Acies

Avatar Chevalier22
Właściciel
Niegdyś nazywane mianem samotnego miasta, obecnie tętniąca życiem stolica poszukiwaczy przygód. Od momentu pojawienia się mgły nad Insulaes prężnie rozwija się pod każdym względem. Bogata infrastruktura oraz bardzo zadbane jak na wielkie miasto ulice, a przede wszystkim niewielka odległość od obiektu wielu legend i podań sprawia, że do miasta ciągle napływa przytłaczająca liczba osób, z których część osiedla się tu na stałe. Z tych powodów nosi przydomki Perły Południa, Stolicy Poszukiwaczy Przygód, ale i Stolicy Samobójców, z racji na to jak niewielu wraca żywych z Wyspy Insulaes. W mieście znajduje się wielka dzielnica targowa, zaskakująca ilość pracowni rzemieślniczych oraz sklepików i gabinetów magów i alchemików oferujących swoje usługi. W mieście znajduje się też duża ilość karczm i gospód, które służą zbieraniu żądnych skarbów wyspy śmiałków. Miasto ma też bardzo rozbudowany port, który od kilkudziesięciu lat dostarcza na statkach nowych śmiałków pragnących zrabować wyspę. Przez swą kolorowość, pogodność i przyciągającą atmosferę kontrastuje z mętnymi wodami oceanu, skalną, górzystą pustynią otaczającą je zewsząd oraz samą wyspą.

Avatar Angel_Kubixarius
Ai siedziała w karczmie i rozglądała się za godnymi poszanowania i zaufania kompanami do swojej przyszłrj ekspedycji wgłąb wyspy.

Avatar Chevalier22
Właściciel
Mimo że Acies było miastem ogromnym jak na standardy Imperium, pełnym karczm, gospód i innych tawern, podobnie jak w większości miast były lokale przyciągające jak największe rzesze klientów, ale i kompletne rudery, które normalni ludzie omijali z daleka. Do tych najbardziej szanowanych gospód, w których niemal cały czas panował ruch, brzmiały okrzyki biesiadujących w akompaniamencie instrumentów takich jak lutnie czy flety, a talerze kursowały od lady do stolików niczym jerzyki, należała karczma, którą odwiedziła młoda dziewczyna. Pod Ogonem Diabła, bo tak się nazywała ów karczma, miała dość osobliwy wystrój. Podłogi pierwszego piętra, piwnicy oraz parteru zdobiło drogie, sprowadzane z dalekiego południa ciemnoczerwone drewno. Ściany wykonane były z drewna podobnej barwy, jednak bardziej mętnej i ciemniejszej. Koneser drewna stwierdziłby, że jest to świerk z północnych krańców Wschodniego Kontynentu, który mimo braku występowania w strefie klimatycznej, w której leży Acies, bardzo dobrze znosi wysokie jak i niskie temperatury, jeżeli wierzyć ostatnim przesłankom ze świata nauki. Ściany, prócz drewna, budowały też dwa rodzaje kamienia. Jasnoróżowy, perłowy kamień budujący detale, którego było dość mało, a pochodził zapewne z rejonów południa, wydobywany głęboko pod ziemią przez zniewolonych przez ludzi koboldów panujących niegdyś na tamtych terenach. Perłowy kamień zdobił metaliczne framugi szyb, a także łączenia niektórych ścian. Drugą skałą wyciętą w cegły, która wraz z drewnem świerkowym budowała ściany, były ciemnoczerwone cegły, które zaś były materiałem lokalnym, wydobywanym w pobliskiej kopalni. Odkąd Acies rozwinęło się do rangi miasta Poszukiwaczy Przygód, zaczęły zaglądać do niego również okręty kupieckie. Dlatego postanowiono wydobywać i obrabiać budujące tutejsze górzyste pustkowie tzw. szkarłatne granity, skały o wysokiej wytrzymałości, ale pięknie prezentujące się przy wystroju wnętrz. Dodatkowo - budynek zdobiły ciemnobordowe meble - stoliki, ławki, stołki, krzesła, ladę oraz cały bar. Dodatkowo na ścianach wisiały metalowe, brązowe świeczniki, dopełniające pracę wiszących pod sufitem żyrandoli, a także liczne obrazy, trofea z polowań, oręże, tarcze. Pod ścianami stały kredensy z wystawionymi glinianymi lub drewnianymi, małymi rzeźbami. A na parterze, tuż koło wyjścia - piękna, czarna zbroja ze złotymi detalami, z emblematem świecącego słońca na swym napierśniku. Wszystko zdawało się ze sobą współgrać. Zegar wiszący po lewicy barmana obsługującego klientów przy ladzie wybijał południe. Mimo to - dźwięki zegara nie przeszkadzały dziewczynie w poszukiwaniu odpowiednich kompanów. W istocie - karczma była tłoczna na każdym z trzech poziomów. Na każdym również panowała równa sobie wrzawa. Większość zebranych w budynku poszukiwaczy to już na pierwszy rzut oka płotki - wulgarni, chciwi awanturnicy liczący na łatwy zysk. Ai, z wysokim potencjałem magicznym, mogła z łatwością wyczuć, że otaczają ją ludzie z brakiem jakichkolwiek umiejętności pod tym względem. Zwykłe wywłoki i wyrzutki, którym najpewniej nie powiodło się w codziennym życiu. Jednak przy przeciwległej ścianie, tuż przy prostokątnym oknie ozdobionym czerwonawą firaną, siedział młody mężczyzna. Pierwszym co rzucało się w nim w oczy, była jego zadziwiająca charyzma, uroda. Miał szczupłą, smukłą twarz, jasną, ni to opaloną, ni bladą cerę. Jego oczy miały barwę ciemnego fioletu. Miał średnio wyraźne kości policzkowe, średniej grubości czarne jak smoła brwi i średniej długości węgliste włosy postawione do góry. Intrygującym zdawał się być również jego rynsztunek. W oczy rzucał się brązowy, długi do kolan płaszcz, zapięty na wszystkie możliwe guziki. Na nim lub pod nim to widoczne były elementy zbroi. Potężne, metaliczne, zdobione naramienniki, podobne nałokietniki złączone ze skórzanymi rękawicami, grube, skórzane spodnie z płytowymi nabiodrkami i grube, skórzane buty z okuciami i nakolannikami. Do tego dochodził jeszcze pancerz pod płaszczem, którego nikt nie mógł zauważyć, z racji iż płaszcz dopięty był na ostatni guzik - nawet przy sztywnym kołnierzu. Jednak coś jeszcze rzucało się w oczy. Przez jego tors przechodził skórzany pas z metalową obręczą na mostku. Po jej przeciwnej stronie znajdowała się pochwa. Mężczyzna nosił na plecach potężny, długi i gruby bułat półtora ręczny, którego sama rękojeść zdawała się być magiczna. Jednak nie tylko miecz był magiczny. Mężczyzna sam roztaczał wokół siebie dziwną aurę, której inni biesiadujący zdawali się nie dostrzegać. Ta aura zdawała się przyciągać wzrok dziewczyny dość długo, jednak w końcu puściła ją, dając jej moment na odwrócenie wzroku. Mężczyzna zdawał się jej nie zauważyć. Może warto z nim porozmawiać, a może lepiej rozejrzeć się za kimś innym na innych piętrach?

Avatar Angel_Kubixarius
Ai bez większego namyślenia, mimo potencjalnego przeczucia że może być to ktoś w rodzaju paladyna, czy też innego maga światła na co mogły wskazywać wysoka charyxma jak i rzucająca się w oczy uroda młodzieńca, jak również jego rynsztunek ubogacony w magiczny miecz. Mimo wszystko nie to było dla niej kluczowe. Starałs dię nie rzucając się w oczy ( co raczej trudne jest dla dziewczyny ubranej w taki sposób, w jaki była ubrana, zwłaszcza e takim miejscu) podkraść nieco bliżej by lepiej wyczuć czym mogła być aura ów wyróżniającego się mężczyzny.
Jeżeli wyczułaby inną aurę niż czystą światłość z chęcią by zaproponowałs współpracę, jednakże jeśli jej podejrzenia się ziszczą, to raczej towarzystwo paladyna świecącego zaklęcuami światła na lewo i prawo mogłaby być dla niej cholernie irytująca oraz zgubna... dla jej wzroku oczywiście.

Avatar Chevalier22
Właściciel
To, co poczuła dziewczyna, było... Dziwne. Z bliska aura mężczyzny zdawała się być huraganem zbudowanym z nieustannie walczącego ze sobą mętnego, gasnącego, ciemnego światła oraz jaśniejącego, świecącego mroku. Jego moc zdawała się być niestabilna, chaotyczna, mroczna, a jednocześnie nie dało się określić, czy jest on silny, czy może największym słabeuszem wśród takich jak on. Mimo powoli skracającej się odległości między nią a ów enigmatycznym wojownikiem, ten zapatrzony był w obraz za oknem. Karczma, mimo bycia jedną z tych najczęściej odwiedzanych, nie leżała ani blisko rynku, który to był sercem miasta, ani blisko portu, z którego to wypływali na Insulaes poszukiwacze przygód. Karczma leżała na skraju miasta, gdzie teren powoli się wznosił - tuż pod skalistym pustkowiem. Mężczyzna wpatrywał się w skąpane w chmurach, wysokie, szkarłatne szczyty gór, rozdzierające białe obłoki. Widok ten zdawał się być romantyczny. Podróżnik na tle krwistoczerwonych szczytów raniących chmury... Jednocześnie widok ten kolidował z jego intrygującą, niemożliwą do odczytania aurą... Ai ciągle nie była na tyle blisko mężczyzny, aby ten mógł ją zauważyć. Niespokojna moc mężczyzny mogła wzbudzić w jej niepokój, ale z kolei jej chaotyczny obraz mógł ten niepokój gasić. Co zrobi? Wciąż może się wycofać.

Avatar pan_hejter
Metheus przemierzał powoli, nowe miasto podpierając się swoim kosturem i metodycznie uderzając nim w podłogę. Idąc rozglądał się na prawo i lewo za karczmą. Był magiem i to cholernie dobrym, ale jak dobry by nie był potrzbował mięsa armatniego... To znaczy towarzyszy. Na celowniku nie miał tych 5 gwiazdkowych karczm pełnych bogatych szlachciców i innych amatorów, ani tych spelun pełnych silnych najemników i tanich dz*wek z których wywalili by dziecko w ciągu kilku minut. Szukał zwykłych karczm dla średnio zamożnych gdzie zbierają się poszukiwacze przygód i inni. Sprawdzał też sygnatury magiczne, szukając tych typowych dla magów bojowych i leczących, często preferowane zaklęcia zostawiają ślad na przepływie many.

Avatar Chevalier22
Właściciel
Metheus:

Acies było miastem w istocie ogromnym. W ciągu czterech wieków, od pojawienia się mglistej anomalii nad fortecą na Insulaes, z niewielkiej, samotnej mieściny nad brzegiem morza miasto rozrosło się do rozmiarów metropolii z wieloma bajkowymi, wysokimi kamienicami okalającymi niemalże każdą z miejskich ulic. Wątpliwym jest jednak, aby Metheus przywykły do swojego ciała czuł się dziwnie, choć jest to możliwe - wielu wyższych o połowę od siebie potężnych bojów, drugie tyle jego własnej wielkości lekko opancerzonych skrytobójców, łowców czy magów, szczególnie płci żeńskiej. A każda z tych osób zdawała się być inna. Jedni mieli łuskowatą skórę, inni spiczaste, długie uszy, a jeszcze inni ogony i uszy zwierząt, nie wspominając już o tych, których ciała pokryte były futrem. W kwestii wyboru towarzyszy - do wyboru, do koloru. Jednak wciąż trzeba byłoby ich jakoś przekonać. Po dość długiej wędrówce po krętych, długich ulicach zbudowanych z ciemnoszarej, kamiennej kostki, dokładnie w południe Metheus trafił na rynek miejski. Właśnie tam, o dziwo, znajdowała się taka karczma. Zwykła, jeżeli mamy na myśli niespecjalnie wykwintne jadło i przesiadujące w nim towarzystwo. Sam wygląd zewnętrzny budynku przyciągnął mężczyznę w młodym ciele. Ostrokrzew pod Rynkiem, lub nazywana przez miejscowych Ostrokrzewem, była karczmą klimatyczną. Podłogę zdobiły dębowe deski sprowadzane zapewne z serca Imperium, spod samej stolicy, z okalającej jej puszczy. Ściany i kolumny podpierające niski sufit budowało jasne drewno, najpewniej sosna. Na końcu długiej, dużej sali znajdowała się klatka schodowa prowadząca do pokojów, które zmęczeni poszukiwacze mogli wynająć w dogodnej, wręcz zaniżonej cenie. Same meble były wykonane z poczciwego, twardego buku rosnącego daleko za morzem, kilkaset mil morskich za wyspą - na zachodniej części Wschodniego Kontynentu. Stoliki, ławki, krzesła oraz cały bar. Za obsługującym klientów barmanem dostrzec można było duży asortyment alkoholi. Brakowało jednak wykwintnych win znanych w całym Imperium winiarni. W sumie czego spodziewać się po karczmie tego typu? Kiedy wszedł już do karczmy i zabrał miejsce, w kącie budynku zauważył postać, której energia magiczna od razu go przyciągnęła. Moc tak chaotyczna i nieczysta, że zdawał się być demonem. Jednak wzrok kazał sądzić coś innego... Zarośnięty, nie do końca zadbany mężczyzna w grubej, skórzanej kurcie niekrępującej ruchów, z grubymi rękawicami, spodniami i butami z tego samego materiału. Do tego metalowe naramienniki, nakolanniki, nagolennice i nałokietniki oraz odpowiednie detale. Elementy skórzane były w barwach brązu, metalowe przypominały stal z dodatkiem jakiegoś magicznego, ciemnego materiału. Magicznego, bo właśnie z tych stalowych okuć zdawała się dobiegać odrębna aura, podobna do tej noszącego. Mężczyzna zdawał się spać. Na stole leżała sakwa najpewniej jego pieniędzmi, kompletnie pusta, zapewne albo wydał wszystko na alkohol, abo został okradziony. W spuszczonej ręce trzymał butelkę taniego wina, do połowy już opróżnioną. Mężczyzna spał, z głową opartą o ścianę, nieco odchyloną do tyłu. Chrapał... Dość głośno. Jednak mimo jego potężnej, magicznej aury, coś było nie tak. Jego wygląd nie wskazywał na to, że jest magiem, a jakimś złodziejem, może skrytobójcą. Myśleć tak kazał dość dużych rozmiarów sztylet w grubej pochwie na jego lewym udzie, a konkretniej jego wystająca rękojeść. Już sama rękojeść emanowała magią... Mężczyzna spał, jednak jego aura zdawała się być tym, czego mag w ciele dziecka szukał. Czy podejść, czy może rozejrzeć się za kimś innym, niż niepozornym pijaczyną, który najpewniej dał się okraść z niechlujnie pozostawionych na stole pieniędzy..? A może wrócić do poszukiwań magicznego rynsztunku, które zostały porzucone chwilowo na rzecz poszukiwania kompanii?

Avatar pan_hejter
Tylko człowiek pod presją albo niespełna rozumu przyjął by dziecko do swojej świty. Brodaty mężczyzna wyglądał mu na wypadkową obydwu. Podszedł do stolika, powolnym krokiem i zastukał, kosturem o ziemię by obudzić śpiącego. Gdy ten obudził się zapytał - Ciekawie mi wyglądacie, nie szukasz towarzysza do lochów? -

Avatar Angel_Kubixarius
Postanowiła ostatecznie zebrać się na ryzyko i zainteresiwać się wyróżniającym mężczyzną. Tak więc podeszła do niego i zagaiła.
- Hej, przybyłeś tu tak jak wszyscy za słynnymi bogactwami fortecy, czy może dla osobistych pobudek ? Tak swoją drogą jestem Livia i zauważyłam, że w odróżnieniu od innych nie nachlałeś się jak typowy opoj, a także że posiadasz w sobie magię... intrygujące.

Avatar Chevalier22
Właściciel
Magmaro:

Miasto Acies nosiło miano Miasta Poszukiwaczy Przygód. Pełno było w nim wszelkiej maści wojowników - toporników, szermierzy, mistrzów młota, a nawet bardziej wyszukanych, oryginalnych broni siecznych i obuchowych. Pełno było w nim strzelców - łuczników, kuszników, a nawet muszkieterów, czy tych posługujących się nowymi wynalazkami ze Wschodniego Kontynentu. Mało jednak było w nim postaci tak wyróżniających się jak Magmaro. Kiedy opancerzony olbrzym z wielkim młotem szedł ulicami miasta, nawet doświadczeni paladyni ustępowali mu, nie wiadomo czy z grzeczności, czy z szacunku, czy może dlatego, że nie chcieli sprawiać problemów w środku dnia w pobliżu rynku. Rynek. To właśnie tu doszedł Magmaro. Ku jego oczom ukazała się dość osobliwa karczma, nazywana przez miejscowych Ostrokrzewem. Jednopiętrowy, długi, wysoki budynek. Już na pierwszy rzut oka karczma wyglądała na taką, która przyciąga do siebie wszelkiej maści najemników i poszukiwaczy przygód. Kiedy tylko Magmaro przekroczył jej próg, w jego oczy rzucił się obraz dwóch osób. Mężczyzna śpiący przy stoliku tuż naprzeciwko wyjścia, jednak nieco bliżej kąta budynku oraz stojący przy nim młody chłopiec. Poza nimi znajdowały się w karczmie przeróżne persony - ciężko opancerzeni paladyni, elficcy łucznicy, jednak to zarośnięty, śpiący alkoholik-skrytobójca i dziecko z dużym, metalowym orężem zdawali się być najbardziej obiecujący... Co zrobi Magmaro?

Metheus:

- Lochów..? Lochów... - Mężczyzna najwyraźniej był nieco podpity, albo bardzo zmęczony. Prędko wybudził się i roztworzył brązowe, przekrwione oczy, mierząc mężczyznę w młodym ciele pytającym, zdziwionym głosem. Ciekaw był bardziej kto zakłócił jego odpoczynek, aniżeli o co chodzi. Mimo wszystko - grzeczność, której zasad niezbyt często przestrzegał, kazała mu odpowiedzieć "młodzieńcowi". - Lochy... Chodzi ci o Insulaes, prawda..? Forteca na wyspie... Tak... - Mężczyzna zaśmiał się głupio, rechocząc wziął łyka z butelki opróżniając ją doszczętnie. Postawił pustą butlę na stole, a pusty mieszek wcisnął za pas. Odwrócił głowę w stronę Metheusa. Spojrzenie maga i najmusa spotkały się. Oczy zarośniętego pijaka, były jak ocean. Nawet mucha wyczytałaby z nich, że to ocean beztroski, który nic nie zrobiłby z faktu, że ktoś właśnie zabrał mu oszczędności jego życia, a może nawet uciął mu głowę. Dlatego był dla tych upierdliwych owadów niczym jeden, mobilny dom. Nad nim to latały bzyczące, głośne stworzenia. On sam jednak nie robił sobie z tego absolutnie nic. Poza beztroską widać było w nich coś jak rozpacz, smutek... Możliwe, że przez to właśnie postanowił się upić. Wyprostował się, opierając rękę o stół. - Ano, wybieram się tam. Akurat dobrze się składa. Ja i moi bracia potrzebujemy maga. A czuję, że ty jesteś dość dobrze wprawiony w te klocki... Z tym że wiesz, wyruszamy od razu po zachodzie słońca. Mam nadzieję, że nie jest to dla ciebie przeszkoda... Ach, wybacz... - Wstał, odsuwając od siebie stolik. Ukłonił się przed Metheusem, wyciągając do niego rękę, nie zdejmując przy tym rękawicy. Miał mimo wszystko ku temu powód - zapięta była na jego przedramieniu na kilka zamków, tak więc jej ponowne zakładanie byłoby co najmniej denerwujące. - Vladislaus, miło mi. Z kim mam przyjemność? - Czekał na odpowiedź i poznanie dalszych planów mężczyzny w ciele dziecka. Zdawałoby się, że wiedział, że nie rozmawia z młodym chłopcem...

Avatar pan_hejter
Uścisnął jego dłoń swoimi drobnymi rączkami - Metheus, Metheus Klin. Patrząc po twoim stanie to nie będziesz w najlepszym humorze jak przyjdzie ten zachód słońca. Lepiej się połóż bo już wole iść z kimś na kacu niż doszczętnie pijanym. - Metheus próbował udawać miły ton, wobec tego brudnego pijaka. Chociaż nie za przyjemne było mu bratanie się z takimi ludźmi, niewielki miał wybór.

Avatar Chevalier22
Właściciel
Metheus:

- Ja? Doszczętnie pijany..? - Wnet mężczyzna puścił dłoń maga i parsknął głośnym śmiechem, łapiąc się za brzuch. Metheas poczuł na sobie spojrzenia innych osób przebywających w tym samym czasie w karczmie. Zaniedbany pijak rżący z nie wiadomo czego wywoływał ciekawość, poza nią przede wszystkim odrazę, a na końcu, i to nie u wszystkich, niewielki uśmiech na twarzy, bardziej ze współczucia niż rozbawienia. A obecność Metheusa tuż przy mężczyźnie sprawiła, że spojrzenia przybrały wymiar współczucia. Ludzie wiązali w swoich głowach maga z zarośniętym pijaczyną różnymi relacjami - ojciec alkoholik i syn, pijany wujek z siostrzeńcem, czy może zniszczony przez alkoholizm łajdak mający gdzieś młodszego brata. Spojrzenia powoli opuszczały Metheusa i Vladislausa, jednak mag mógł mimo wszystko odczuć wstyd. Sam Vladislaus najwidoczniej się tym nie przejmował. Moment później wstał, wpatrując się w Metheusa. - Słuchaj... To nie pierwszy raz. Raczej przeżyję, ha ha! Mam bardzo długi, twardy sen, więc to byłoby niebezpieczne... No, poza tym już się... Zdrzemnąłem. Postanowiliśmy, wyruszamy po zachodzie i kropka. - Co odpowie i co zrobi Metheus? Ton pijaczyny zdawał się być bardziej niż pewny.

Avatar pan_hejter
Westchnął. - Zaufam twojej pewności siebie, spotykacie się przed wypadem tutaj? Czy jest jakieś inne miejsce które muszę znać - W myślach jedynie wyzywał tych ignorantów i głupców którzy śmiali mu współczuć lub się zeń śmiać. Spojrzał ze zdziwieniem na przybysza - To jeden z twoich towarzyszy? - Zapytał pijaka.

Avatar Chevalier22
Właściciel
Livia:

Mężczyzna wgapiający się w okno odwrócił głowę, przez chwilę patrząc przed siebie. Kontur jego oczu był teraz o wiele bardziej widoczny. Zmęczone życiem, na wpół martwe ślepia, jednak... Dumne i pyszne. Swój wzrok, a później całą głowę odwrócił w stronę Ai. Jego twarz była gładka, bez skazy. Wręcz lśniąca. Wpatrywał się chwilę z ciekawością w dziewczynę, a po pewnym czasie spróbował nawiązać krótki dialog. - Zeno. Mam własne powody. - Jednocześnie mierzył wzrokiem dziewczynę. Kontrast między jej duchem, mocą, a jej odzieniem wskazującym na powiązanie z siłami światłości... - Intrygujące, hmph. Zdajesz się być ciekawa. Dosiądź się, proszę. - Wzrokiem wskazał na ławkę po przeciwnej stronie stołu. Najwidoczniej chciał z nią zamienić więcej słów... Co zrobi dziewczyna? Zdawał się być przyjazny...

Magmaro & Metheus:

- Hmm..? O, kolejny nowy! Haa, im więcej chłopa tym lepiej dla powodzenia misji, he he! - Zarechotał głośno, krzycząc wcześniej skierowane do mocno opancerzonego mężczyzny słowa. Jednocześnie była to swoista odpowiedź na pytanie Metheusa, którą można było przetłumaczyć jako "Nie." - Widzę, że kolega ma trochę pary w łapie, tak więc dla bezpieczeństwa tylko się zniżę. - I skinął głową na powitanie nowego towarzysza. - Vladislaus jestem. Ano, poza mną są jeszcze pięściarz i szermierz... Stanowimy stały skład, który ma za sobą więcej niż jedną, dziesięć czy pięćdziesiąt wypraw. Miejsce spotkania... Latarnia bez jednej świecy, w porcie. Trochę poszukacie, ale wierzę, że się później odnajdziemy... No, panowie, swoją drogą... Macie Kryształy Powrotu? - Patrzył pytająco na mężczyznę i mężczyznę w ciele dziecka...

Avatar pan_hejter
Również przywitał mężczyzne ukłonem, po czym zwrocił się do pijaka. - Nie, nie mam niczego takiego na stanie, i postaram się znaleźć tamto miejsce. Ciekawią mnie ci twoi towarzysze. -

Avatar Angel_Kubixarius
Ai zasiadła więc po przeciwnej stronie stołu...
- Powiedzmy, że też mam swoje prywatne powody, po za tym raczej nie każdy ma jakiekolwiek szanse by być możliwie nadającym się na wyprawę, wszak każdy z tych obszczymurków po takim przedawkowaniu alkoholu może paść po jednym ciosie od byle kogo... ty jednak jesteś inny, nie wyglądasz na pijanego, wręcz przeciwnie, twardo trzymasz się ziemi i swoich spraw, co widać po tobie, a dokładniej po tym co robisz przez cały ten czas Zeno. Swoją drogą, twoja energia jest dość skrajna i albo masz bardzo nietypowe moce, albo po prostu dochodzi między nimi do kolizji, twoja energia pulsuje niespokojnie niejako sama się neutralizując... można wiedzieć czemu ?

Avatar Chevalier22
Właściciel
Livia:

- Jestem abstynentem. Nie piję. - Mężczyzna wpatrywał się w oczy dziewczyny. Starał się ją przeczytać na wylot, jednak nie używał żadnej magii. Gdyby tak było, Ai zapewne wyczułaby to od razu. Zeno po prostu wpatrywał się w nią, jak z zachwytem koneser wpatruje się w malarskie dzieło sztuki. Jego twarz miała jedną, niezmienną, poważną minę. - Jestem abstynentem. Magia... - Zmrużył nieco oczy, jakby myśląc nad odpowiedzią. Po chwili westchnął głęboko i spuścił głowę, odwracając wzrok na podłogę, tuż po otwarciu oczu. - Mam powiązania z mrocznymi siłami. Czy to do ciebie przemawia..? - Podniósł po chwili swój wzrok na jej twarz, nie podnosząc jednak twarzy. Jego głos był ciepły, szczery... Urzekający... Co zrobi Ai?

Avatar Angel_Kubixarius
Ai spróbuje użyć magii uwodzenia, aby wykryć, czy przypadkiem on nie próbuje jej wcisnąć w ten sposób kłamstwa, wszak zna dobrze tą sztukę na tyle by sprawdzić czy ktoś nie używa jej na bieżąco. W końcu jest to bardzo subtelna i nie rzucająca się w oczy magia.
- Cóż, nie jestem pewna czy to co mówisz jest w pełni szczere, acz gdyby nawet było to prawdą, musiał byś w sobie mieć jeszcze coś przeciwstawnego, coś... hmm nader dobrego, co walczyło by z ciemnością w tobie, inaczej nie byłoby to aż tak odczuwalne, że walczą w tobie te dwie siły... to trochę przykre i cóż, mogę tylko rzec że współczuje takiego stanu, wszak ciężko musi być użytkować magię tak bardzo niestabilną.

Avatar Chevalier22
Właściciel
Rzuć k100.

Avatar Chevalier22
Właściciel
Magmaro & Metheus:

- Rozumiem, nie macie... No, więc zanim od razu wyrwiecie się na wyspę i z niej nie wrócicie, albo wrócicie w kilku kawałkach, nieco wam to przybliżę... - Zarechotał złowieszczo, opierając się wygodnie o ścianę, do której przysunięte były stolik i ławka. Mężczyzna, mimo że wciąż śmierdział alkoholem, zdawał się być... Trzeźwy. - Loch jest większy niż myślicie. Ponoć nie było jeszcze człowieka, który dotarł chociażby do jego połowy. - Głupawy, głośny pijak natychmiastowo spoważniał. Jego twarz przybrała inny wyraz. Jednak człowiek znający już takich typów jak on stwierdzi od razu, że po prostu się wydurnia, starając się stworzyć sztuczny klimat. - Dlatego ludzie stworzyli mechanizm pozwalający na ustawianie punktów kontrolnych wewnątrz lochu i teleportacji na brzeg wyspy. Wszystko jest jednorazowe. Jeden kryształ może być wykorzystany do przeteleportowania się do punktu kontrolnego ustawionego za pomocą jednego kryształu. To znaczy, że aby przedostać się do jednego miejsca musicie wykorzystać dwa kryształy, z czego jeden wcześniej ustawiony. Jak wspomniałem - są jednorazowego użytku. Dodatkowo, każdy może przenieść tylko jedną osobę, wraz z jej całym ekwipunkiem oraz ewentualnymi chowańcami. Przed wypłynięciem sugeruję ustawienie punktu kontrolnego gdzieś w mieście, na przykład w pokoju w karczmie... Ewentualnie po wypłynięciu, na brzegu, żeby zabrać łódź, jeśli jakaś się ostanie. Właśnie, łódź powinna już być w porcie. Ale ciągle za wcześnie. Ha, interesują was moi towarzysze? Cóż... Szermierz nazywa się Zeno, dość zadufany w sobie, dziwny typek. Nie pije, ale żre na potęgę. Pięściarz żre nawet więcej, ale przynajmniej można z nim wypić... Nazywa się Bernard. Znamy się od bardzo długiego czasu, od dzieciaka... No, chcecie wiedzieć coś jeszcze? Ah, kryształy możecie kupić w praktycznie każdym sklepie z inwentarzem magicznym... Cholercia, chyba jestem jednak śpiący... - Powiedział to ziewając cicho i mrużąc oczy. Co zrobią w tym wypadku poszukiwacze przygód, chcący wypłynąć na Insulaes?

Livia:

20/20 PE
175/180 PM

- Ciemność to brak światła. - Mężczyzna zmrużył oczy. Najpewniej wyczuł to, co próbowała zrobić dziewczyna. Jednak kiedy tylko spróbowała na niego wpłynąć... Na ułamek sekundy przed oczami ujrzała coś, co wyglądało jak aura Zeno. Jednak było to... Bardziej intensywne, dzikie, ruchliwe. Jasna czerń próbująca pożreć ciemną biel i vice versa... Jego aura zdawała się nie mieć ze sobą spójności. Livia poczuła natychmiastowy ból głowy. Mężczyzna, zdaje się, zniwelował działanie jej magii. - Nie ufasz mi, dziewczyno? I tak ci powiem. Kiedy wy żyjecie na ziemi, ja żyję jednocześnie i w zaświatach, i w innych miejscach, o których ci się nie śniło. - Jego twarz... Miała ten sam, niezmieniony, martwy wyraz. Jedynie ruszał ustami, mrugał i obserwował jej twarz... Co zrobi dziewczyna..? Ciągle może się oddalić...

Avatar pan_hejter
Wzruszył ramionami. - I tak miałem skoczyć na małe zakupy, nabyje takie kryształy. A co do tamtej dwójki nie interesuje mnie czy będą dużo jeść i pić, byle tylko robili swoją robotę i trzymali przeciwników zdala ode mnie tak bym ja mógł robić swoją. A więc widzimy się w Latarni bez jednej świecy - Mag powtórzył sobie tą nazwę w myślach by ją zapamiętać. - Ja tym czasem pójde po te kryształy i odwiedzę kowala. - To powiedziawszy wyszedł z karczmy i udał się do strefy targowej poszukać sklepów magicznych.

Avatar Angel_Kubixarius
- Ciężko mi jest ufać komuś u kogo widzę taką anomalię w aurze... nie ważne. Mógłbyś opowiedzieć nieco więcej w takim razie o tym zjawisku jakim jest życie i nie życie naraz ?
Spytała jak gdyby nigdy nic.

Avatar Chevalier22
Właściciel
Livia:

20/20 PE
175/180 PM

- Nie umiem tego wytłumaczyć. Dla mnie jest to codzienność. Tak jak ty nie wytłumaczysz wróżce, która nie ma stałego ciała, jak oddychać, tak ja nie wytłumaczę ci jak to jest chodzić jednocześnie po ziemi i stąpać w powietrzu oraz topić się w morzu. Ból? Możliwe, że to coś takiego, jednak nie ustaje nawet podczas snu, aż w końcu do niego przywykasz i powoli tępiejesz. - Wpatrywał się w jej oczy z tym samym, martwym spojrzeniem. - A czy ty możesz mi coś powiedzieć? Twoja aura zdaje się również osobliwa. Kim jesteś, czym jesteś, dziewczyno? - Co zrobi Ai?

Avatar bulorwas
-Witajcie dobrzy ludzie- Wielki na ponad dwa metry, szeroki chyba też, mężczyzna podszedł do strażników. Słychać u niego było lekkie błędy gramatyczne i wyraźnie inny akcent, pochodził z daleka, możliwe, że nawet nie słyszeli o jego ojczyźnie. -Szukam karczmy, bo jak to mówią: "Przed wyruszeniem w drogę, należy zebrać drużynę.", a że moja profesja najczęściej zdycha za innych podczas takich wypraw, jest na takich jak ja popyt. -Uśmiechnął się jakby śmierć go wcale nie przejmowała, i pewnie tak było. A przynajmniej tak sobie wmawiał. Podobno tu może znaleźć odpowiedzi, jak i pomoc na jego pytania. Jak zdjąć klątwę? Jak uwolnić dusze jego rodziny? Musiał poznać prawdę i uratować przyjaciół. Ale to odległa przyszłość, na razie można się bawić. -Polecicie jakąś gospodę? Najlepiej z ładnymi paniami!- Zaczął się śmiać z szeroko otwartymi ustami.

Avatar Angel_Kubixarius
- Jestem kapłanką natury, a dokładniej żywiołu jakim jest grom, błyskawica, istny sztorm. Swego czasu byłam torturowana przez pewnego jegomościa, który dziś piastuje jedną z funkcji wewnątrz tej fortecy, przesiąkłam nieco jego aurą, przez co umiem korzystać z cienistego, krótkodystansowego teleportu, ogółem planuję zemstę na swoim oprawcy i to właśnie mój powód po co tu przybyłam.

Avatar Chevalier22
Właściciel
Kalad:

Strażnicy, którzy akurat pełnili wartę przy Północnej Bramie, spojrzeli na siebie z zaciekawieniem. Dość rzadko ktokolwiek sam podchodzi do straży miejskiej, a jeszcze rzadziej z własnej woli. Zwykle ludzie, a przede wszystkim poszukiwacze przygód omijają strażników szerokim łukiem. Powodów jest wiele, ale zwykle awanturnicy nie są do końca czyści. - Panie, czy ty pokonałeś cały trakt... Pieszo..? Jestem pod wrażeniem... Tutejszy teren nie sprzyja podróżującym pieszo, temu też ludzie zwykle przypływają na statkach. No nic, szukasz pan karczmy, gdzie będziesz mógł się nieco zabawić? Najbliższy taki lokal to Pod Ogonem Diabła. Pod piwnicami znajduje się jeszcze dodatkowy, niższy poziom... Ale ostatnio dziewczyny się pochorowały, ponoć coś się rozprzestrzeniło. No, ale jeśli znajdziesz pan jakąś chętną w samej karczmie, może wam udostępnią pokoik, kto wie! Jak się zdecydujesz, to powiedz barmanowi, że przysyła Christian. To mój dobry znajomy z dawnych czasów... Ah, jasne, droga... Widzisz pan tamten budynek na wzniesieniu? To jest Pod Ogonem Diabła. - Strażnik wskazał Kaladowi dość dużą, piętrową gospodę w kolorach czerwieni. Znajdowała się ona na wschód od bramy miejskiej, ale wciąż wewnątrz Acies. Kilka minut drogi. Strażnik skinął głową wysokiemu mężczyźnie. Co teraz zrobi Kalad? Mógłby poszukać jeszcze innej karczmy, pytając w mieście.

Avatar bulorwas
-Myśmy się źle zrozumieli! -Zaczął się śmiać. -Mnie nie o kurtyzany chodziło, a o miejsce w którym po prostu bywają ładne dziewczyny, a przy okazji można jakąś opowieść dobrą usłyszeć. -Natychmiast się poprawił i poklepał strażnika po plecach, jego sama dłoń byłaby nawet oddzielona od ręki trudna do uniesienia, strażnik najpewniej czuł się jakby ktoś uderzał go deską w plecy, ale nie aż tak mocno. -Wy tu statkami pływacie? Tak skąd pochodzę jest jedynie jezioro, a zwykły koń mnie nie udźwiga. Mogłem kupić słonia, ale wtedy nie stać by mnie było na zabawę tutaj. Pozostały więc nogi. Szedłem... Na pewno widziałem 10 pełni księżyca, więc... Z 10 miesięcy? Ale przynajmniej nogi sobie wyrobiłem, choć piasek to najgorszy wróg w takich podróżach.-Znowu wybuchł śmiechem.

Avatar Chevalier22
Właściciel
Magmaro & Metheos

- Haha, trzymajcie się, do zobaczenia! - Vladislaus odmachał jeszcze swoim nowym 'koleżkom', nie oczekując na wzajemność. Najpewniej uciął sobie następną drzemkę, po czym został wyrzucony na próg przez bramkarzy, przy okazji wędrując na czarną listę. Metheos, z kilkukrotnie większym od siebie Magmaro idącym tuż za nim, szedł ulicami miasta, najpewniej sugerując się znakami oraz odpowiedziami miejscowych, ku pierwszemu lepszemu sklepowi z asortymentem magicznym. Ulice były ruchliwe. W południe właśnie wypływało i przypływało najwięcej statków do portu, a w dzielnicy targowej kwitł handel. Studenci pobliskiej akademii mieli akurat przerwę, starcy kierowali się ku świątyni, zaś dzieci bawiły się w grupach. Po dość długim, ale niewyczerpującym marszu, obydwaj mężczyźni dotarli, zapewne z jakimś starciem po drodze, do celu. Asortyment Goldschmidta, bo tak nazywał się sklep magiczny, należał do starego, poczciwego maga i alchemika, który ponoć pokonał za młodu połowę lochu wraz ze swoją drużyną, jednak wrócił sam, zostawiając ciała swoich towarzyszy na pastwę losu. Często wspominał to podczas wymiany zdań. Do dziś żywi do siebie przez to urazę. Mimo to - żyje robiąc to, co lubi i to, co idzie mu dobrze, powoli czekając na śmierć. Po przekroczeniu progu zauważyli siedzącego na krześle za ladą staruszka, który czytał książkę. Po okładce można było rozpoznać, że była to Encyklopedia Stworów Jaskiniowych, konkretniej jej pierwsze, oryginalne wydanie. - Ach, klienci. - Staruszek podniósł wzrok na otwierające się drzwi. Założył zakładkę na stronie, będąc mniej więcej w połowie rozdziału. Zamknął książkę i położył ją na ladzie. - Czym mogę służyć? - Sklep mężczyzny obfitował we wszystko. No, prawie wszystko. Magiczne zwoje, mikstury, mieszanki ziół, runy, kamienie przywołujące, magiczne akcesoria, pierścienie, naszyjniki, pieczęcie... Nawet magiczne bronie. O co spytają poszukiwacze przygód?

Livia:

- Jegomość wewnątrz fortu, powiadasz. Intrygujące. Jakim cudem wciąż żyjesz, kobieto? Czy kiedykolwiek byłaś wewnątrz fortecy na Insulaes? Nawet nie masz pojęcia co się tam wyrabia. Mężczyźni są torturowani, podczas gdy ich energia życiowa jest wciąż podtrzymywania. Cierpią do samego końca. Kobiet zaś nie zabijają od razu, ale przenoszą do Labiryntu na Pierwszym Poziomie Lochu. Tam zabijają je dopiero, kiedy znudzą się cyklopom, nagom, orkom i goblinom. Ale nie wszystkie mają tyle szczęścia. Niektóre ponoć są targane jeszcze dalej, już kompletnie wypaczone. Jesteś za słaba. Nie poradzisz sobie wewnątrz Lochu sama. - Ponownie spojrzał w jej oczy. Tym razem jego wzrok był wyjątkowo troskliwy. Jego twarz zmieniła swój kamienny wyraz... Czyżby martwił się o Ai? - Nie rób tego... - Jak zareaguje na to dziewczyna..?

Kalad:

- Oj, panie bracie... Współczuję ci zatem... Ale dobrze, to nic nie szkodzi. W karczmie tej znajdą się i tacy, z którymi pogadasz oraz takie panienki, które ucieszą twoje oko. Przynajmniej zwykle takie tam widuję. Elfki, nekomatki... Do wyboru, do koloru! Ajć, mocną masz rękę, panie... No cóż, powodzenia ci życzę zatem, może będziesz miał szczęście i znajdziesz wewnątrz ładne panie! - Uśmiechnął się zatem do Kalada. Słońce górowało. Kalad miał dużo czasu na znalezienie kompanii, zgromadzenie ekwipunku i jeszcze na czas wolny. Czego chcieć więcej! Co zatem zrobi, gdzie pójdzie?

Avatar bulorwas
-Dziękuję dobry człowieku o słabych plecach.-Uśmiechnął się. Skinął głową i ruszył do czerwonego budynku. Pod ogonem Diabła... W jego kraju, za samo powiedzenie słowa diabeł można było dostać pałą w łeb, a co dopiero po nazwaniu tak karczmy. Zawsze uważał, iż to głupie, ale teraz pozostało dziwne wypaczenie na umyśle. Cóż, po drodze rozglądał się, patrzył gdzie co jest, przyglądał się ludziom.

Avatar Chevalier22
Właściciel
Kalad:

Ulice były ułożone z ciemnoszarej, kamiennej kostki. Każdy rząd wyglądał jak ściśnięte ze sobą, przeplatane przez siebie nici. Droga była stosunkowo wyboista, a teren nierówny, a może raczej niewyrównany. Ulicę otaczały wysokie kamienice, które na obrzeżach miasta były rzecz jasna uboższe, aniżeli w centrum. Brakowało również latarni na ulicach. Mimo wszystko, równa droga na nierównym terenie zdawała się być luksusem. Kalad doszedł zatem na wzniesienie, na którym znajdowała się karczma. Budynek był duży, wykonany z ciemnoczerwonego, na pierwszy rzut oka bardzo trwałego drewna, oraz cegieł, których barwa przypominała barwę tych skał, które budowały górskie wzniesienia, pośród których Kalad przemierzał nie tak dawno trakt. Dach natomiast był wykonany z pomarańczowej dachówki i przypominał architekturę z Zachodniego Kontynentu. Można by sugerować się tym i stwierdzić, że właściciel jest zwierzołakiem, lub kemonołakiem. Po przejściu wysokiego progu i zamknięciu za sobą drzwi, Kalad ujrzał dość dużą, bogatą salę z klatką schodową na piętro i do piwnic. Wystrój był niecodzienny, ekstrawagancki. Karczma była tłoczna i głośna. W jednym z rogów grała kapela bardów - flet, lutnia, okaryna i mały bębenek. Mimo to nie dane było mu tego dobrze usłyszeć, dopóki nie podszedłby bliżej. W oczy Kalada mogły rzucić się przede wszystkim dwie piersiaste kobiety o uszach i ogonach wilka, które siedziały w towarzystwie blondyna w grubym, ciemnobordowym płaszczu z wysokim, grubym, futrzastym kołnierzem, futrzastymi rękawami i całym wewnętrznym obszyciem. Miał na sobie elementy pancerza, przede wszystkim mocne, skórzane spodnie, nakolanniki i nagolennice z ciemnego metalu, oraz skórzaną, barwną tunikę. Pod nią nosił koszulę z rozpiętym, postawionym kołnierzem. Blondyn miał średniej długości kręcone włosy. Jego twarz była przystojna. Opalony człowiek o mądrych, zielonych oczach, czarującym uśmiechu i pieprzyku pod prawym okiem. Wilczyce kleiły się do niego. Możliwe, że przyciągnęła je jego charyzma, możliwe że użył czaru, a możliwe, że po prostu kupił ich usługi. W oczy rzucał się też barman za ladą obsługujący klientów. Był to średniego wzrostu opalony mężczyzna o ciemnych włosach i czarnych oczach, o uszach i ogonie serwala, to jest w barwach blondu przeszywanych przez ciemne cętki w barwie jego włosów. Jego twarz zdobiła bujna, czarna broda. Był też stosunkowo szczupły, odziany w białą koszulę, czarną kamizelkę oraz czarne spodnie. Pod szyją nosił muszkę. W oczy Kalada mogła rzucić się też para siedząca przy stoliku przy oknie. Mężczyzna w brązowym płaszczu i pancerzu skórzano-metalowym, przyciągającym uwagę pancerzu i młoda dziewczyna w stroju wschodniokontynentalnej kapłanki. Do kogo podejdzie i z kim porozmawia Kalad?

Avatar pan_hejter
Podszedł do lady i zwrócił się do starca. - Poszukuje, kamieni teleportacyjnych. I zanim zapytasz o mój wiek - To mówiąc zakręcił oczami z irytacją. - Proszę spróbuj wyczuć moją aure magiczną i pomyśl czy zwykłe dziecko powinno dysponować taką mocą. A wracając do kamieni, jaka jest ich cena? -

Avatar bulorwas
Spokojnym krokiem podszedł do mężczyzny z wilczycami. Podłoga mogła się trochę trząść w okół niego, gdyż jego sama waga 125 kilogramów robiła wrażenia, a że dodatkowo był w pełnym rynsztunku, Mogło to wzrosnąć nawet do 180 kilogramów. Na pewno robił wrażenie, choć najpewniej nie takie, jakie powinien w takim miejscu. -Witaj. Byłeś już na jakiejś wyprawie w tutejszych lochach? Dopiero co przybyłem z Dzikich Rubieży i nie znam tego miejsca. Udzielisz mi kilku informacji jakie są niezbędne do przeżycia tutaj, które nie są tak oczywiste jak umiejętność walki?- spytał dość przyjaźnie, choć poważnie. Jego problem z ich językiem aż tak się nie ujawniał, ale nadal był dostrzegalny, akcent zaś był ciężki i twardy, ale zarazem ciepły. Jak płonąca wioska w kominku smoka. -Kalad. Przyjaciele po fachu wołają na mnie Czarny Szampierz, widać chyba dlaczego.-Podał mu grubo opancerzona rękę.

Avatar Angel_Kubixarius
- Cóż, gdy byłam mała byłam w siedzibie jednego starego zboczonego koto-ludzia, który to porwał mnie pewnego dnia z mojej świątyni uprzednio mordując moją matkę i używał mnie...
Tu Ai po prostu się zacięła i z jej oczu popłynęły łzy, nie mogła, nie była gotowa psychicznie by wracać do tej sprawy, a co dopiero spowiadać się z niej randomowemu nieznajomemu w karczmie.
Dziewczyna zwinęła się w sobie i popadła w rozpacz, co musiało wyglądać z jednej strony bardzo, bardzo przykro, z drugiej rozpaczliwie śmiesznie w oczach tępych stawiających na siłę obchlajtusów, ale an pewno też budziło coś pomiędzy współczuciem, a zatroskaniem w nieznajomym, o ile nie udawał emocji które okazywał. Nie była to magia, lecz po prostu zwykły ludzki dramat...

Avatar Chevalier22
Właściciel
Kalad:

W istocie - podłoga trzeszczała, mimo wykonania z bardzo trwałych materiałów. Nie pękłaby jednak pod ciężarem Kalada, gdyż nie raz w karczmie gościły całe zastępy opancerzonych, którzy hucznie biesiadowali tańcząc i skacząc po szkarłatnym parkiecie. Mężczyzna siedzący przy odsuniętym stoliku dał znak swoim uszastym towarzyszkom. Te wpierw odsunęły się od niego, a następnie odeszły, schodząc po schodach na dół budynku. Najwyraźniej były to jednak panie do towarzystwa... Wstał i uścisnął rękę olbrzyma. Nieopancerzona, owinięta zżółkłym bandażem dłoń mężczyzny odzianego w futro była miękka jak galareta. Dodatkowo z bliska człowiek okazał się być chuderlawy, wręcz cherlawy. Bardziej przypominał dzieciaka lokalnego kupca czy magnata, które gustuje w ekstrawaganckim ubiorze, aniżeli pełnoprawnego poszukiwacza przygód. W końcu - brakowało mu również jakiejkolwiek broni. - Czarny Szampierz, powiadasz... Znam wielu nazywających siebie podobnie. Wolę więc mówić ci Kalad. - Rozczochrany blondyn o pięknej twarzy uśmiechnął się ciepło do olbrzyma puszczając mu oczko. Jego głos był ciepły, delikatny i łagodny. Wskazał na krzesło przed sobą, przy którym stał właśnie Kalad. - Spokojnie, powinno wytrzymać. Te drewno jest mocniejsze niż się zdaje! Siadaj, napijemy się, zjemy coś, przy okazji porozmawiamy na nurtujące cię tematy. Nazywam się Bernard. Miło mi. - Bernard przyglądał się Kaladowi. Próbował w nim coś dojrzeć, albo może ujrzał coś ciekawego w jego pancerzu, albo może po prostu rozmarzył się. Wyglądał na typa zakręconego, który idzie przez życie z głową w chmurach. - Tutejszy Loch... Forteca na Insuales... Tak, razem z moimi przyjaciółmi od dłuższego czasu aktualnie uczestniczymy w wyprawach do Lochu. Mimo to, ciężko przedrzeć się przez pierwszy Rejon nie mając odpowiedniej drużyny i rynsztunku. Dlatego też zwykle z wypraw wracamy w stałym, trzyosobowym składzie. Cóż, trochę szkoda mi śmiałków, którzy przeceniają swoje umiejętności w walce z Arachnidami, czy chociażby Czerwonymi Szlamami... - Westchnął głęboko spoglądając nad siebie, jakby starał się przywołać do siebie wspomnienia z wypraw, w których uczestniczył ze zmarłymi już kompanami. - No, nie umiem gadać bez jedzenia... Postawię ci żarcie i napitek. Co chcesz, panie bracie? - Bernard sprawiał dobre wrażenie... Co robi Kalad?

Livia:

- Rozumiem. Nie myśl o tym. Umiem to sobie wyobrazić. W swoim życiu widziałem sceny podobne do tych, które doświadczyłaś, ale zapewne i gorsze. Nie lubię o tym myśleć. Ty też nie powinnaś. - Jego wyraz twarzy ciągle był taki sam. Niezmienny. Pusty, martwy. Zupełnie, jakby nie był człowiekiem, a jakąś bezduszną kreaturą, kompletnie wypaczoną. Mimo wszystko - w jego głosie ciągle można było dostrzec choć odrobinę troski. - Mimo iż nie cierpię zemsty, mimo że nie cierpię mszczenia się, choć sam często kieruję się gniewem... Mogę ci pomóc. Mogę ci pomóc przeprawić się przez loch, abyś dopięła swego. Pomogę ci znaleźć twojego oprawcę, abyś mogła się z nim zmierzyć. Ale ostrzegam cię. Jeśli jest to inteligentny byt, zapewne będzie miał pod sobą swoich ludzi. Co najmniej jeden oddział... Zdaje się, że bylibyśmy dobrą grupą. - Chciał dać jej nadzieję, pocieszyć ją... Jakby zapewnić, że może uważać go za towarzysza. Miał dobre intencje. - Jestem szermierzem. Ty masz zdolności magiczne. Poza mną jest jeszcze dwójka moich przyjaciół. Vladislaus, skrytobójca, którego sposób działania mija się z obraną przez niego ścieżką, oraz Bernard, pięściarz, który swoją posturą przypomina bardziej pałacowego błazna. Poza tym jest miękki, fizycznie i psychicznie. Zbyt melancholijny... - Przewrócił oczami. - Widzę, że znalazł nowego towarzysza... Brak potencjału magicznego? Ale ma silne ciało. Ciekawe. - Kątem oka zwrócił uwagę na Kalada, który w tym momencie przebywał z Bernardem kilka stolików obok. - Czy chcesz przyjąć nasze wsparcie? - Co na to dziewczyna?

Magmaro & Metheus:

- Bezbrody krasnolud? - Przyjrzał się z bliska magowi, którego aurę poczuł od razu przy wyjściu. Wyczuł on, że nie pasowała ona do ciała dziecka, toteż sugestia olbrzyma przez chwilę zdała się być pasującą. Po chwili Goldschmidt przypomniał sobie coś, co ostatecznie utwierdziło go w przekonaniu, że ów klient jest mimo wszystko człowiekiem. - Nie spodziewałem się, że do mojego sklepu zawita człowiek ścigany listem przez Imperialną Radę... To ci heca. Nie martw się, tu w Acies, mimo że to ziemie imperium, to mamy dość sporą autonomię. Odkąd rolę Przewodniczącego Rady przejął ten plugawy... Ah, mniejsza, nie chcę o tym wspominać. W każdym razie - niektórzy o tobie słyszeli, toteż radziłbym ci uważać, panie Klin. Swoją drogą, gratuluję powodzenia eksperymentu... - Stary Ignatz Goldschmidt miał bowiem również na pieńku z Radą Magiczną. Zdarzyło się to jednak w czasach młodości, kiedy jako aspirujący mag mający poparcie ówczesnej rady, zapałał miłością do córki Przewodniczącego. Romans, zdawałoby się, nie byłby powodem ingerencji Rady Magów, jednak z aspiracjami ambitnego Ignatza stało się to jednym z priorytetowych celów działań rady. Młody mag bowiem przeprowadzał na swojej miłości eksperymenty, które wraz z biegiem czasu zaczęły dawać iście interesujące efekty. Goldschmidt był bowiem alchemikiem, ale też mutagenistą. Jego magia pozwalała na manipulację i wpływanie na ciała żywych organizmów. W połączeniu ze sztuką alchemii dawało to rezultaty, które wcześniej przyczyniły się do zauważenia młodego maga przez radę. Dziewczyna na skutek źle wyliczonego dawkowania pewnego preparatu zmarła, co było gwoździem do trumny przybijającym koniec kariery Ignatza. Ten musiał więc uciekać ze stolicy i tak wraz z grupką innych wyrzutków przemierzał Imperium, w końcu trafiając do Acies. W międzyczasie Przewodniczącym Rady został jego dawny rywal i konkurent miłosny, co tylko pogorszyło jego sytuację i uwięziło w Acies. Jego przypadek był szczególnie znany wśród magów starej daty, ale jego badania przyczyniły się do rozwoju Alchemii i Mutagenizmu. - No dobrze, potrzebujecie kryształów powrotu. Jeden kosztuje dwadzieścia pięć sztuk srebra. Zdaje się to być dobrą ceną, zważając na to, że do funkcjonowania kamieni potrzebne są przynajmniej dwie sztuki. Skoro już o nich słyszeliście, mam nadzieję, że wiecie jak się nimi posługiwać. - Mężczyzna sięgnął zatem do jednej z szafek swojego biurka, wyciągając duży, ciężki wór wypełniony czymś, co stukając o siebie wydawało dźwięk zbliżony do szkła. Wyciągnął dwie sztuki. Identyczne, idealne geometrycznie kryształki o kształcie dwóch złączonych podstawami ostrosłupów. Z łatwością zmieściłyby się do kieszeni, zdawały się być twarde. - Proszę, obejrzyjcie je. Ile sztuk panowie sobie życzą? - Spytał, czekając na odpowiedź klientów.

Avatar Angel_Kubixarius
Powoli próbowała się uspokoić i wyciszyć.
- prze...przepraszam... to po prostu mocniejsze ode mnie.
Powiedziała wycierając łzy z całej twarzy.
- Nie chcę nigdy więcej o tym wspominać. Z chęcią jednak przyjmę każdą pomoc. A niech wszystkim w tym forcie w pięty pójdzie.

Avatar pan_hejter
Zakrecił oczami - Krasnolud bez brody i człowiek bez mózgu, cóż za ciekawe połączenie - Po czym zwrócił się do sprzedawcy. - Daj mi 4, poza tym ciekawie tu spotkać taką legendę, podziwiam twoje poświęcenie dla nauki, choć sam poświęciłem nie mało. - Wyjął ze swojego mieszka 100 srebrnych monet i postawił je na ladzie. - A co do innych pytań, znasz się na alchemii, nie masz ty czegoś co przyśpieszyło by nieco mój wzrost, bez zbytnich skutków ubocznych? -

Avatar pan_hejter
Metheus obrócił swój kostur tak by ciężką głowicą stał na ziemi i opuścił magię telekinezy tak by noga przeciwnika spotkała się z 40 kg kupą twardej stali i kopniak zakończył się co najmniej złamaniem palca u stopy. Następnie korzystając ze swojego małego wzrostu, z łatwością przebiegł za przeciwnika. Korzystając z chwili jego bólu skupił zaklęcie które to miało odebrać przeciwnikowi młot i podać mu do ręki.

Avatar Chevalier22
Właściciel
Livia:

(Staty bez zmian, mam nadzieję, że to jasne.)

- Nie, wybacz. To ja przeciągnąłem ten temat. - Natychmiastowo podniósł się na nogi. Jego sylwetka była dumna, wyprostowana, z bardzo wypiętą piersią. Jego twarz skierowana była nieco w górę, jednak można było poznać, że ze względu na charakter zwykle mierzył wzrok nad siebie. Zeno był wysokim mężczyzną. Dodatkowo jego postawione włosy i grube podeszwy dodawały mu nieco do wzrostu. Mierząc go w ten sposób, to jest od punktu, w którym jego podeszwa dotykała podłogi oraz czubka jego postawionej czupryny, Zeno miał nieco ponad dwa metry wzrostu. Mierząc go jednak od stóp do głów, mierzył metr dziewięćdziesiąt jeden. Wyprostowany, dumny mężczyzna ukłonił się dziewczynie. Pochylił się przed nią, aż kąt między jego ciałem a nogami wyniósł około dziewięćdziesięciu stopni. Mrużył przy tym oczy, czego dziewczyna nie widziała. Wyrażał w ten sposób skruchę, jakby czuł, że splamił właśnie swą dumę. W istocie - chciał poznać historię dziewczyny. Swoją wścibskość uznał za coś bardziej niż złego. Po chwili ponownie wyprostował się i zasiadł na siedzisku, już ze spuszczoną głową. - Chcesz może coś zjeść albo wypić? Ufunduję ci to. - Widocznie zależało mu na dobrych stosunkach... Sytuacja była dziwna. Co zrobi dziewczyna?

Magmaro & Metheus:

Magmaro:

165/170 PE
30/30 PM

Metheus:

15/15 PE
175/185 PM

Odejmij sobie 100 SM, dodaj do ekwipunku 4 Kryształy Powrotu.

- Proszę, oto pańskie kryształy, panie Klin. - Goldschmidt dołożył jeszcze dwa kryształy do tych położonych na ladę. Jednocześnie zabrał mieszek z pieniędzmi. Pobudzanie rozwoju organizmu? Owszem, aczkolwiek tym samym skróci pan okres przydatności swojego ciała... - Ignatz, mimo że skupiał się na rozmowie z Metheusem, kątem oka dostrzegł zamach wyprowadzany przez Magmaro. Możliwe, że to dzięki błyskowi w oku Goldschmidta mag mógł spostrzec, że coś za jego plecami jest nie tak i prędko zareagował. Na szczęście Metheusa i Ignatza wraz z całym sklepem, Magmaro źle wyprowadził cios. Metheus miał zamiar wyprowadzić atak, było już za późno na reakcję. Przeszedł zatem do defensywy i przeleciał tuż obok przeciwnika, zatrzymując się za jego plecami. Młot nie sięgnął podłogi, lecz przeleciał między nogami Magmaro. Sądząc po torze lotu, sięgnąłby maga w młodym ciele, jednak odpowiednie ułożenie kontrolowanego berła będące przypadkowym blokiem, wraz z nieudaną próbą przejęcia broni spowolniły prędkość młota. Młot stuknął w berło, wypuszczając z siebie płomienie, które jednak nie zdołały sięgnąć ani Metheusa, ani ścian, ni asortymentu sklepu. O dziwo - obeszło się bez rozlewu krwi i bez materialnych strat. - Proszę panów o załatwianie swoich spraw na zewnątrz, najlepiej z dala od kamienicy. A pan, panie kliencie... - Swój wzrok skierował na giganta w zbroi i płomienistym młotem. - Jeżeli nie zamierza pan dokonać zakupu, proszę opuścić lokal jak najszybciej. Nie szukam tutaj kłopotów... - Jego wzrok był gniewny. Różnił się jednak od wzroku podirytowanego staruszka. Była w nim iskra... Czegoś, co wywoływało niepokój.

Avatar bulorwas
-Mięso, będzie najlepiej jeśli twarde, wołowe czy wieprzowe się zda. A do picia... Woda ognista-Odrzekł i usiadł na krześle. Zdjął hełm i odsłonił swoją twarz ujawniając dość mroczną tajemnice. Był Gergenem, ten narodowości praktycznie nie spotykało się poza Haradem i na dalekich Czarnych Piaskach, a już na pewno nie jako wolni ludzie. 400 lat temu Imperium Haradu podbiło Gergen, kraj plemienny, słynący z wybitnych wojowników. Haradowie przekonali się o tym na własnej skórze, gdy prosty żołdak, był wstanie podnieść opancerzonego Harada i rzucić nim jak kamieniem w jego pobratymców. Gergeni jednak nie znali wybitnej technologii Haradu, ani tym bardziej, magii. Byli ludem w którym nie zamieszkała magia. Mimo, iz posiadali szczątkowe ilości many, nie mieli zdolności do jej splatania. Po długiej wojnie, Gergeni zostali zniewoleni. Przez swą niezrównaną siłe fizyczną, wykorzystywani byli jako robotnicy, ale najczęściej trafiali na osławione haradzkie Areny Chwały. Wtedy dla jego ludu rozpoczęła się Era Bestii... Gergeni zostali wręcz zezwierzęceni przez swych oprawców, część zjadała nawet pokonane ofiary, na oczach widzów, na piaskach areny. Wtedy najmądrzejsi ze swego ludu, uznali iż nie można dopuścić ich dalej i wybuchło powstanie. Mimo dużych strat, wywalczyli sobie prawo do wolności. Po 100 stoczonych walkach, stawali się wolnymi ludźmi. Nawet jako niewolnicy mogli zarabiać. Wyzwolenie udawało się jednemu na dziesięć tysięcy, choć byli i tacy, co woleli zostać by dalej walczyć. Tak rozpoczęła się dla nich Era Chwały... Ojciec Kalada był jednym z takich ludzi, a później Kalad też nim był. Potem wyruszył w świat by szukać sobie godnych przeciwników, bo arena nie dawała mu już radości. Gergeni do dziś pamiętani są z Ery Bestii jako złowrogie istoty, potomkowie diabła, zniewoleni przez ludzi, by walczyć ku ich uciesze. Największy strach wzmagało w nich, gdy takowy demon się uwolnił, a oni musieli mu pozwolić kroczyć wśród swoich. Wtedy wiadomo było, iż był niebezpieczny, nawet jeśli zakuło się go w łańcuch. Kalad zarzucił średniej długości białymi włosami, jedna z cech jego ludu, tak samo jak szare tęczówki. -Szlamy? Jakiś specjalny rodzaj, czy po prostu większa i silniejsza wersja?

Avatar pan_hejter
Metheus natychmiast przywołał berło do swojej dłoni, przygotowując się na kolejny atak przeciwnika - Prosze mi wierzyć, że nie mam najmniejszego zamiaru, bawić się w bójki, a przynajmniej dopóki nie zostanę zmuszony do samoobrony - Stał w dosyć dużej odległości by zareagować na jakikolwiek gwałtowny ruch przeciwnika.

Avatar Chevalier22
Właściciel
Kalad:

- Hejże, barman, słyszałeś? No, gotujcie, podwójną... Nie, poczwórną porcję! Hejże, Jun! - Bernard starał się przeforsować swoje zamówienie krzycząc do ogoniastego właściciela gospody. W istocie, znali się już od dłuższego czasu. Bernard lubił wprowadzać nowy ład w karczmie, jednak z drugiej strony był tu nieoficjalnie zatrudniony jako ochroniarz zajmujący się nieprzyjaznymi gośćmi. Między innymi to było powodem przyjęcia "zamówienia" Bernarda, ale gdyby nie zwierzęcy słuch, barman mógłby mieć z tym problem. - Ah, bracie... Dobrze, że nosisz ten hełm. Te aniołki straciłyby zainteresowanie mną, gdybyś tylko przeszedł przez próg z hełmem pod pachą! - Zerknął kątem oka na klatkę schodową prowadzącą do piwnic. - Ah, ale już mniejsza o to. Widzę, że nie masz doświadczenia, jeżeli chodzi o klasyfikację potworów... Szlamy żyjące w tym lochu są w istocie diabelskimi stworzeniami. Niektóre plują ogniem, niektóre kwasem, niektóre nawet łączą się z wodą... Czerwone to te ogniste. Zamiast spalić się w ogniu jak inne, to te po prostu zżerają płomienie. W dodatku mogą nimi pluć na odległość... Oczywiście, to nic w porównaniu ze Szlamami Królewskimi... Ale te bydlęcia zmiotłyby nas obu. Ponoć żyją gdzieś w lochu, jednak ja i moja ekipa nie mieliśmy okazji na nie natrafić... Och, czuję żarełko... Jeszcze trochę i sobie pojemy, noo! - Zaśmiał się z radości. Chudy człowiek, ale zamówił poczwórne zamówienie giganta... Czyżby 3/4 jadła zamierzał pochłonąć sam? Co odpowie mu Kalad?

Avatar Angel_Kubixarius
- Może... dołączmy do twoich kompanów i posilmy się za nim cokolwiek postanowimy, wszak raczej trzeba być w pełni sił na wyprawę, a rozeznać jacy oni są przydałoby mi się, co by zdążyć przywyknąć do nich zanim wyruszymy.
Powiedziała w dość nietypowy sposób Livia. Ewidentnie była dość zszokowana sytuacją i niezbyt dobrze potrafiła w składnię kiedy była pod wpływem stresu płynącego z targającymi ją od wewnątrz uczuciami. W głębi siebie czuła, że nie da rasy i że przybyła tu tylko po godną śmierć, jednakże miała w sobie pewną iskrę nadziei na zemstę, tą iskrą była nie gasnąca w niej determinacja, która trzymała ją przy zdrowych zmysłach i kazała działać zamiast odwlekać co nieuniknione i rozczulać się nad przeszłością

Avatar bulorwas
-Czyli mój miecz nie na nie. Nie potrzebujecie przypadkiem w drużynie Tarczownika? Miecz i tarcza to artefakty, zbroja jest nastawiona na przyjmowania obrażeń od magii jak i od ataków fizycznych. Dotychczas walczyłem głównie z dużymi przeciwnikami, Giganty, Trolle, kilka minotaurów, no i moja perełka, utukłem trzy demony. Przez całe życie walczyłem na arenie, dzikie bestie są mi bardziej niż znane. Przydam się, co ty na to?-Spytał kładąc hełm na stole. Zaczął się rozglądać za jakąś ładną dzierlatką.

Avatar Chevalier22
Właściciel
Livia:

- Oczywiście. Możemy wprosić się do Bernarda. Widzę, że znalazł tarczownika. Przyda się. - Zeno odwrócił się do dziewczyny, opierając się o oparcie ławki, na której siedział. Bacznie obserwował jego rozmowę z nowym gościem Pod Ogonem Diabła. - Mam nadzieję, że nie wciągnie tego gościa w swoje gierki. Byłoby niebezpiecznie. - Powiedział to tym samym tonem, co wszystko inne, co padło z jego ust do tej pory, ale te zdanie mogło świadczyć o czymś złym. Ba, nawet o tym świadczyło. - No nic, Livia. Jest jeszcze Vladislaus. Jednak on zapewne szlaja się pijany po mieście. Poznasz go później. - Odwrócił się ponownie do dziewczyny. - Powinniśmy coś zamówić. Co sobie życzysz? Postawię ci obiad. - Wstał z siedziska, odwracając się w stronę lady. Co powie mu dziewczyna?

Kalad:

- Oho, widzę, że jednak masz dużo doświadczenia... Wybacz zatem! Im więcej magii w twoim rynsztunku tym lepiej. Swoją drogą, czuję, że tobie samemu brakuje aury... Ah, już rozumiem wszystko, wybacz raz jeszcze! Noo, Jun, co z żarciem? Ehh... Jeszcze sobie poczekamy... - Bernard oparł się o stół, stukając nerwowo palcami o blat. Zmrużył oczy, jakby odpływając gdzieś w nieznane. Począł marzyć, myśleć o rzeczach niespójnych, barwnych i nierealnych - tak jak to miał w zwyczaju, kiedy czekał na jedzenie. Zwykł twierdzić, że wtedy jest w stanie pochłonąć więcej. Kiedy tylko Kalad skończył na ten moment dialog z Bernardem, który właśnie opuścił na moment ziemski świat i rozejrzał się po sali, zauważył raz jeszcze piękną, młodą, kształtną kapłankę o popielatych włosach. Mężczyzna, który z nią rozmawiał, stał już na nogach zwrócony w kierunku lady. Za chwilę zapewne odejdzie od dziewczyny, a ta zostanie na moment sama. Bernard, poza głośnym oddechem i stukaniem o blat, nie dawał oznak życia, mimo głośnych krzyków po drugiej stronie sali, niesłyszalnych dla Kalada. Poza ów kapłanką nie zauważył żadnej innej "interesującej" dziewczyny... Co zatem zrobi?

Odpowiedź

Pokaż znaczniki BBCode, np. pogrubienie tekstu

Dodaj zdjęcie z dysku