Moreau: powrót pumy

Avatar Fan_Sherlocka_Holmesa
Mam pomysł na kolejne opowiadanie (nie jestem jeszcze pewna co do tytułu). Będzie w nim trochę informacji z "Wyspy Doktora Moreau". Ogólnie akcja będzie się toczyć po wydarzeniach opisanych w książce. Teraz akurat będzie wolne, więc będę miała czas, żeby je napisać :). Na razie szukam postaci :).

główny bohater (najlepiej gdyby był człowiekiem) -
przyjaciel głównego bohatera -
postacie poboczne -

Byłby ktoś chętny :D ?

Avatar Zacmiony
Moderator
Ja mogę kogoś zagrać

Avatar Fan_Sherlocka_Holmesa
Ok. A kim chciałbyś być :) ?

Avatar Zacmiony
Moderator
Nwm. Mogę być przyjacielem głównego bohatera

Avatar Fan_Sherlocka_Holmesa
O, to super :D. A wolałbyś być przedstawiony jako człowiek, czy ćma ?

Avatar Zacmiony
Moderator
Fan_Sherlocka_Holmesa pisze:
O, to super :D. A wolałbyś być przedstawiony jako człowiek, czy ćma ?

Człowike

Avatar Fan_Sherlocka_Holmesa
NormalnyCzlowiek pisze:
Też mogę kimś być

A kogo byś wolał :) ?

Avatar NormalnyCzlowiek
Mogę być głównym bohaterem

Avatar Fan_Sherlocka_Holmesa
Ok. To będziesz takim terapeutą/jedynym przyjacielem Edwarda z "Wyspy Doktora Moreau". Edward był właśnie głównym bohaterem tamtej książki, ale ja chcę zrobić taką "kontynuację", której bohaterem będzie ten jego jakby przyjaciel :).

Avatar Alfa7
Właściciel
Wpadłem tylko na chwilę ogłosić, że historia niekanoniczna

Avatar Jejak4627
A ja mogę być postacią poboczną?

Avatar Przyczajonyodkurzacz
Moderatorka
Ja tez chce być postacią poboczną

Avatar Zacmiony
Moderator
Alfa7 pisze:
Wpadłem tylko na chwilę ogłosić, że historia niekanoniczna

Czemu

Avatar Krem00fka
Ja moge być drugoplanowym plebsem

Avatar Fan_Sherlocka_Holmesa
Krem00fka pisze:
Ja moge być drugoplanowym plebsem

Ok. Będziesz badaczką albo naukowcem :).

Avatar Fan_Sherlocka_Holmesa
PROLOG
18. 12. 1892 r., godz. 16:38, Londyn.
Wszędzie roiło się od ludzi. Wokół panowała już świąteczna atmosfera; rozwieszono lampki, ubrano choinki i przygotowano wiele innych ozdób. Ulicami chodzili mężczyźni przebrani za Świętego Mikołaja i jego pomocników, dzwoniąc dzwonkami i zbierając datki dla potrzebujących. Niektóre osoby z pośpiechem kupowały prezenty zawinięte w kolorowe papiery. Zaczynał się cudowny przedświąteczny wieczór. Nic nie zwiastowało katastrofy, która za chwilę miała się wydarzyć…
Z samego rana ogłoszono uroczyste otwarcie muzeum przy Brook Street. Pisano o nim we wszystkich gazetach. Miało to być podobno prywatne muzeum, jednocześnie zapraszające gości na podziwianie ekspozycji. Owe ekspozycje były imponującymi zbiorami właściciela – Leonarda Greysa. Pan Leonard i jego nowo powstałe muzeum doczekali się nawet dość imponującej notatki w The Strand Magazine i The Daily Telegraph:
„Dzisiaj tzn. 18 grudnia 1892 r. na ulicy Brook Street z samego rana nastąpi otwarcie „Muzeum Rzeczy Różnorakich”. Właścicielem tego obiektu jest pochodzący z arystokrackiej rodziny, Leonard Greys – były dziennikarz i pisarz. Rodzina Sir Greysa zginęła tragicznie wiele lat temu podczas przepływu promem. Leonard jako jedyny żyjący członek rodu Greysów przejął cały majątek. Wiele podróżował i ufundował gmach budynku służącego dziś za muzeum. Podczas podroży po całym świecie zbierał i odkupywał od innych osób lub czasami nawet od innych instytucji (także muzeów) stare i bardzo cenne rzeczy. Po latach jego zbiór stał się tak wielki i imponujący, że Greys postanowił podzielić się swoim hobby z innymi. W tym celu założył muzeum, którego otwarcie przewidziano na dzień dzisiejszy.”
Mimo, że był już wieczór i minęło wiele godzin od otwarcia, w muzeum dalej znajdowali się ludzie. Gmach muzeum był ogromny, wykonany z materiału podobnego do białego marmuru. Podpierany był na dwóch, także białych kolumnach strzegących głównego wejścia niczym ogromni strażnicy. Drzwi zrobione z hebanu kontrastowały z bielą całego budynku. Do muzeum wchodziło się po małych, wąskich schodkach. W środku pod kopułą znajdowały się pomieszczenia przedzielone ścianami, a niekiedy regałami. Pomieszczenia zostały opatrzone w szklane gabloty i wypełnione po brzegi eksponatami. Każdemu pokojowi został przydzielony przedmiot odpowiedni do jego nazwy. Były tu więc: pokój przedmiotami z starożytnego Rzymu i Grecji, ze spisem i ususzonymi okazami botanicznymi (wliczając w to zdjęcia), z wypchanymi zwierzętami i wiele innych. Lecz to właśnie od ostatniego wymienionego miejsca w muzeum, zaczyna się ta cała historia…
Ludzie oglądali ekspozycję przedstawiającą dzikich mieszkańców dżungli. Znajdowały się w niej: wypchane małpy, lamparty, tygrysy, papugi i drobne ssaki. Największym zainteresowaniem cieszyła się czarna puma. Ludzie podziwiali ją nie za jej ogromne zębiska, czy lśniące futro, lecz za niedbałe wykonanie. Najwyraźniej taksydermista wypychający ową pumę, nie znał się na zwierzęcej anatomii. Bowiem zwierzę wyglądało jak połączenie pumy i człowieka. Twarz miało zwierzęcą, lekko zdeformowaną z dzikimi, zupełnie zwierzęcymi oczami. Na czaszce, jak i zresztą na całym ciele znajdowały się szwy. Zęby i pazury zwierzęcia były ogromne i śnieżnobiałe z lekkimi czerwonymi odpryskami… Tors miała ludzki, tak samo jak plecy i połowę nóg, wszystko obrośnięte czarnym futrem. Wszystkie kręgi na plecach stały się widoczne, ponieważ owy okaz pumy był wychudzony. Uszy półludzkie, półzwierzęce były szpiczaste i w niczym nie przypominały puchatych uszek kotka. Łapy wypchanej pumy, były monstrualnej wielkości. Ponadto całe zwierzę owinięte było w poplamione krwią bandaże. Niektórzy ludzie śmiali się z zdeformowanego eksponatu, a innych wprawiał on w stan przerażenia. Wtem w całym muzeum zgasły wszystkie lampy i światła. Nastała śnieżyca, połączona z burzą… A że był to grudzień wieczorową porą, wokoło było już ciemno. Wiele osób wpadło w panikę. Słychać było krzyki, które nie były spowodowane tylko nagłą śnieżycą… Ku ogólnym zdziwieniu zdeformowany okaz pumy poruszył się i siedział na czterech łapach. Za jego plecami znajdowało się ogromne okno z przyciemnianej szyby, w którego tle wrogo świeciła błyskawica. Zwierzę ruszyło na przód porykując co chwilę. Zgromadzonym wydawało się, że nawiedził ich sam szatan. Ogromne cielsko pumy posuwało się wśród ludzi, którzy uciekali z przestrachem we wszystkie strony. Niektórzy powyskakiwali przez drzwi, lecz ci, którzy zwiedzali głąb muzeum nie mieli tyle szczęścia. Puma dobiegła wnet do pewnego człowieka, zaganiając go w ślepy zaułek. Już otwierała swoją paszczę, by rozszarpać nieszczęśnika, lecz on cudem umknął jej miedzy nogami. Zwierzę jednak nie przestawało siać strachu. Wiele osób po spotkaniu z pumą zostało poważnie rannych, kilku zmarło na wskutek obrażeń. Ktoś zawiadomił policję i inne służby. Jednak i oni nie powstrzymali zwierzęcia. Puma przedarła się pomiędzy strażnikami, powalając ich na ziemię. Udawała się już do wyjścia, gdy jeden z policjantów postrzelił je w łapę. Zwierzę kulejąc schodziło po wąskich schodkach. Wtedy po raz ostatni widziano tą przerażającą i zdeformowaną pumę, stała wtedy na czterech łapach, w pełni wyprostowana. Na jej twarz i plecy spadał stopniowo śnieg. Zwierzę oddaliło się, pozostawiając za sobą krwawy ślad z rannej łapy oraz równie przerażający ślad w umysłach zgromadzonych osób. Nikt nie ważył się nawet gonić pumy, każdy się jej bał. Gdy podczas zamieci, skradała się ulicą, rozglądając się wokoło, wszystkim zdawało się, że zmierza we wcześniej ustalonym przez siebie kierunku… Nikt jednak nie spodziewał się do których drzwi „zapuka”…


Poniżej zamieszczam rysunek przedstawiający tą pumę, bo jednak bardzo trudno ją opisać :').Zdjęcie użytkownika Fan_Sherlocka_Holmesa w temacie Moreau: powrót pumy

Avatar JerzykPolski
Ocena Jerza - 11/10

Avatar Fan_Sherlocka_Holmesa
JerzykPolski pisze:
Ocena Jerza - 11/10

Dziękuję :D.

Avatar JerzykPolski
Ni ma za co, życzę weny na dalsze pisanie :)

Avatar Przyczajonyodkurzacz
Moderatorka
Ocena Odkurzacza - mega mega zajebiste w swej zajebistości/10

Avatar NormalnyCzlowiek
Sam prolog dłuższy niż większość opowiadań tutaj

Avatar Jejak4627
Ocena Jejaka- 11/10 bardzo c00l i przede wszystkim długie, więc można się wczuć

Avatar Zacmiony
Moderator
Jejak4627 pisze:
Ocena Jejaka- 11/10 bardzo c00l i przede wszystkim długie, więc można się wczuć

No to zależy. Bo niektórzy lubią ściany tekstu A niektórzy nie lubią

Avatar Fan_Sherlocka_Holmesa
Bardzo się cieszę, że Wam się podoba :D.

Avatar Fan_Sherlocka_Holmesa
Jejak4627 pisze:
Przypominam

Dzięki :).

Avatar Fan_Sherlocka_Holmesa
W niektórych rozdziałach mogą pojawić się spoilery do książki, więc ten...

Avatar Fan_Sherlocka_Holmesa
ROZDZIAŁ 1
„Tragedia w muzeum”
Nazywam się NormalnyCzlowiek. Jestem specjalistą od chorób psychicznych. Jestem także jedynym przyjacielem Edwarda Prendicka – człowieka, który doświadczył wiele zła od Doktora Moreau, a głównie od jego przerażających eksperymentów. Edward przebywał kiedyś na pewnej bezludnej (jak mu się wtedy wydawało) wyspie, lecz nie była to taka spokojna i przyjazna wysepka – owe miejsce było zamieszkiwane przez Moreau i jego pomocnika Montgomery’ego. Doktor za pomocą swoich umiejętności i ogromnej wiedzy, tworzył ze zwyczajnych zwierząt Zwierzoludy na wzór człowieka. Mojego przyjaciela przerażała wizja spędzenia reszty życia na wyspie z szalonym naukowcem i wieloma potworami. Jednak nadszedł w końcu czas wybawienia dla mojego przyjaciela. Doktor został zabity przez jego najnowszy eksperyment. Podejrzewamy teraz, że właśnie ten eksperyment przeżył i znalazł się w Londynie… Edward po śmierci Doktora mieszkał na wyspie sam wśród Zwierzoludów. Pewnego dnia jednak z niej uciekł. Już nigdy dotąd nie wiódł szczęśliwego życia. Przeżycia na wyspie zostawiły niezniszczalny ślad w jego umyśle. Odciął się od ludzi i zamieszkał w samym środku lasu. Znałem Moreau i wiedziałem do czego był zdolny. Chciałem więc pomóc Edwardowi, gdyż nikt inny nie wierzył w prawdziwość jego zeznań. Znałem się na psychice, lecz nigdy nie spotkałem takiego przypadku jak Prendick. Wywołał on na mnie ogromne zdziwienie; czasami zachowywał się normalnie, ze spokojem opowiadał mi o swojej historii, sam nawet zachęcał mnie bym o nią pytał, lecz zdarzały się też takie dni (a było ich znacznie więcej), gdy wspomnienia lub słowa związane z Doktorem wprawiały go w strach. Często wtedy milczał, ręce mu się trzęsły, a w jego głosie było słychać przerażenie. Nie będę jednak opisywać całego życia Edwarda, gdyż nie on gra tu główną rolę. Wydarzenie, które za chwilę opiszę jest niespotykane, lecz prawdziwe. To właśnie od niego wszystko się zaczęło…
Zatrzymałem dorożkę, przy Brook Street, koło mojego domu. Nie miałem już nic do zrobienia, więc włóczyłem się ulicami. Był grudniowy wieczór i wiele osób krzątało się po chodnikach. Pomyślałem, że wejdę do muzeum. Jego otarcie odbyło się dzisiejszego ranka, więc bilety były za darmo. Pomyślałem, że skorzystam z tej okazji. Już wcześniej widziałem ten budynek z okien dorożki, lecz gdy stałem centralnie przed nim, sprawiał na mnie jeszcze większe wrażenie. Był naprawdę ogromny, wykonany z białego marmuru z wieloma zdobieniami i kolumnami. Wyglądał trochę jak pałac w małym lasku, tylko, że zamiast lasku, wokoło rozciągała się miejska dżungla. Po wąskich schodkach wszedłem do środka. Znajdowało się tu wiele osób, zdziwiło mnie to, ponieważ były już godziny wieczorne i myślałem, że nikogo już nie będzie. W myślach wychwalałem więc muzeum: „Przecież, gdyby miało nieciekawe eksponaty, nie przyszło by do niego tak wielu ludzi, prawda?”. Zacząłem oglądać ekspozycje, było ich wiele i każde były interesujące. Zatrzymałem się jednak przy alejce z wypchanymi zwierzętami. W samym środku wystawiona była ekspozycja o nazwie „Zwierzęta dzikiej dżungli”. Interesowałem się tym tematem, lecz to nie on sprawił, że podszedłem bliżej. Sprawiła to grupka ludzi zgromadzonym w kręgu, żywo gestykulujących. Pochylali się nad jakimś wypchanym zwierzęciem. Niektórzy się śmiali, a na twarzach innych widać było przerażenie. Wszedłem między ludzi i ujrzałem obiekt ich zainteresowań. Była to czarna puma, niezbyt dokładnie wypchana, pokryta bandażami. Po części przypominała człowieka. Przez mój umysł, mimo mojej woli, przebiegły mi wspomnienia i opisy Edwarda dotyczące Zwierzoludów. Nie mogłem powstrzymać wrażenia, że stoję właśnie przed jednym z nich… Wtem spostrzegłem, że jego oczy pumy się poruszyły. Pomyślałem, że mam zwidy, więc spokojnie zawróciłem i oddaliłem się od eksponatu. Na całym ciele czułem dreszcz i przeszywający wzrok pumy. W mojej głowie od nowa słyszałem głos Prendicka opisującego ostatni eksperyment Moreau – okrutną, rządną krwi pumę… Nie chciałem uwierzyć, że to mogła być ona. „Przecież to jest po prostu niedbale wypchane zwierzę, tylko zwierzę, zwykły eksponat…”– próbowałem siebie przekonać. Na domiar złego zaczęła się burza z zamiecią śnieżną. Zgasły wszystkie światła; zapanowała dość nieprzyjemna atmosfera. Nagle usłyszałem krzyk, szybko się odwróciłem i ujrzałem mrożący krew w żyłach widok… Wśród tłumu ludzi, na tle okna z ciemnym witrażem, stała puma… Ta sama puma, która wywołała u mnie lęk… Stała teraz zupełnie żywa, wodząc wzrokiem po zgromadzonych. Zaryczała, jej głos wybijał się wyraźnie, ponad krzykami i piskami przestraszonych ludzi. Nagle poczułem, że wzrok zwierzęcia zatrzymał się na mnie. Stałem jak wryty, ponieważ lęk przed pumą mnie sparaliżował. Zwierzę ruszyło w moją stronę, wlokąc za sobą bandaże. Próbowałem uciec. Pobiegłem wzdłuż alejki, nagle przepełniony smutkiem, uznałem, że wbiegłem w ślepą uliczkę. Zwierzę dogoniło mnie i przygniotło potężnymi łapami do ściany. Przez chwilę patrzyłem w oczy pumy. Były one wielkie, także czarne z czerwonymi żyłami; wydobywał się z nich dziki płomień. Twarz zwierzęcia pokryta była wieloma szwami, domyślałem się co było ich przyczyną… Zęby śnieżnobiałe upstrzone niewielkimi plamami krwi. Dziki i lekko demoniczny wyraz twarzy zwierzęcia, sprawiał, że wrażeniem przypominało szatana. Nagle stało się coś, czego nigdy bym się nie spodziewał… Drapieżnik przyglądał się mojej twarzy, powąchał mnie i zamarł… Spojrzał w moje oczy, pysk zwierzęcia pokrył strach, szczęka lekko mu zadrżała. Pomiędzy groźnym rykiem, rzekł: „Ty…..”. Ten wyraz był wypowiedziany lekko niezrozumiale z charakterystyczną chrypką. Byłem w szoku, lecz wyraźnie usłyszałem to słowo. Utwierdziłem się teraz w przekonaniu – zwierzę stojące przede mną było zaginioną pumą doktora Moreau… Korzystając z okazji, gdy dzikus stał w bezruchu ślepiami wpatrzonymi we mnie, umknąłem mu między nogami. Nawet nie próbował mnie gonić, podążył za mną tylko swoim wzrokiem. Ile sił w nogach, pobiegłem do wyjścia. W międzyczasie słyszałem strzały. „Pewnie ktoś wezwał policję” pomyślałem. Nie chciałem już dłużej przebywać w tym miejscu. Minąłem rannych ludzi i wyszedłem przez drzwi. Na zewnątrz zauważyłem grupkę policjantów i ludzi uciekających w panicznym strachu we wszystkie strony. W pewnym momencie poczułem, że ktoś mnie popchnął, była to torująca sobie drogę puma, zauważyłem, że krwawiła z jednej łapy. Popchnięty przewróciłem się, lecz szybko wstałem. Puma podążyła główną ulicą; nikt już jej nie gonił… Ja udałem się w przeciwną stronę. Byłem lekko poturbowany, lecz jak najszybciej chciałem udać się do domu. Zrozumiałem jednak, że udałem się złą uliczką, specjalnie wprowadziłem ten zabieg, ponieważ mój dom mieścił się pod Brook Street, a właśnie tam udał się drapieżnik. Pomyślałem więc, że udam się do mojego oddanego przyjaciela – Zacmionego, przenocuję u niego i odpocznę, a następnie wrócę do domu. Musiałem jeszcze ostrzec Edwarda, przed czyhającym niebezpieczeństwem…

Avatar Fan_Sherlocka_Holmesa
Potrzebuję jeszcze jednej postaci do opowiadania, były ktoś chętny :) ?

Avatar Jejak4627
Ja mógłby być. A tak ogólnie to bardzo fajnie Ci wychodzi

Avatar Fan_Sherlocka_Holmesa
Jejak4627 pisze:
Ja mógłby być. A tak ogólnie to bardzo fajnie Ci wychodzi

Już wcześniej się zgłosiłeś i na pewno będziesz :). I oczywiście dziękuję za mile słowa :D.

Avatar Jejak4627
Fan_Sherlocka_Holmesa pisze:
Już wcześniej się zgłosiłeś

Ło panie sorry, zapomniałem, że już się zgłaszałem

Avatar Przyczajonyodkurzacz
Moderatorka
Git opowiadanko, fajnie piszesz :)

Avatar JerzykPolski
Ja mógłbym zagrać trupa czy cuś

Avatar Fan_Sherlocka_Holmesa
ROZDZIAŁ 2
„Co jeszcze mnie czeka?”
Minęło kilka dobrych godzin od mojego nieplanowanego i spontanicznego wyjścia z muzeum. Lekko ranny podążałem ulicami niekiedy się gubiąc. Wokoło było już ciemno i wszystkie domy wyglądały dla mnie tak samo, nie wiedziałem więc gdzie dokładnie się znajduję. Zamierzałem pójść do domu Zacmionego, mojego przyjaciela, lecz jak na złość, los się ode mnie odwrócił. Na dodatek śnieżyca, która zagościła nad ogromną miejską dżunglą nie ustępowała i potęgowała mój, już i tak ogromny, smutek i zmęczenie. Światła latarni przygasały, a ulice były puste, czasami przebiegali nimi wracający z pracy ludzie, owinięci w ciepłe płaszcze i szale, którzy czym prędzej chcieli dostać się do swoich mieszkań i ogrzać się przy ogniu z kominka. „Całe szczęście, że podczas tego całego zamieszania nie zgubiłem kurtki i szalika” – pomyślałem radosny na duchu, poprawiając szal, gdyż zaczęło mocniej wiać. Niestety przekonałem się, że nie powinienem chwalić dnia, przed zachodem słońca… Bowiem, gdy szedłem po zaśnieżonym chodniku, jak się okazało – dopiero co budowanym, potknąłem się o wystającą brukową kostkę i z hukiem spadłem na ziemię. Chciwy i bezlitosny wiatr, wykorzystał chwilę mojego upadku i porwał do swojego królestwa mój cudowny biały, miękki i bardzo cieplutki szal… Podniosłem się i z przykrością stwierdziłem, że wpadłem w sam środek ubłoconego śniegu. Byłem teraz cały ubrudzony, przemoknięty, ze zgubionym szalikiem i na domiar złego, nie wiedziałem, gdzie jestem. Spytałem przypadkowego człowieka o drogę, lecz ten spojrzał na mnie, burknął coś i odszedł; najwyraźniej uznał mnie z jakiegoś bezdomnego żebraka. Zrezygnowany usiadłem na krawężniku i zacząłem żałować, że poszedłem do muzeum, zamiast od razu udać się do mieszkania… Nagle ujrzałem pewnego dżentelmena, który przechadzał się ulicą, wesoło podskakując, przez panującą pogodę nie dostrzegłem jego twarzy, lecz zauważyłem, że trzyma coś w rękach. Po chwili dostrzegł mnie i się zbliżył, jego twarz była zasłonięta kapturem z miękkim wykończeniem przypominającym futro.
– Dzień dobry, a raczej dobry wieczór, co Pan sam tu tak siedzi? – spytał się mnie, znajomym głosem.
– No… ten… zgubiłem się…. – odpowiedziałem niechętnie, nie miałem już ochoty z nikim rozmawiać.
– To ja mogę pomóc. – uśmiechnął się do mnie spod kaptura . Nagle zamarł w bezruchu.
– Normalny Człowiek, to ty?! – krzyknął, jednocześnie zdejmując kaptur i odkładając na ziemię sporej wielkości pudełko, które poprzednio trzymał. Dopiero teraz zauważyłem tak dobrze znaną mi, radosną twarz naukowca, z którym pracowałem.
– Jejak4627! – poznałem mojego przyjaciela.
– Co ty tu robisz? – spytał się mnie, jednocześnie podając mi rękę na powitanie.
Opowiedziałem mu całą moją historię. Trochę się przestraszył wysłuchując jej.
– Wiesz może, na jakiej ulicy się znajdujemy i jak dotrzeć do Zacmionego? – spytałem po chwili gdy już doszedł do siebie. Oczywiście Jejak znał Zacmionego, ponieważ pracował z nim w tym samym laboratorium, tak samo jak ja i jeszcze kilka innych osób.
– Przyjacielu, jesteśmy blisko jego domu. – uśmiechnął się do mnie. – Jak chcesz to mogę cię tam zaprowadzić.
– O niczym innym nie marzę! – rzekłem.
Jejak podniósł swoje pudełko (zachowywał się przy tym tak delikatnie i podnosił je jakby było największym skarbem – w gruncie rzeczy, dla Jejaka był to prawdziwy skarb). Nagle usłyszałem ciche miałknięcie i z pudełka wychyliła się głowa małego, kudłatego i puchatego kotka o czarnych jak węgiel oczach. Kotek w pyszczku trzymał parówkę i zajadał ją ze smakiem.
– Widzę, że poznałeś już Parówczaczka. – zwrócił się do mnie Jejak, głaszcząc kotka. – To mój nowy kitku, jest naprawdę pocieszny i w dodatku lubi to co ja.
– Hah, rzeczywiście jest z niego słodziak. – powiedziałem i dalej tocząc naszą rozmowę, wraz z Jejakiem udawałem się w stronę domu Zacmionego.

Avatar Fan_Sherlocka_Holmesa
Tak mniej więcej wygląda ten Parówczaczek: Zdjęcie użytkownika Fan_Sherlocka_Holmesa w temacie Moreau: powrót pumy

Avatar HaniaGamer
Dobreee. Pasuje do Jejaka462.
Parówczaczek jest UwU

Avatar Fan_Sherlocka_Holmesa
HaniaGamer pisze:
Dobreee. Pasuje do Jejaka462.
Parówczaczek jest UwU

Dzięki :3.

Avatar Przyczajonyodkurzacz
Moderatorka
Znakomity tekst

Avatar Fan_Sherlocka_Holmesa
Przyczajonyodkurzacz pisze:
Znakomity tekst

Dziękuję, miło mi to słyszeć :D.

Avatar Fan_Sherlocka_Holmesa
ROZDZIAŁ 3
„U Zaćmionego”
Szedłem z Jejakiem raźnie po chodniku, zimowa pogoda powoli ustawała, a słodki kotek mojego towarzysza już dawno schował się do pudełka.
– Wiesz, akurat tak się składa, że zanim cię spotkałem, miałem iść do Zaćmionego, widzisz jaki zbieg okoliczności. – zaśmiał się Jejak.
Nagle do głowy przyszła mi pewna myśl: „Po co Jejak chciał iść do Zaćmionego?” Co prawda się przyjaźnili, lecz spotykali się zazwyczaj rano w niedzielę, podczas porannej herbatki. Wtedy to Zaćmiony przyjeżdżał do Jejaka, ponieważ ten drugi mieszkał daleko na obrzeżach miasta. Postanowiłem, że się go o to spytam:
– Tak właściwie to po co do niego idziesz?
– Em…. Mam taką jedną małą sprawę…. Prowadzę takie tam badania o …. ekhem…. o…. właśnie o ćmach, na pewno mi w nich pomoże. Tak… właśnie tak, o to chodzi. – odpowiedział.
W jego słowach wyczułem lekkie kłamstwo, lecz zbytnio się tym nie przejąłem, najwyraźniej sprawa, z którą szedł do naszego wspólnego przyjaciela była osobista lub tajna i Jejak nie chciał o niej rozmawiać. Mimo to od środka zżerała mnie ciekawość. Wkrótce jednak o niej zapomniałem, ponieważ mój towarzysz się zatrzymał i moją głowę zaprzątnęły inne myśli.
– Już dotarliśmy do celu naszej podróży. – rzekł uśmiechając się do mnie.
Teraz całkowicie opadł już śnieg i ustała zamieć, więc z radością spostrzegłem, że jestem w tak dobrze znanym mi miejscu. Byłem u Zaćmionego już wiele razy, lecz zawsze, od początku naszej znajomości jego dom robił na mnie ogromne wrażenie. Nie był szczególnie duży, lecz zdecydowanie sprawiał wrażenie wyższego, gdyż sąsiadował z niewielkimi i niskimi domkami jednorodzinnymi. Znajdował się w samym centrum ruchliwej i zatłoczonej ulicy. Mimo to dom był spokojny, przyjazny i… mocno oświetlony. Wyglądem owy dom przypominał drewnianą góralską chatkę, gdzieniegdzie pojawiały się brązowe i lśniące cegły oraz kilka rzeźbionych figur ciem, poustawianych kolejno na dachu, przy furtce prowadzącej do wejścia oraz po każdej stronie drzwi i okien. Niektóre figurki były mniejsze, a inne większe, trzeba jednak przyznać, że największa z nich znajdowała się obok furtki i była dość osobliwa. Przedstawiała ogromną puchatą ćmę, trzymającą w łapkach tabliczkę z napisem, który miał odstraszać niechcianych gości: „Moje ćmy Cię widzą, o każdej porze dnia i nocy, przed nimi nie uciekniesz, znajdą Cię wszędzie.”. Właśnie taki jest Zaćmiony: uwielbia ćmy – cudowne skrzydlate i puchate stworzonka i nienawidzi nieproszonych gości oraz obcych. Większość swojego wolnego czasu spędzał na czytaniu książek i na zajmowaniu się swoimi podopiecznymi – oczywiście ćmami. Jest jednym z naukowców z którym pracuję wraz z małym zespołem (poza specjalizacją w chorobach psychicznych interesuję się także eksperymentami chemicznymi). Zawsze interesowała go nauka, a w szczególności budowa ciem i badanie ich zachowania.
Otworzyłem furtkę i wraz z Jejakiem podążyłem w głąb ścieżki. Po chwili przechodzenia przez ogródek zawierający imponujące połączenie krzewów i drzew, zarówno egzotycznych jak i tych lokalnych, dotarliśmy do celu. Zastukałem kołatką wykonaną z czarnego drewna. Stukot kołatki rozlegał się pośród panującej wokoło ciszy. Przypominał odgłos strzału z pistoletu, który trafił idealnie do celu. Nagle Jejak szturchnął mnie w ramię. Spojrzałem z niepokojem w jego stronę i już miałem powiedzieć coś podwyższonym głosem, gdy ujrzałem, że przyjaciel wskazuje ręką na okno. Jego zasłony były ciemne, lecz w pokoju po drugiej stronie paliło się światło. Oświetlało pewną postać.... dwie postacie. Jedna żywo gestykulowała, a druga stała w bezruchu. Do moich uszu dobiegła krótka, cicha rozmowa, pomiędzy dwoma jegomościami.
- Czy jest tu ktoś?! – krzyknął niespodziewanie Jejak, patrząc jednocześnie w okno i zaglądając do pudełka, by sprawdzić, czy z Parówczaczkiem wszystko jest w porządku.
Przez chwilę nikt się odzywał, tak jak poprzednio – zapanowała wroga cisza. Po upływie minuty dało się słyszeć szum i odgłos potężnych kroków zbliżających się w naszą stronę. Ktoś lekko pociągnął za klamkę i minimalnie uchylił drzwi. Nie zdążyłem zauważyć owej postaci, lecz poczułem na ciele czyś przeszywający mnie na wylot wzrok.
- Proszę stąd jak najszybciej odejść! – odpowiedział pewien nieznany mi dotąd głos, który na pewno nie należał do Zaćmionego...

Avatar JerzykPolski
*klaskania dźwięk*

Avatar Jejak4627
Bardzo fajnoe wyszły te rozdziały * przyłącza sie do klaskania *

Avatar Fan_Sherlocka_Holmesa
Cieszę się, że Wam się podoba :D. Być może jutro napiszę kolejny rozdział :3.

Avatar HaniaGamer
ekstra rozdział, czekam na kontynuację :D

Odpowiedź

Pokaż znaczniki BBCode, np. pogrubienie tekstu

Dodaj zdjęcie z dysku

Dodaj nowy temat Dołącz do grupy +
Avatar Alfa7
Właściciel: Alfa7
Grupa posiada 60556 postów, 399 tematów i 110 członków

Opcje grupy Liga jejowyc...

Sortowanie grup

Grupy

Popularne

Wyszukiwarka tematów w grupie Liga jejowych pisarzy wattpadowych