja zemdlałem.
Ocknąłem się gdy zaczynało się ściemniać, otworzyłem oczy zobaczyłem rozpalone ognisko, a przy nim siedziało dwóch ludzi, jednego rozpoznałem, to był Zilat. Zaczynałem sobie przypominać wydarzenia sprzed kilku godzin, widocznie ten drugi człowiek, to jeden z tych co siedzieli na drzewie., zastanawiałem się gdzie drugi, rozejrzałem się wokół, otaczał mnie las, w pobliżu ogniska zauważyłem również wielkie płaty mięsa zawinięte w liście i skórę rozciągniętą na żerdziach. Nagle słyszę głos mojego przyjaciela:
-Widzę, że się wreszcie obudziłeś, leżałeś tak blisko trzy godziny, zaczynałem się martwić, że nie wyliżesz się z tego. Wysłałem Jeroma do naszego obozowiska aby zawiadomił ich o wydarzeniach, dałem mu łapę burego aby mógł potwierdzić swoje słowa. Obwiązałem ci rękę liśćmi aby się dobrze zagoiła.
Teraz odezwał się jego towarzysz:
-Jestem Gilm, cieszę się, że nasz wybawiciel żyje, robię ci naszyjnik z niedźwiedzich pazurów, aby dodawał ci siły w przyszłości.
Próbuję wstać, ale nie mogę, więc proszę ich o pomoc, lecz Zilat mówi:
-Musisz jeszcze odpoczywać, ładnie poradziłeś sobie z burym, lecz nie oznacza, to że jesteś w pełni swoich sił i możesz już wstać.
-No to poczekam na przybycie ojca i naszych współplemieńców. Gilm co właściwie tu robisz?
-Służyłem w armii Arminiusza, z tego co wiem od Zilata ty też. Otrzymaliśmy rozkaz, aby przeprawić się przez Ren, no to się przeprawiliśmy, a następnie wyruszyliśmy nocą do najbliższej wioski, nie zachowaliśmy wszystkich środków ostrożności, kiedy się zbliżyliśmy zauważyły nas straże na wieżach przy bramie, rozległ się dźwięk rogu. Było nas pięćdziesięciu ludzi. Nagle zauważyłem idącego w naszę stronę żółwia, postanowiliśmy zaatakować Rzymian, lecz niezbyt dobrze to wyszło. Od razu kiedy wychyliliśmy się z ukrycia, pofrunęły w naszą strone strzały powodując wielkie straty, wycofaliśmy się, a strzały znowu poleciały lecz tym razem podpalone. W tym samym czasie żółw rozłożył się i legioniści biegli w naszą stronę z wyciągniętymi oszczepami, zanim się zpostrzegliśmy i zdążyliśmy jako tako ustawić już oszczepy przerzedziły nasze szyki, zostało nas dziesięciu, stwierdziliśmy po co mamy się dać zabić nie przynosząc żadnego pożytku i rzuciliśmy się do ucieczki w tym momencie poleciały kolejne strzały i zostało nas pięciu, biegłem ile sił w nogach z tarczą na plecach poczułem, że kilka strzał się w nią wbiło, miałem duże szczęście, że zdołałem zbiec, dotarliśmy do rzeki. Ze względu na pośpiech rzuciliśmy się do wody już zrzuciłem tarczę aby mi nie przeszkadzała miałem tylko ten miecz. – Pokazuje nam swój miecz, widać było, że wykonany z dobrej stali – Przepłynęliśmy wpław na drugi brzeg, lecz z pięciu którzy dotarli do rzeki, przepłynęło jedynie trzech, ja, Jerom i Aliasz, którego pożarł niedźwiedź. Szybko przeszlismy w gęstwinę leśną i zatrzymaliśmy się pod tym drzewem, wszyscy szybko zasnęliśmy znużeni ucieczką przed przeważającym wrogiem. Nagle obudził mnie pomruk obudziłem towarzyszy, byliśmy już na nogach kiedy zobaczyliśmy tą bestię. Szybko wspięliśmy się na drzewo, lecz Aliasz był raniony w rękę i nie mógł się utrzymać na nim, kiedy to zauważyliśmy, było za późno, Bury już go dopadł, a my siedzieliśmy na drzewie i czekaliśmy aż zwierz sobie pójdzie. Tak mniej więcej wygląda historia dlaczego się tutaj znaleźliśmy. Nie mogę wrócić do swojej wioski, ponieważ uciekłem z pola bitwy.
Zaciekawiła mnie jego historia, uwierzyłem w nią bo nie miałby po co kłamać, stwierdziłem, że postaram się namówić ojca aby przyjął ich do naszej wioski. Nie mając nic do zrobienia, poszedłem spać. Zbudził mnie hałas który mógł towarzyszyć jedynie dużej grupie ludzi. Otworzyłem oczy i ujrzałem naszych ludzi, było już jasno. Spróbowałem wstać i tym razem mi się udało. Zaraz podszedł do mnie Gilm i wręczył mi naszyjnik z niedźwiedzich pazurów, założyłem go. Zobaczyłem zmartwionego ojca, ale kiedy on mnie zobaczył ucieszył się i do mnie podszedł, widziałem na jego twarzy dumę.
-Witaj, synu! Słyszałem od Jeroma co się wydarzyło. Z głowy niedźwiedzia zrobimy dla ciebie okrycie na hełm, aby każdy wiedział czego dokonałeś. Skórę za to powiesisz w swojej chacie na ścianie.
-Ale ja nie mam jeszcze swojego domostwa.
-W ostatnim czasie pokazałeś, że jesteś mężczyzną. Wysłałem również posłańca do wioski aby byli gotowi na nasz powrót.

Avatar piotrkacz
to wstawię wierszyk który dzisiaj napisałem

Obłoczek

Płynę powoli,
przemierzam spokojnie metry roli,
które rok temu jeszcze złociły
się obfitością pszenicznych łanów,
lecz kolejne wybuchy granatów
najgorsze przewidzenia rolników ziściły.

Przemierzam dalej,
jeśli któryś sołdat zuchwalej
wyjdzie na spotkanie mi
to położy się na ziemi,
a ja go do ostatniego
pełnego cierpień utulę snu,
już nie ujrzy swego azjatyckiego
domu.

Me życie również niedługie,
nie przekroczy dnia jednego
człowiek zużywa energię
aby odkryć nowe sposoby
na śmierć drugiego

Avatar Alfa7
Właściciel
Fajen

Avatar piotrkacz
Dzięki
Starałem się wcielić w chmurę gazu z I WŚ

Avatar piotrkacz
o drugiej wojnie światowej powstało już wiele opowiadań, ale dorzucę jeszcze swoje
Trochę krótkie w porównaniu do innych

Kartka z pamiętnika radzieckiego tresera

Tak, głodziliśmy psy, na wielką skalę. A potem je tresowaliśmy, aby wbiegały pod czołgi i detonowały przymocowane do siebie ładunki. Wszystko szło dobrze, nie były specjalnie skuteczne, ale lepiej, żeby to one ginęły niż towarzysze. Jedna bitwa, w której jeden mój błędny rozkaz doprowadził do strat wśród towarzyszy i naszych sił pancernych. To wszystko zmieniło.

Zbliżały się do naszych pozycji spore oddziały niemieckie, głównie czołgi. Zauważyłem, że nie zdążymy ustawić się z psami na właściwej pozycji. Z tyłu nadjeżdżała nasza dywizja pancerna, rozkazałem spuścić psy, lecz głupie zwierzęta zamiast biec do przodu pobiegły w kierunku naszych czołgów. Zniszczyły kilka naszych egzemplarzy, ale żadnego faszystowskiego.

Przegraliśmy bitwę, przez jedną błędną decyzję jednego człowieka – mnie. Straciłem swoją ciepłą posadkę w ośrodku szkoleniowym, który po niedługim czasie zamknęli. Teraz pracuję w łagrze, na szczęście jestem jeszcze przydatny społeczeństwu.

W jedności siła! Niech żyje towarzysz Stalin!

Avatar Ozywiony_Ciasteczek
Moderator
piotrkacz pisze:
o drugiej wojnie światowej powstało już wiele opowiadań, ale dorzucę jeszcze swoje
Trochę krótkie w porównaniu do innych

Kartka z pamiętnika radzieckiego tresera

Tak, głodziliśmy psy, na wielką skalę. A potem je tresowaliśmy, aby wbiegały pod czołgi i detonowały przymocowane do siebie ładunki. Wszystko szło dobrze, nie były specjalnie skuteczne, ale lepiej, żeby to one ginęły niż towarzysze. Jedna bitwa, w której jeden mój błędny rozkaz doprowadził do strat wśród towarzyszy i naszych sił pancernych. To wszystko zmieniło.

Zbliżały się do naszych pozycji spore oddziały niemieckie, głównie czołgi. Zauważyłem, że nie zdążymy ustawić się z psami na właściwej pozycji. Z tyłu nadjeżdżała nasza dywizja pancerna, rozkazałem spuścić psy, lecz głupie zwierzęta zamiast biec do przodu pobiegły w kierunku naszych czołgów. Zniszczyły kilka naszych egzemplarzy, ale żadnego faszystowskiego.

Przegraliśmy bitwę, przez jedną błędną decyzję jednego człowieka – mnie. Straciłem swoją ciepłą posadkę w ośrodku szkoleniowym, który po niedługim czasie zamknęli. Teraz pracuję w łagrze, na szczęście jestem jeszcze przydatny społeczeństwu.

W jedności siła! Niech żyje towarzysz Stalin!

Ruskie
cringe trochę
Niemieckie lepsze
i pieski mordować to też mega cringe

Avatar piotrkacz
tu mi chodziło aby opisać prawdziwe działanie Sowietów podczas II WŚ, nie pochwalam takiego zachowania

Avatar piotrkacz
przepisałem to co napisałem na kartce w lutym

Czekaliśmy na atak Niemców już od kilku godzin. Od ostatniego szturmu minęło podejrzanie dużo czasu, byliśmy dobrej myśli, bo poprzednie ataki odpieraliśmy bez większych. Było to miłą odmianą po porażce naszych wojsk w wojnie Krymskiej. Efektem tej przegranej była budowa nowoczesnej twierdzy, w której wtedy stacjonowałem.
Mieliśmy dużo prowiantu, więc mogliśmy się bronić prawie w nieskończoność.
Grałem z Iwanem i Konstantinem w kości. Szło mi bardzo dobrze, miałem w kieszeni coraz więcej rubli. Nagle rozległ się alarm i okrzyki z zewnątrz: „Gaz!”. Widziałem ludzi uciekających z pierwszych linii okopów. Zdziwiłem się, bo było słychać tylko strzały artyleryjskie z oddali, jakby nasi w ogóle nie odpowiadali. Potem zauważyłem obsługę dział próbującą biec w naszą stronę, mieli twarze poprzewiązywane chustami, mimo to widać było jak kaszlą i krwawe ślady na ich okryciach.
Szybko sam założyłem chustę na usta i nos, moi towarzysze zrobili to samo. Po chwili już przede mną widziałem leżących ludzi, którzy kaszleli wypluwając kawałki swoich płuc. To był przerażający widok. Nagle sam zacząłem kaszleć, Konstantin i Iwan również. Pierwszy z nich póki miał siły skrzyknął pozostałych będących w stanie walczyć, chwyciliśmy karabiny i ruszyliśmy dławiąc się własną krwią, wiedzieliśmy, że już nic nas nie uratuje. Stawaliśmy do naszej ostatniej walki. Był to istny atak umarłych. Zbliżaliśmy się do pozycji niemieckich. Mimo, że mieli przewagę, zdaje mi się, że 20-krotną, w ich szeregach rozległy się nawoływania do ucieczki. Spojrzałem na pozostałych przy życiu towarzyszy broni, przestałem się dziwić wrogowi. Szliśmy cali we krwi, co chwilę ktoś z nas upadał. Większość, aby już nigdy nie wstać. Niemcy zaczęli uciekać. Padłem, przewróciłem się na bok. Zdejmuję chustę, aby lepiej odetchnąć. Kaszel się nasilił. Coraz więcej krwi, coraz więcej wnętrzności na zewnątrz. Ból był przeokropny, Niemcy to bestie szukające tylko ludzkiego cierpienia. Wróg uciekł, słyszałem pojedyncze radosne okrzyki, które urwały się i zastąpił dużą część z nich kaszel. Zamknąłem oczy, aby już ich nie otworzyć.

Avatar Alfa7
Właściciel
Nawet, nawet

Avatar piotrkacz
dzięki za ocenę :)

Avatar piotrkacz
Przepisałem kolejne moje opowiadanie, które napisałem w lutym, zostało mi jeszcze jedno, tym razem trochę bardziej w przeszłość się przeniosłem.

Nigdy na świecie nie było potężniejszej armii od perskiej. Byłem dumny, że dane mi było w niej służyć i na szczęście nie w piechocie, tam nikt nie cieszył się szacunkiem, poza nieśmiertelnymi, do tej formacji nie mogłem się jednak dostać – za niskie urodzenie.
Został nam dzień drogi do rzeki Hydaspes, za którą od niedawna rozpościerała się Macedonia. Próbują przeć naprzód, lecz my przygotowujemy się od kontrataku. Szliśmy jeszcze długo po zmierzchu, aż w końcu szachinszach dał przyzwolenie na postój. Skierowałem słonia w stronę małego jeziorka, aby go napoić. Następnie cała setka słoni została skierowana na pobliską polanę, gdzie mogły się najeść.
Następnego dnia, zaraz o świcie, inżynierowie zaczęli montować wieże do grzbietów słoni. Niewolnicy poili je winem. Po kilku godzinach słonie były gotowe na czekające je starcie. Natomiast ja wziąłem młotek i dłuto, a następnie razem z łucznikami zapakowaliśmy strzały oraz sarisy do wieży. Wyruszyliśmy, wieczorem dotarliśmy do rzeki, ujrzeliśmy Macedończyków przeprawiających się przez rzekę. Ruszyliśmy na nich szarżą, w naszym kierunku posypały się strzały, łucznicy odpowiedzieli tym samym, kiedy byliśmy już w pobliżu, strzelcom skończyła się amunicja, więc wzięli sarisy. Dotarliśmy do ściany pik, które pękały niczym patyczki, zaprawdę słoń do wspaniałe zwierzę. Mogłem obserwować przerażenie na twarzach wrogów. Najeźdźcy próbowali wspiąć się do wieży, lecz na razie załoga skutecznie ich zrzucała. Nagle słoń wpadł w szał, rozejrzałem się czy w pobliżu nie ma sojuszników –nie było, więc zostawiłem słonia przy życiu. W momencie, gdy obracałem się z powrotem do przodu zobaczyłem kamień lecący prosto w moją stronę. Oberwałem w głowę, puściłem słonia i spadłem. Nabiłem się na czubek jakiejś złamanej sarisy, kiedy próbowałem wstać, spadła na mnie noga ogromnego zwierzęcia.

Szachinszach - szach szachów, najwyższy tytuł w starożytnej Persji

Odpowiedź

Pokaż znaczniki BBCode, np. pogrubienie tekstu

Dodaj zdjęcie z dysku

Dodaj nowy temat Dołącz do grupy +
Avatar Alfa7
Właściciel: Alfa7
Grupa posiada 75129 postów, 457 tematów i 142 członków

Opcje grupy Liga jejowyc...

Sortowanie grup

Grupy

Popularne

Wyszukiwarka tematów w grupie Liga jejowych pisarzy wattpadowych